Mecz z Betisem był jaki był. Raczej niezbyt przyjemny w odbiorze i niebudzący głębszych refleksji. Włączyć, pozłorzeczyć pod nosem, na chwilę się uśmiechnąć i na drugi dzień zapomnieć. Moglibyśmy oczywiście kontynuować wir narzekań, jednak nie zrobimy tego z dwóch powodów. Po pierwsze, powoli brakuje nam już żółci w wątrobach, po drugie zaś naprawdę uważamy, że ze starcia na Villamarín – nawet pomimo wątpliwych walorów estetycznych spotkania – da się wyciągnąć pewne pozytywy. Przede wszystkim, jak za starych dobrych czasów, nasze męczarnie zamiast wykrwawieniem zakończyły się zwycięstwem, co w minionych miesiącach wcale nie było regułą. Długo czekaliśmy na potyczkę, w której w kluczowym momencie przeważy instynkt przetrwania a nie frajerstwo.
Cieszy, że pomimo takiego szpitala w drużynie i – co za tym idzie – cudacznego ustawienia, udało się zdobyć trzy punkty. Cieszy, że nie musimy już oglądać pleców, przy całym szacunku, Deportivo Alavés. Cieszy, że na ten moment w przyszłym sezonie mecze w europejskich pucharach nie szykują się w czwartki. Cieszy, że przy piłce meczowej jaja pokazał akurat ten, który miał prawo psychicznie się spalić. A warto przecież zaznaczyć, że rywal wcale nie wypadł sroce spod ogona. Nie tak dawno zdarzało nam się zaliczać wpadki z zespołami o znacznie mniejszym potencjale.
Jasne, to wszystko w gruncie rzeczy drobnostki. Tym niemniej w tym sezonie niejednokrotnie oszczędzano nam nawet takich niewielkich powodów do uśmiechu. Oczywistym jest, że wciąż więcej rzeczy nie działa lub też działa słabo niż funkcjonuje w należyty sposób. Od czegoś jednak trzeba zacząć. Potyczka taka, jak dzisiejszy rewanż 1/8 finału rozgrywek o Puchar Króla z Leganés wydaje się zaś całkiem sprzyjać kontynuacji drogi do oczyszczenia. Z jednej strony nie musimy znęcać się nad którymś trzecioligowcem, z drugiej natomiast będziemy mogli złapać chwilę oddechu (o ile rzecz jasna nie wydarzy się jakaś katastrofa) w starciu z rywalem z najwyższej klasy rozgrywkowej.
Tydzień temu zwyciężyliśmy na Santiago Bernabéu 3:0 po golach Sergio Ramosa z rzutu karnego, Lucasa Vázqueza i Viníciusa. Szczególnie ostatni z wymienionych pokazał się ze świetnej strony – do robienia wiatru dołożył bowiem wymierny efekt w postaci wspomnianej bramki oraz asysty przy drugim trafieniu. Królewscy w ostatecznym rozrachunku może i nie zagrali jakoś porywająco, ale wreszcie byli w stanie zagrać mecz, od którego widzom nie zaczęła się gromadzić ropa w zębach. Krótko mówiąc: pierwszy raz od dawna dało się to oglądać.
Najważniejsze pytanie przed dzisiejszym meczem brzmi, czy w tym dwumeczu da się w ogóle coś jeszcze zepsuć. Cóż, zachowując dyplomatyczny ton należałoby napisać, że w futbolu wszystko się może zdarzyć. Mike Tyson potrafił roztrwonić pół miliarda dolarów, więc i zaprzepaszczenie trzybramkowej zaliczki jest możliwe. Nie ma się jednak co oszukiwać, że nawet w przypadku tak nieprzekonującego Realu Madryt będzie o to bardzo trudno. W zeszłym sezonie sztuka ta niemal udała nam się co prawda w rewanżu z Juventusem, ale – no właśnie – to był Juventus, a nie broniący się przed spadkiem do Segunda División Leganés.
Nasze wymagania względem Los Blancos nie są dziś zbyt wygórowane. Wystarczy oszczędzić nam niepotrzebnych nerwów i ewentualnie dołożyć coś do dorobku bramkowego. Większe oczekiwania mamy raczej wobec losu/siły wyższej/opatrzności bożej/matki natury. Bylibyśmy bardzo wdzięczni, gdyby wreszcie obyło się bez kontuzji. Jeśli bowiem i tym razem ktoś wypadnie, Santiago Solari za chwilę będzie chyba musiał namówić do wznowienia kariery Emilio Butragueńo i samemu zostać grającym trenerem.
Początek meczu o 21:30. Transmisji w Polsce brak.
Komentarze (22)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się