Widok trybun Santiago Bernabéu przed i w trakcie potyczki z Leganés w Pucharze Króla był ponury. By przypomnieć sobie tak przykry widok podczas meczu u siebie Realu Madryt musielibyśmy prawdopodobnie użyć wehikułu czasu. Późna godzina rozpoczęcia meczu, niezbyt wysoka stawka, pora roku i temperatura oraz przede wszystkim słaba postawa Królewskich w tym sezonie zamieniły madrycki stadion w… wyludnionego olbrzyma. Na obiekcie przy Concha Espina 1 zasiadło wczoraj 44 231 osób.
Gdziekolwiek byś nie spojrzał, tam ujrzałbyś mnóstwo niebieskich krzesełek. Nawet za bramką, skąd piłkarzy dopingują członkowie Grada Blanca, było widać dziury. Bliżej dachu obecni byli za to członkowie Ultras Sur, którzy także w meczu z Melillą dali o sobie znać. A to dlatego, że dostęp do wejściówek na mecze Copa del Rey jest znacznie łatwiejszy niż na potyczki ligowe czy Ligi Mistrzów.
Aplauz dla Infantilu B po zwycięstwie w LaLiga Promises, uhonorowanie minutą ciszy Juana Bautisty Agüero czy wygwizdanie Mateu Lahoza, który odpowiedzialny był za VAR… żadna z tych czynności nie została wykonana przez pełne Bernabéu. Zła forma dała o sobie znać, a czynniki poboczne nie pomogły. Frekwencja idzie w dół i w ostatniej dekadzie nie była niższa niż teraz. Nawet 60 tysięcy nie pojawiało się na meczach z Melillą, CSKA Moskwa, Rayo Vallecano czy Realem Sociedad. Wczoraj było jednak jeszcze mniej osób niż na najgorszym pod tym względem meczu w tym sezonie – spotkanie pierwszej kolejki Primera División z Getafe obejrzało 48 446 osób.
Najgorsza frekwencja w sezonie
A wydawało się, że gorzej być nie może
REKLAMA
Komentarze (9)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się