Menu
Banan

Bananowy poniedziałek: Problem filozoficzny, koniec pewnej epoki i wyznacznik klasy

Zapraszamy do lektury

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Wszyscy zdążyli już wyrazić swoje zdanie na temat Karima Benzemy, więc pozwolę sobie być jeszcze tym po-ostatnim, który zabierze głos w sprawie. Tym bardziej, że casus Francuza – mam wrażenie – powoli zaczyna dorównywać największym problemom filozoficznym naszej planety i okolic.

Nie, nie jestem zdania, że w dzisiejszej piłce jedyną rolą napastnika jest strzelanie bramek. Tak samo nie jestem zdania, że dobry napastnik w każdym sezonie powinien ładować po trzydzieści sztuk. W żadnym razie nie jestem też zdania, że Karim Benzema jest słabym piłkarzem. W gruncie rzeczy mam go za naprawdę dobrego grajka. Byle ochlapus – nawet mimo podsycanej przez lata krytyki – nie utrzymuje się przecież w takim zespole wyłącznie ze względu na sympatię prezesa.

Ale kiedy czytam, że zdaniem niektórych – w tym, przynajmniej z założenia, poważnych mediów – na Benzemę spada cała nienawiść z racji na to, że nieskuteczni są jego koledzy, to zastanawiam się, czy świat do reszty nie zgłupiał. No, chyba że wymaganie od napastnika Realu Madryt, już niezależnie od jego roli, trafienia w meczu jednej z trzech patelni naprawdę jest aktem daleko posuniętej bezczelności.

Fakty są takie, że sezon ruszył ponad dwa miesiące temu, Benzema zaś przez ten czas wykręcił statystyki, do których najlepsi z najlepszych przy dobrym dniu potrzebują jednego meczu (dwie bramki i dwie asysty). Lubię Karima, zawsze podobały mi się te jego niepodrabialne, często przesączone czymś magicznym, leniwe ruchy. Tak jak jednak zazwyczaj Benzemy starałem się bronić, tak w tym przypadku mojej oceny nie potrafi ocieplić nawet fakt, że mamy tego samego dnia urodziny.

Najlepsze w tym wszystkim jest jednak to, że – jestem co do tego absolutnie przekonany – Francuz za chwilę zanotuje występ, którym udowodni, że – wbrew pozorom – w hierarchii kroczących po tym świecie napastników znajduje się mimo wszystko półkę wyżej niż Michał Kucharczyk.

* * *

Wydaje mi się, że w minionym tygodniu trochę niezauważona przeszła wieść o zakończeniu kariery przez Kakę. A przynajmniej w moim odczuciu nie została ona nagłośniona tak, jak powinna. A szkoda, bo przecież właśnie żegnamy zawodnika z serii tych, których już się nie produkuje.

W Kace oprócz znakomitego piłkarza widziałem bowiem też coś, co jakoś –może zabrzmi to trochę dziwnie – potrafiło pozytywnie nastawić człowieka do życia. Widziałem gościa, który mimo funkcjonowania na co dzień w środowisku rojącym się od zepsutych młodych milionerów, zachowywał wiarę w idealny świat.

Kiedy widziałem, jak Ricardo dziękuje Bogu za bramki, widziałem w tym pełen autentyk i prawdziwą głębie. Widziałem kompletne zaprzeczenie stereotypowego gracza z Ameryki Łacińskiej, który tatuuje sobie na skórze milion religijnych malowideł, po bramkach wznosi ręce ku górze i dziękuje Bogu, a po wygranym meczu kodeks moralny chowa pod osłoną nocy.

Kaká wraz z zakończeniem kariery kończy też pewien etap w moim kibicowskim życiu. Brazylijczyk był bowiem do tej pory jednym z naprawdę niewielu piłkarzy ze ścisłego topu, których karierę mogłem podziwiać od niemal samego początku (przesiedziane niemal w całości mistrzostwa świata w Korei i Japonii w 2002 roku) aż po smutny dzień zawieszenia butów na kołku. Były pomocnik Realu był też ostatnim piłkarskim śmiertelnikiem przed nastaniem ery futbolowych kosmitów – to przecież on po dziś dzień jest ostatnim zawodnikiem niebędącym Cristiano i Messim, który zdobył Złotą Piłkę.

Niezależnie od tego, czy ktoś go ceni w tym samym stopniu co ja, to jednak mimo wszystko nikt nie powinien zaprzeczać jednej rzeczy – jak na to, że w wieku 18 lat Kaká mógł wylądować na wózku inwalidzkim, osiągnął całkiem sporo.

Cóż, niech kariera trenerska odda mu to, co zabrały mu kontuzje. Zasłużył.

* * *

Brazylijczyka często przyrównuje się do Garetha Bale'a i choć w niektórych aspektach ma to swoje uzasadnienie, to jednak uważam, że wciąż jest to dla Kaki dość krzywdzące. Oczywiście, ani jeden, ani drugi w stolicy Hiszpanii nie rozbłysnęli pełnym blaskiem (miejmy nadzieję, że Garethowi jeszcze się to uda), obu też bardzo przeszkadzały kontuzje. Co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości.

Różnica tkwi jednak w tym, że Bale w przeciwieństwie do Kaki najlepszym piłkarzem świata nie był tak naprawdę ani przez sekundę. I nawet jeśli tego typu porównania odnoszą się wyłącznie do postawy w barwach Królewskich, sądzę, że stawianie ich w jednym szeregu powinno podpadać pod konkretny paragraf i być surowo karane.

Nie wiem, może to po prostu kwestia sentymentów, idealizowania przeszłości i prywatnych sympatii? Trudno, najwyżej po raz kolejny dostanę od was po łbie.

* * *

Po ostatnim gwizdku w meczu z Eibarem pierwsze, co zrobił realizator, to pokazał zbliżenie na minę niepocieszonego Cristiano Ronaldo. Real – co prawda po meczu nudnym jak „Nad Niemnem” – wygrywa 3:0, jednak wydarzeniem dnia zdaniem transmitujących starcie wciąż pozostaje fakt, że Ronaldo po raz kolejny kończy mecz z pustym przebiegiem.

W pierwszej chwili myślę sobie, że to absurd, szukanie na siłę zaczepki i dziury w całym. Potem jednak doszedłem do wniosku, że chyba trudno o lepszy wyznacznik klasy zawodnika.

* * *

Ponarzekałbym trochę, że dla ligowych meczów Realu Madryt jednak nie warto było inwestować w pakiet Eleven (żeby było jasne, dla Barcelony też nie – przynajmniej nie po tym, co widziałem w drugiej minucie sobotniego meczu z Málagą). Powstrzymam się jednak od lamentów, bo zaraz znów ktoś wypomni mi, że jeszcze dwa miesiące temu pisałem o tym, że zdobywanie kolejnych trofeów sprawia mi coraz mniejszą frajdę.

I tak będę się jednak upierał, że był to jeden z moich lepszych tekstów w ostatnim czasie, a na pewno taki, w którym rzeczywiście zostawiłem wam cząstkę siebie. A że dwa miesiące w piłce to pół wieczności? Nie moja w tym wina. Mogę jedynie po części obwiniać się za to, że koniec końców nie zostawiłem tego dla siebie.

Zresztą, jestem przecież kibicem Realu Madryt. Nigdy nie może być tak, że wszystko jest dobrze.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!