Menu
Rafael / RealMadryt.pl

Wolski dla RealMadryt.pl: La Liga jak odtrutka

Wywiad z komentatorem telewizji Canal+

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

– Nie będę ściemniał, że jest inaczej. Ostatnio miałem takie spotkanie ligi polskiej, że kiedy wracałem z meczu, naprawdę cieszyłem się, że następnego dnia będzie odtrutka, zażyję leku, który wyciągnie mnie z takiego stanu, w jaki wpadam w trakcie komentowania takiego meczu – mówi na temat ligi polskiej i hiszpańskiej Rafał Wolski, komentator stacji Canal+, który w niedzielę skomentuje mecz Barcelony z Realem Madryt.

Rafał Sahaj: Kiedy umawialiśmy się na wywiad, wyraźnie pan zaznaczył – punktualnie o 10:00. Wygląda na to, że ma pan dokładnie ułożony plan dnia.
Mam kilka spraw do załatwienia i chciałem mieć wszystko uporządkowane. Ale to chyba nie problem, że rozmawiamy o dziesiątej?

Pytam, ponieważ kiedy zapytałem o pana ludzi z Canal+, usłyszałem odpowiedź: „pracuś, przychodzi pierwszy, wychodzi ostatni”.
Oj, bez przesady… Zależy od dnia, wiadomo, że lepiej się pracuje, kiedy jest porządek. Można ze wszystkim zdążyć i zrealizować te zadania, które sobie zaplanowano.

Jest pan perfekcjonistą?
Nie, nie. Skrajny perfekcjonizm to nic dobrego i nie ma nic wspólnego z dobrą organizacją dnia i czasu pracy.

Ile zajmuje panu przygotowanie się do meczu? „Potrafi przyjechać w niedzielę o 10, żeby przygotować się do wieczornego meczu”, znowu pana koledzy ze stacji.
Przesadzają… Jeśli zaczynam oglądać mecz sprzed kilku czy z ostatniej kolejki, bo tak sobie zaplanowałem przygotowania do meczu, to nie robię tego od 10 do 20, bo tak by się nie dało. Nie da się pracować przez dziesięć godzin, będąc maksymalnie skoncentrowanym. Jeśli przyjeżdżam o dziesiątej, to tylko dlatego, żeby szybciej skończyć i zrobić przed meczem coś innego. Albo wrócić jeszcze do domu i zobaczyć córkę. Nic wielkiego, to tylko część mojego planu. Niektórzy komentatorzy lubią sobie przyjechać do redakcji o 16, bo wykonali większość pracy w domu.

Przyjechać albo przybiec, jak Tomasz Smokowski.
Faktycznie, cała nasza redakcja jest w ciągłym biegu. Akurat ja wolę przyjechać wcześniej, wykonać pracę i mieć potem czas na coś innego.

Co zajmuje panu więcej czasu – przygotowanie do meczu ligi hiszpańskiej czy ligi polskiej?
Nie ma łatwej odpowiedzi na to pytanie. Jeśli zsumować wszystkie elementy przygotowań, to wyjdzie pewnie średnio kilka godzin. Są mecze, do których trzeba się przygotować dłużej, są takie, które przychodzą łatwiej. Chociażby taka sprawa – dostaję mecz drużyny, której dawno nie komentowałem. Oglądamy magazyny, skróty meczów i tak dalej. Ale ja lubię obejrzeć dłuższy fragment meczu, 45 minut czy godzinę. Czasami jest tak, że przez półtora miesiąca nie komentuję jakiegoś zespołu i potem muszę sobie poprzypominać różne fakty.

Ma pan już plan przygotowania do niedzielnego meczu na Camp Nou?
Co dzisiaj mamy? Czwartek? Dzisiaj jadę do redakcji, ułożę sobie plan, przygotuję wszystkie rzeczy, które będą mi potrzebne w niedzielę, na co położę większy nacisk, o czym będę mówił. Muszę to sobie wszystko ułożyć, zaplanować. Będę miał jeszcze dwa dni, w trakcie których ogarnę pewne rzeczy, doczytam, tak aby w niedzielę być jak najlepiej przygotowanym.

Najczęściej komentuje pan mecze z Leszkiem Orłowskim. Podobnie będzie w niedzielę. Kontakt poza anteną pozostaje? Ustalacie przed meczem co będziecie mówić, jak to wszystko będzie wyglądać?
Nie, praktyka wygląda tak, że nie wchodzimy sobie w paradę. Oczywiście wiemy, że będziemy komentować mecz, wiemy, który z nas jak pracuje. Mamy za sobą wiele wspólnych meczów, ale nigdy nie ustalamy, co kto będzie mówił. Nie dzielimy zagadnień między sobą. Nie ma sensu wprowadzać ograniczeń, tym bardziej, że podejście Leszka do ligi hiszpańskiej jest tak samo zaangażowane jak moje. Sugerujemy sobie nawzajem jedynie co warto przeczytać i czytamy wszystko, co się da.

Z kim najlepiej komentuje się panu mecze w Canal+?
Oj, to nie jest pytanie z serii tych łatwych. Jest wiele osób, z którymi komentuję mecze. Są komentatorzy, którzy z reguły współpracują z tymi samymi osobami, ale ja do takich komentatorów nie należę. Każdy kolejny mecz komentuję z kim innym. Zresztą na ligę hiszpańską nakłada się liga polska i doskonale pan się orientuje, że pracuję z pięcioma czy sześcioma osobami. Wszystko zależy też od meczu, raz gra jest bardzo dynamiczna i wtedy atutem współkomentatora jest zaangażowanie, wczuwanie się w wydarzenia na boisku. A czasami bardziej potrzebne jest chłodne spojrzenie, analiza, dystans do tego wszystkiego. Dlatego trudno jest mi powiedzieć, z kim lubię komentować, a z kim nie. Naprawdę.

Zawsze pan stoi podczas komentowania meczów?
Chyba wolę… Chociaż może zacznę od tego, kiedy zaczynałem komentować ligę polską, to warunki były takie, że na siedząco zwyczajnie nie było nic widać. Taki przykład – ostatnio byłem w Gdańsku na meczu Lechii z Lechem. O ile sam stadion działa na mnie rewelacyjnie. Naprawdę obiekt marzenie, o tyle drobiazgi pozostawiają wiele do życzenia. Jak wygląda na przykład krzesło, na którym siedzimy. Albo taka rzecz – pulpit , z którego korzystamy podczas relacji całkowicie zasłania nam boisko, jeśli mielibyśmy siedzieć. Takie sytuacje nie pozostawiają mi wyboru.

Żeby nie było, że tylko narzekam. Wolę stać, ponieważ dzięki temu mam pełen obraz na stadion. Czasami pewnych wydarzeń nie uchwyci kamera, a ja to widzę, dzięki czemu mogę szybko zareagować. Czasami słowa komentatora działają na realizatorów, którzy dzięki temu pokażą widzom pewne zdarzenia.

Ma pan czasem takie uczucie, że komentując mecz ligi polskiej, powiedzmy starcie Podbeskidzia z GKS-em, albo nawet Lecha z Lechią, myśli pan sobie: „jaka ulga, dobrze, że dzisiaj jest sobota, jutro komentuję ligę hiszpańską”.
(śmiech) Zdarza się, zdarza. Nie będę ściemniał, że jest inaczej. Ostatnio miałem taki mecz ligi polskiej, że kiedy wracałem z meczu, naprawdę cieszyłem się, że następnego dnia będzie odtrutka, zażyję leku, który wyciągnie mnie z takiego stanu, w jaki wpadam w trakcie komentowania takiego meczu. Oczywiście niektórzy mówią: „jeśli nie masz wpływu na wydarzenia boiskowe, to się nie przejmuj”. Dobra zasada, ale to tak prosto nie działa. Jeśli nawet widzowie mówią, że takiego meczu nie dało się oglądać, to co ja mogę więcej zdziałać. Nie zawsze Barcelona gra z Realem.

W niedzielę będzie pan komentował ze stadionu Camp Nou starcie Barcelony z Realem Madryt. Pamięta pan pierwszy komentarz meczu ligi hiszpańskiej, właśnie ze stadionu?
Pierwszy mecz? (chwila zastanowienia) W lidze hiszpańskiej…

Wcześniej komentował pan mecze ligi polskiej, ale w końcu przyszedł ten moment, że przyszła szansa wyjazdu do Hiszpanii i skomentowania spotkania ze stadionu.
Jeśli dobrze pamiętam, to był mecz Realu Madryt z Barceloną. W sezonie 2005/2006 Real dostał u siebie niezły łomot. 0:3 po dwóch trafieniach Ronaldinho.

Który otrzymał owację na stojąco od kibiców Realu Madryt.
Dla takiej chwil warto jechać nie tylko kilka tysięcy kilometrów, ale i kilka razy okrążyć Ziemię. Być na stadionie i zobaczyć coś takiego… Niesamowite. Nie chodzi mi o sympatię do którejś z drużyn czy samego Ronaldinho, ale o sam fakt. Kibice oklaskują gracza gości. I to nie byle jakiego, a zawodnika z zespołu odwiecznego rywala. Przecież każdy, kto choć trochę interesuje się piłką, zdaje sobie sprawę z tej ponadsportowej rywalizacji na płaszczyźnie: Madryt – Katalonia. W życiu nie pomyślałbym w ogóle, że coś takiego jest możliwe.

Kibice słuchając komentatorów zawsze uważają, że ten jest za tymi, tamten za tamtymi. Pan nie ma ulubionych zespołów, prawda?
Jeśli chodzi o ligę polską, to byłem już kibicem Lecha, Legii, Wisły i wielu, wielu innych klubów. (śmiech) W lidze hiszpańskiej podobnie. Zawsze kiedy pojawia się nowy komentator, to od razu wśród kibiców pojawia się analiza, za kim ten gość jest. Za Realem? Za Barceloną? Może jednak za Realem? Akurat w lidze hiszpańskiej nikomu nie przyszło do głowy, żebym mógł kibicować komuś innemu.

Ale za Athletikiem Bilbao to pan nie jest…
(śmiech) No nie, zgadza się. Ale akurat ich bardzo lubię. Ten klub jest ewenementem na skalę światową, że zespół potrafi zebrać lokalnych chłopaków i zaistnieć w lidze, a także na arenie międzynarodowej.

Wracając do tematu. Mam dystans do takich komentarzy. Naprawdę, kiedy przygotowuję się do meczu, takie kwestie nie mają znaczenia. Praca dziennikarza polega na tym, aby opisywać to, co dzieje się na boisku. Jeśli widzę, że dany zespół jest lepszy od drugiego, to co mam mówić? Oczami kibica zawsze będę lubił jeden zespół, nie lubiąc przy tym innego. Ale tego akurat nie zmienię.

Zaczynając pracę komentatora miał pan jakiś wzór, do którego pan dążył?
Nie, nie, nie. Kalka to bardzo zła rzecz, naśladowanie zabija oryginalność. 98% dziennikarzy musi jechać na swojej osobowości. Inaczej nie mają szansy zaistnieć. Co z pozostałymi 2%? Są doskonałymi aktorami, którzy potrafią sobie narzucić coś, potrafią to zagrać i to w taki sposób, że ludzie w to uwierzą. Zdecydowanie nie jestem aktorem i nie chciałbym nim być. Moja rada dla ludzi zaczynających pracę dziennikarza – starajcie się mówić, zachowywać się, tak jak czujecie.

Ogląda pan czasem mecze z komentarzem hiszpańskim albo włoskim?
Teraz już rzadziej. Natomiast kiedyś była to podstawa. Bardzo dawno temu, kiedy jeszcze mieszkałem z rodzicami. Któraś z niemieckich stacji pokazywała mecze z hiszpańskim komentarzem i to była jedyna możliwość obejrzenia tych meczów.

Od hiszpańskich komentatorów pozostało panu przeciąganie słowa „goooool” po strzeleniu bramki.
No dobra, to ja będę konsekwentny i powiem, że to nie jest od hiszpańskich komentatorów, tylko to wychodzi ze mnie. Kiedyś spędzałem wiele godzin na boisku i piłka zawsze była bardzo ważna w moim życiu. Skoro to się nie zmieniło przez tyle lat, to się nie zmieni, chociaż na pewnym etapie ludzie podpowiadali: „znajdź sobie jeszcze jakiś sport, żeby rozszerzyć swoje możliwości”. Nie potrafiłem się jednak przestawić. Dla mnie jest tylko piłka i długo, długo nic. Jeśli tak się zachowuję przy golu, to na pewno nie jest to wyreżyserowane.

Ale nie jest przesadą, aby przy golu Sylwestra Patejuka krzyczeć tak samo jak przy trafieniu Leo Messiego?
Wszystko zależy od wydarzeń na boisku. Czasami mamy na przykład sytuację, że drużyna miażdży drugą, nie daje jej zupełnie grać, a nagle ta słabsza strzela bramkę. Mamy przypadek, jakiś rykoszet i piłka wpada do bramki. Inaczej skomentuję taką bramkę, a inaczej strzał wspomnianego Messiego, który po rajdzie, minięciu kilku obrońców trafi do siatki. Człowiek wchodzi na jakieś niewidzialne rejestry i mimo że Argentyńczyk jest 25 metrów od bramki, to gdzieś podświadomie wiem, jak to może się za chwilę skończyć. Każdy kontakt z piłką Messiego sprawia, że komentator jest czujny. Czasami jestem w szoku, że piłka wpada do siatki.

Jeśli chodzi o niedzielny mecz Barcelony z Realem Madryt. Jakie przewidywania?
Wierzę w to powiedzenie, że tabela zawsze mówi prawdę. Ale dodaję – na koniec sezonu. Jeśli po sześciu kolejkach między dwoma zespołami jest osiem punktów różnicy, to jakie można wyciągnąć wnioski? Jedna drużyna jest lepsza od drugiej. Oglądałem jednak mecze Barcelony i Realu w tym sezonie i uważam, że nie ma między nimi takiej różnicy. Jeśli Real zagra na swój sposób, z charakterem, dokładnie, oprze się na agresywnej grze, z doskoku, z kontry i nie popełni błędu, to może wygrać z Barceloną i żadne punkty w tabeli nie będą miały znaczenia.

Barcelona również może wskoczyć na poziom, którego jeszcze w tym sezonie nie pokazywali. Chłopaki męczyli się w tym sezonie w meczach ligi hiszpańskiej, strzelając zwycięskie bramki w ostatnich dwudziestu czy nawet kilku minutach, jak ostatnio przeciwko Sevilli. Przewaga psychologiczna jest po stronie Barcelony, ale to nie wszystko. Gdyby punkty i tabele miały jakieś znaczenie, to nie byłoby po co oglądać meczów.

Nigdy nie ciągnęło pana do pisania? Na stronie Canalu+ jest blog komentatorów, jednak pana ostatni wpis jest z kwietnia 2011 roku.
Ostatni i jedyny. (śmiech) Byłem w Madrycie i ktoś mnie poprosił, żebym coś napisał z tego meczu. Nie ciągnie mnie z prostej przyczyny – nie miałbym na to czasu. Od pisania zaczynałem, jeszcze w liceum. Lubię pisać, ale zwyczajnie nie mam czasu. Musiałbym podchodzić do tego na takim samym poziomie, jak przy komentowaniu meczów. A wtedy nie miałbym już czasu na normalne życie. Zdaję sobie sprawę, że dla kibica, komentator to facet, który pracuje tylko wtedy, kiedy komentuje mecz. Ale pracy jest więcej i to takiej, której nie widać.

Rozmawiał Rafał Sahaj

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!