Menu
dziobo / RealMadryt.pl

Dudek dla RealMadryt.pl: Będę bronił Mourinho

Były bramkarz Realu w rozmowie z naszym redaktorem

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Od jego odejścia z Realu Madryt minęło już kilka miesięcy, ale nadal jest mu blisko do szatni Królewskich i tego, co dzieje się na Estadio Santiago Bernabéu. Trudno się temu dziwić, wszak sam siebie określa mianem „madridista para siempre”. Przed Wami Jerzy Dudek w długiej rozmowie z redaktorem naszego serwisu. Zapraszamy!

Odnoszę wrażenie, że jest pana więcej w mediach niż przez minione cztery lata. Czy mamy do czynienia z procesem, w którym piłkarz Jerzy Dudek odchodzi do lamusa, a w jego miejsce pojawia się Jerzy Dudek celebryta?
Jestem w Polsce drugi miesiąc, od miesiąca mieszkam w Krakowie i cały czas zastanawiam się nad swoją przyszłością, bo jednak nie jest łatwo podjąć decyzję o rezygnacji z tego, co robiło się przez całe życie, ewentualnie odnośnie tego, co ma się robić w swojej przygodzie z piłką. Postanowiłem, że dam sobie więcej czasu, żeby się zastanowić, bo lepiej jest poczekać trochę dłużej niż później żałować jakiejkolwiek decyzji. Moja koncepcja jest taka, że chcę zobaczyć, co się tutaj dzieje, jakie są możliwości, jak się mieszka w Polsce i z czasem, jak już przeanalizuję wszystkie za i przeciw, podjąć decyzję, czy szukać sobie jakiegoś klubu, który byłby dla mnie odpowiednią motywacją ze sportowego punktu widzenia, czy zakończyć już przygodę z piłką i wziąć się za promocję piłki, Euro 2012, może też golfa. W każdym razie opcje jakieś mam, z czego bardzo się cieszę.

Ostatnio testował pan corvettę o 1500-konnym silniku, więc może tą drogą chciałby pan pójść? Adam Małysz szykuje się do startu w rajdzie Paryż-Dakar.
Małysz skończył swoją przygodę ze skokami, gdy był w bardzo dobrej formie, i wziął się za jeżdżenie. Nie ukrywam, że dostałem dwie propozycje ścigania się. Współpracuję z Castrolem, więc mam duże możliwości, by ewentualnie spróbować się i w tej dziedzinie. Jednak jeszcze dopóki nie podjąłem decyzji odnośnie mojej przygody z piłką, dopóty wstrzymuję się z tego typu projektami. Brzmi to o tyle ciekawie, że ja, podobnie jak mali chłopcy, pasjonuję się sportami motorowymi i dzięki temu, że Castrol zaprosił mnie na jeden ze swoich eventów, miałem okazję pojeździć samochodami wysokiej klasy, pościgać się trochę, wypróbować jedną z szybszych corvett na świecie, bo tę, którą jeździłem, można podkręcić nawet do 2000. To są takie przygody, które podnoszą adrenalinę jeszcze bardziej niż piłka nożna.

Powiedział pan, że pojawiły się dwie oferty odnośnie ścigania. Były to coś konkretnego, rajd Paryż-Dakar czy coś w tym rodzaju?
Była mowa o wyścigach torowych, gdzie ścigają się zawodowi kierowcy i jest też liga celebrytów. Występują w niej różnego rodzaju osobistości z Niemiec, Francji i ja też dostałem propozycję, by wziąć udział w tych wyścigach. Jednak musiałbym się do tego odpowiednio przygotować, bo to nie jest mój zawód, a dopóki nie zawiesiłem butów na kołku, to nie przystałem na tę propozycję. Bliższy od sportów motorowych jest oczywiście golf, poświęcam mu zdecydowanie więcej czasu. Jednak by zająć się nim na poważnie musiałbym definitywnie zakończyć moją przygodę z piłką.

Właśnie, jakie jest prawdopodobieństwo, że ponownie zobaczymy pana na boisku w profesjonalnym meczu? Czy ma pan jakieś konkretne propozycje? Wcześniej mówiło się o zainteresowaniu Getafe, Leeds United i Aston Villi.
W pewnym momencie pojawiła się jeszcze oferta z Austrii, ale wszystkie ze sportowego punktu widzenia były niezbyt atrakcyjne. Bardzo ciężko jest po Realu Madryt znaleźć pracodawcę, który będzie zapewniał odpowiedni standard pod względem sportowego rozwoju, bo to jest najważniejsze. Może lepiej byłoby, gdybym w 100 procentach poświęcił się promocji polskiej piłki w Polsce i za granicą... Ale dopóki mam jeszcze jakieś szanse na grę, to nie chciałbym sobie zamykać drzwi przed jakąś poważną ofertą. Jens Lehmann zakończył karierę w wieku 40 lat i później po kilku miesiącach ją wznowił, wracając do Arsenalu.

Tyle że później puścił gola w rezerwach przepuszczając piłkę pod stopą po podaniu kolegi z drużyny. Sam pan przyznał, że Adam Małysz zakończył swoją karierę będąc na topie, więc czy dla pana właśnie gra w Realu nie była takim pięknym zwieńczeniem kariery?
Muszę przyznać, że przez ostatnie pół roku, kiedy byłem w Realu Madryt, miałem kilka momentów na zastanowienie się, co dalej. Po rozegraniu ostatniego meczu w Realu przeciwko Almeríi, usiadłem sobie w szatni, bo to dość nieoczekiwane, spontaniczne pożegnanie przez kolegów z boiska dało mi dużo do myślenia. Pomyślałem sobie, że w lepszym stylu zakończyć piłkarskiej kariery nie będę w stanie. Opuściłem szatnię jako ostatni, bo chciałem móc jak najdłużej podniecać się tą prawdziwą atmosferą meczową i zdawałem sobie sprawę z tego, że to mógł być mój ostatni profesjonalny mecz. Lepszego pożegnania, jakie zgotowali mi chłopcy z Realu Madryt, na pewno nie będę miał.

O szpalerze jeszcze porozmawiamy, ale najpierw chciałbym poruszyć inną kwestię. Czy można wysnuć tezę, że gdyby nie kontuzja szczęki w meczu z Auxerre w grudniu zeszłego roku, to zostałby pan w Realu na kolejny sezon? Przecież gdyby nie ten uraz, to wszedłby pan do bramki za Casillasa w lutowym meczu z Espanyolem i gdyby zaprezentował się pan z dobrej strony, byłoby więcej argumentów za tym, by zostać w stolicy Hiszpanii kolejny rok.
Trudno gdybać, różnie mogłoby się to potoczyć. Mogłoby być tak, że broniłbym do końca sezonu, bo być może pokazałbym się z tak dobrej strony, że Mourinho nie chciałby już zmieniać bramkarza. Ale fakt był taki, że przez dwa miesiące rekonwalescencji miałem takie przeczucia, że to będzie mój ostatni sezon w Madrycie. Po powrocie do pełni formy po tej bardzo bolesnej kontuzji nie mogłem pozwolić sobie na to, żeby być drugim czy trzecim bramkarzem i dlatego podjąłem decyzję o odejściu z Madrytu niezależnie od tego, co się wydarzy. Aczkolwiek nie sprecyzowałem tego, że to będzie mój ostatni sezon w karierze. Cztery lata w Realu Madryt w takiej roli były bardzo ciężkie. Musiałem być cały czas przygotowany do tego, by w razie konieczności wyjść na boisko i pokazać się z jak najlepszej strony.
Gdy zacząłem grać w golfa, zacząłem sobie analizować, że to jest naprawdę trudne – siedzieć na ławce rezerwowych, dawać z siebie maksimum możliwości, a zarazem nie mieć okazji do spełniania się. To jest jak gra w golfa bez dołka, do którego trzeba wbić piłkę – odbijasz piłkę, wszystko pięknie idzie, wszyscy mówią, że pięknie uderzasz, ale tak naprawdę nie masz celu, w który masz trafić tą piłką. Właśnie to zaczęło ostatnim półroczu bardzo mi przeszkadzać. Powiedziałem swojej żonie, że chyba lepiej będzie, jak zakończę karierę niż będę jeszcze kolejny rok w Realu Madryt na tych samych zasadach, bo cztery lata to naprawdę bardzo długi okres.

Nie ma pan wrażenia, że został pan zatrudniony w Realu jak niektórzy koszykarze w drużynach NBA, którzy są od robienia dobrej atmosfery w zespole, a na parkiecie pojawiają się tylko wtedy, gdy wynik jest już przesądzony? Można tak stwierdzić po tym, jak pożegnano pana po meczu z Almeríą.
Nie mam pojęcia (śmiech). O jednym mam na pewno pojęcie stuprocentowe – że jak podpisałem w wieku 34 lat kontrakt z Realem Madryt, to wiedziałem, że nie przychodzę tam jako numer 1, tylko po to, żebym mobilizował Ikera i zarażał swoją osobowością wszystkich chłopaków. Oczywiście wypełniałem swoją rolę najlepiej jak potrafiłem, a czy do mnie należała rola, by w szatni był porządek i dobra atmosfera, nie było konfliktów – nie wiem. Ja robiłem to, co uważałem za stosowne. Grałem wcześniej w Holandii, Anglii, w reprezentacji Polski 60 meczów…

59...
No tak, może z nieoficjalnymi byłoby może nawet więcej niż 70. W każdym razie ze względu na moje doświadczenie nie jestem w stanie być wzruszony, gdy któryś chłopaków płacze czy krzyczy w szatni bez powodu, bo to są normalne rzeczy, z którymi już wcześniej miałem do czynienia, więc jestem w stanie dokładnie odczytać emocje każdego zawodnika. Może dlatego tak dobrze współpracowało się tym chłopakom z moją osobą. Wszyscy w jakiś sposób szanowali mnie za to, co robiłem. Miałem 34, potem 35, 36, 37 lat, a trenowałem jak 18- czy 20-letni zawodnik. Na pewno będę miło to wspominał i mam nadzieję, że chłopcy, którzy byli w tej drużynie przez te cztery lata również.

Godne uwagi jest zwłaszcza to, że pomimo tego, że był pan rywalem Casillasa, on uważa pana za bliską osobę. Po meczu z Almeríą wrzucił na swój profil na Facebooku zdjęcie z panem i napisał: „Jerzy jest bez wątpienia wśród najlepszych przyjaciół, których mam dzięki mojej pracy. Wszystkiego najlepszego, cracku!”
(widać lekkie wzruszenie na twarzy Dudka) Nie wiem, co mam powiedzieć, nawet nie wiedziałem, że coś takiego napisał... To jest tak, że ja niektórych rzeczy nie widzę, staram się bardzo mocno koncentrować na tym, co robię. Nie śledzę prasy w ogóle i wielu rzeczy nie jestem w stanie zaobserwować. Staram się być po prostu sobą. Jednak momentem, z którego mogę być najbardziej zadowolony, było to, jak po meczu z Almeríą do naszej kantyny przyszli rodzice Ikera Casillasa. Wcześniej widziałem ich może ze dwa razy, wtedy co najwyżej się im przedstawiłem. Jednak po ostatnim meczu przyszli do mnie i podziękowali mi za te cztery lata współpracy z Ikerem. Byłem bardzo zdziwiony, że traktują mnie jak swojego syna, że mówią bardzo sympatyczne rzeczy na mój temat. To było dla mnie bardzo urzekające, to było takie spełnienie. Bo np. jak przyszedł Mourinho, to kopnął mnie w tyłek i powiedział, że szkoda, że mnie nie będzie, bo zawsze mógł na mnie liczyć. To też było sympatyczne, ale jak przychodzi ktoś z zewnątrz i mówi takie rzeczy, to jest to naprawdę bardzo fajne.

Jednak czy to nie Kaká był pana najlepszym przyjacielem w zespole? Często można było go pana zobaczyć w jego towarzystwie (również gdy boksował się pan z nim na boisku), a gdy wrzucił pan zdjęcie swojej twarzy na Facebooka podczas rehabilitacji, to żartował sobie z pana, że jest pan brzydki.
Kaká jest bardzo sympatycznym chłopakiem. Mimo że tego, że jest wielką, globalną gwiazdą, ma dużo pokory i to naprawdę sympatyczny chłopak. Siedzieliśmy razem w autobusie i wiele czasu spędzaliśmy wspólnie w tym ostatnim roku. Skolegowałem się z nim bardzo serdecznie, bo do gustu przypadła mi bardzo jego osobowość. Bardzo też go wspierałem w takich trudnych momentach, gdy miał przewlekłe kontuzje, które bardzo osobiście przeżywał, podobnie jak krytyczne uwagi ze strony dziennikarzy. Pamiętam, jak przygotowywał się do któregoś z meczów i nie był w dobrym humorze, to podszedłem do niego przed meczem i powiedziałem: „Słuchaj, to będzie twój dzień” i zanuciłem mu słowa bardzo popularnej wtedy piosenki „That tonight’s gonna be a good night” („I gotta feeling” w wykonaniu Black Eyed Peas - przyp. red.). Obaj zaczęliśmy śpiewać ją w szatni, bo wiadomo, że Kaká ma w sobie brazylijski temperament. Zresztą na podstawie tego, jak Brazylijczycy rozgrzewają się w szatni, można napisać całą książkę.
Pamiętam, że jeszcze tuż przed jego wejściem na boisko, gdy zmieniał jednego z kolegów, podszedłem do niego i zanuciłem mu te słowa. Najwidoczniej pomogły, bo strzelił bramkę w tamtym meczu i podbiegł później do mnie do ławki rezerwowych. To właśnie dało mi satysfakcję, że moja rola w Realu Madryt była inna niż miałem do tej pory w Liverpoolu czy w Feyenoordzie. Bo w obu tych klubach robiłem to samo, co w Realu Madryt, tyle że byłem pierwszym bramkarzem.

Czyli jednak był pan w pewnym sensie człowiekiem od robienia dobrej atmosfery w drużynie.
Dla mnie ważne jest to, że gdy po tych kilkunastu czy kilkudziesięciu latach grania w piłkę pojadę w jakieś miejsce, to ludzie o mnie pamiętają i wypowiadają się na mój temat z sympatią. Zawsze miałem taką koncepcję, by gdziekolwiek nie pojadę, zostawić po sobie na tyle dobre wspomnienia, by ktoś dobrze mówił o Polakach i chciał zatrudnić Polaków w przyszłości. Teraz mam przynajmniej taką gwarancję, że jak ktoś pojedzie do Rotterdamu czy Liverpoolu, to nie będą się tam źle wypowiadali o Polakach.
Ostatnio była taka sytuacja, że mój syn miał prezentację w szkole, gdy była wizyta Holendrów, i jak przedstawił się jako Aleksander Dudek, to oni od razu powiedzieli, że znają Jerzego Dudka. Gdy mój syn powiedział, że jestem jego ojcem, to nie chcieli uwierzyć i prosili, żebym przyjechał grać do Feyenoordu. Tak więc cały czas mam takie pozytywne oddźwięki mojej kariery.

Wracając jeszcze do Kaki, to czy nie zbliżyło panów do siebie też to, że obaj jesteście bardzo wierzący?
Nie sądzę, bo wiara jest osobistą sprawą każdego człowieka. Trzeba pamiętać, że u nas w szatni było kilku muzułmanów, kilku chrześcijan, pewnie też kilku ateistów, a wszyscy musieliśmy funkcjonować w jednym świecie. Ja potrafiłem bardzo dobrze kolegować się z Diarrą, który jest muzułmaninem, i z Kaką, który jest chrześcijaninem. Dlatego też problem wiary absolutnie nie istniał.

Wspomniał pan o tych tajemnicach szatni – dlaczego żaden piłkarz, będący już nawet na emeryturze, nie zdecydował się opisać w szczegółach, co się w nich dzieje. Oczywiście, były skandalizujące opowieści, takie jak kopnięcie butem w głowę Davida Beckhama przez Alexa Fergusona, ale jednak cały czas ten teren szatni jest dość dziewiczy dla zwykłego fana piłki.
Są to całkiem normalne rzeczy. Wiele z tych spraw to niuanse, detale, które mogą pomóc piłkarzowi w przyszłości, w zależności od tego, czy chce potem zostać trenerem, dyrektorem sportowym, menedżerem czy prezesem. Samo obserwowanie ludzi, jak się poruszają, co robią, daje wiele do myślenia. Moim zdaniem nie są to aż tak spektakularne rzeczy, by je opisywać.

O tym, co naprawdę wydarzyło się pomiędzy Gutim a Pellegrinim w przerwie meczu z Alcorcónem wszyscy z pewnością chętnie by posłuchali...
Tyle że są pewne granice, bo gdy jest jakaś bijatyka w szatni czy konflikt personalny, to wiadomo, że o tym nie powinno się mówić, bo to są sprawy pomiędzy danymi osobami. A jak są jakieś humorystyczne rzeczy, to nie ma żadnego problemu, żeby je ujawnić. Nikt nie mówi o Mourinho, o jego zasadach pracy, o tym, co dzieje się w szatni – i to niezależnie, czy to byli piłkarze Chelsea, Intern Mediolan czy teraz Realu Madryt. Właśnie ze względu na szacunek dla tego trenera. Muszę przyznać, że bardzo cenię Mourinho za to, jakim jest człowiekiem, jak podchodzi personalnie do zawodników. Zresztą nie zastanawiałem się nad tym, żeby napisać książkę o Mourinho. „Jerzy Dudek o Mourinho”? Bez sensu. Mogę napisać książkę o samym sobie, o tym, co widziałem, ale żeby o kimś pisać – jest to trochę niegrzecznie.

Przejdźmy do tego owianego już sławą szpaleru. Czy mówi coś panu nazwisko Tomás Roncero?
Nie.

To felietonista promadryckiego dziennika „AS”. Po meczu z Almeríą napisał felieton, w którym niezbyt pochlebnie wypowiedział się o szpalerze. Posłużę się cytatem: „Niedawno na Bernabéu miało miejsce wydarzenie, które trudno sobie wyobrazić. Jestem pewien, że szpaler, jaki zawodnicy utworzyli Dudkowi podczas spotkania z Almeríą, niejednego wprawił w zakłopotanie. Oczywiście, Dudek zdobył sobie sympatię kolegów i to jest godne podziwu. Ale wielu weteranów jest oburzonych z powodu faktu, który nie podlega dyskusji. Wielu znanych piłkarzy, którzy bronili tej koszulki, odeszło tylnymi drzwiami, bez okazania wdzięczności ani ze strony zespołu, ani klubu. Dudek był nieistotny, jedynie wypełnieniem składu. Do ogrzania ławki rezerwowych wolę Adána lub Mejíasa, wychowanków z Valdebebas. Dudek puścił zaś sześć goli z Realem Unión i cztery z Alcorcónem. Ja pozostaję przy szpalerze, który zrobiła nam Barça...”
Nie sądzę, żeby ten artykuł miał mnie dotknąć. Samo to, że dziennikarz takiej gazety zauważył moją skromną osobę, odgrywa wielką rolę. No cóż, Ameryki nie odkrył, wnioskując, dlaczego doszło do utworzenia tego szpaleru. Bardzo trudno jest odejść z Realu Madryt w zgodzie, ściskając sobie na pożegnanie dłonie. Większość odchodzi konflikcie. Ostatnio Raúl czy Guti, a wcześniej Di Stéfano. Najbardziej byli zdenerwowani właśnie Raúl z Gutim, że oni nie mieli takiego pożegnania. Jednak jak później rozmawiałem z Gutim, to już z tego żartował. Powyzywał mnie trochę z przekory i powiedział: „Kurczę, ja nie miałem takiego szpaleru jak ty, a byłem tam tyle lat. Ale OK, zasłużyłeś sobie”.
W futbolu jest bardzo ciężko mieć tych prawdziwych przyjaciół. Jest to co prawda sport zespołowy, ale bardzo mocno indywidualny i egoistyczny. Jeżeli ktoś w szatni jest bardziej popularny, to wzbudza wielką zazdrość innych kolegów, co działa bardzo destrukcyjnie na poczynania całego zespołu. Bo skoro jest taki mądry, taki dobry i fajny, to niech sobie sam gra.

W takim razie czy tak było z Zidane’em? Gdy rozgrywał ostatni mecz w Realu, to przy zejściu z boiska nikt mu nie winszował, a on przybił tylko „piątkę” ze zmieniającym go... Raúlem Bravo. Z Raúlem czy Gutim było inaczej, bo oni przed ostatnim meczem sezonu nie byli pewni odejścia.
Ja też nie byłem do końca przekonany, bo co prawda podjąłem decyzję przed meczem z Almeríą, cała moja rodzina była spakowana i jedną nogą byliśmy w Polsce, ale mógł przyjść Mourinho i powiedzieć: „Słuchaj, mnie to nie interesuje, masz zostać i koniec”. Przed meczem z Almeríą dyrektor sportowy zaprosił mnie na rozmowę i poprosił mnie o swoje zdanie, bo dla nich bardzo ważne było to, czy ja chcę zostać, czy odejść. Bo jeśli chcę odejść, to oni nie mogą dopuścić do sytuacji, bym odszedł bez pożegnania. Powiedziałem, że cztery lata w Realu to był świetny okres i lepiej jest odejść rok wcześniej, gdy jest się z większością ludzi w zgodzie i wykonuje się swoją pracę w 100 procentach niż o pół roku za późno. Nie ukrywam, że przez ostatnie miesiące nie czułem się zbyt dobrze w Realu, ze względu na różne okoliczności. Gdy wróciłem po kontuzji, to usłyszałem od trenera, że byłoby nie fair, gdyby po dwóch miesiącach wysłał Adána na trybuny. Dlatego zmienialiśmy się na pozycji drugiego bramkarza, co mi się nie podobało. Było tak, że trener bramkarzy chciał na przedmeczowej rozgrzewce mieć trzech golkiperów, więc wszyscy wspólnie się rozgrzewaliśmy, a potem, np. podczas meczu wyjazdowego z Villarrealem, szedłem na trybuny. Oczywiście to nie było dla mnie uwłaczające, bo to było przecież częścią mojego zawodu i profesjonalizmu, ale tak sobie pomyślałem, że chyba nie o to chodzi, żeby 38-letni bramkarz, który zawsze daje z siebie maksimum, po rozgrzewce był odsyłany na trybuny. Stwierdziłem, że taka rola mnie absolutnie nie interesuje i na 100 procent odchodzę.

Z nieoczekiwaną propozycją wyszedł jeszcze Mourinho...
Poza tym Mourinho zaproponował, żebym był kapitanem w ostatnim meczu, ale prezes powiedział, że zawsze jest tak, że opaskę nosi ten, który jest najdłużej w klubie, i nie chciał się za bardzo na to zgodzić. Zresztą ja też jej nie chciałem, bo człowiek musi wiedzieć, że na coś bardzo zasługuje. Akurat na opaskę kapitańską w Realu Madryt nie zasługiwałem. Wcześniej jak w Liverpoolu byłem kapitanem zespołu, to mogłem bez żadnych kompleksów ją nosić, ale w Realu już dużo mniej.

Co do Mourinho, to czy nie zapędził się przesadnie w krytykowaniu wszystkiego dookoła?
Jeżeli krytyka jest konstruktywna, to trzeba ją przyjąć. Bo jeśli krytykuje się zawodnika dlatego, że przytył osiem kilogramów, przez co nie ma rytmu, kondycji i nie strzela bramek, to coś w tym musi być. A jeżeli to się nie potwierdza, to krytyki nie przyjmujemy. Moim zdaniem Mourinho słowa, które wypowiedział, od początku do końca miały coś znaczyć. Był jakiś konkretny przekaz tego wszystkiego. Jeśli chodzi o mecz w Barcelonie, to ja akurat mam to szczęście, że widziałem kulisy tego spotkania. UEFA sama prosiła się o tę aferę. Zresztą to nie była typowa krytyka, on zadał tylko pytania, które do dzisiaj pozostały bez odpowiedzi. Po zakończeniu meczu widziałem, jak Mourinho powiedział, że on nie idzie na żadną konferencję prasową, bo jest bardzo zdenerwowany, bo po raz kolejny zrobiono mu świństwo przy okazji tego – nazwijmy to – pechowego sędziowania. Wtedy przyszło dwóch działaczy UEFA, 1,5 m wzrostu każdy, mówiąc mu, że to jest jego obowiązek i musi iść na tę konferencję. On jednak odmawiał, mówił, że to może się źle skończyć, chciał wysłać Karankę. Po dziesięciu minutach namówili go, więc ta cała sytuacja została tak jakby wcześniej sprowokowana.

Real ulega planowanej prowokacji Barcelony?
W meczach z innymi drużynami Real i Barcelona bawią się w kotka i myszkę. Ale jak przychodzi do konfrontacji z Barceloną, to Real Madryt, mimo tego, że w tym sezonie jest lepszym zespołem, to dalej brnie w tą – moim zdaniem – niedobrą drogę ulegania prowokacjom piłkarzy Barcelony. Ja to bardzo dobrze rozumiem ze swojego doświadczenia, bo to jest niemoc dobrego piłkarza, który czuje się lepszy, a nie potrafi nic zrobić albo zostaje sprowokowany w pewnym momencie. To też jest wielki kunszt piłkarzy Barcelony, którzy potrafią to bardzo dobrze robić. Tą drogą Real nie powinien iść. W meczach Superpucharu Real był lepszym zespołem, od początku do samego końca. Ale nadszedł taki moment, gdy piłkarze Barcelony czuli się niekomfortowo, biegając za graczami Realu – a zawsze było na odwrót – i zaczęli grać swoją grę. Wydaje mi się, że Mourinho powinien przygotować swój zespół na to, żeby nie dać się sprowokować. Powinien odpowiednio nastawić swój zespół, powiedzieć mu: „Panowie, nie wchodzimy w tę grę. Mamy swój plan gry, który realizujemy, ale absolutnie nie wdajemy się w prowokacje. Niech oni sobie plują, niech deptają, niech mówią, ale my tego nie robimy”. Niestety wyszło wtedy to, że piłkarze Realu nie potrafili się od tego odciąć.
Cristiano Ronaldo nie czuje się gorszym piłkarzem od Messiego. Xabi Alonso nie czuje się gorszy od Xaviego i tak dalej. W tym momencie, gdy wynik jest na styku, każdy z zawodników będzie chciał w jakiś sposób pokazać wyższość nad przeciwnikiem. I kto umie to lepiej zrobić, ten po prostu wygrywa mecze. Barcelona jest pod tym względem nastawiona po profesorsku. Wydaje mi się, że wielką zasługą jest tutaj praca Guardioli.

Guardiola specjalnie instruuje swoich piłkarzy, by prowokowali piłkarzy Realu?
To są te małe detale, które odgrywają ogromną rolę. Wiele zależy od tego, jak ktoś umie kontrolować swoje emocje i w jaki sposób przekazuje je na zespół. Przez kilka lat byłem blisko tego wszystkiego i teraz mam porównanie. Tam na dole jest taka adrenalina, że człowiek sam poleciałby do ławki rezerwowych. Bo to jest tak, że jak oni krzyczą, to nikt nie zwraca uwagi. Ale jak ty krzykniesz, to przychodzi sędzia, każe siadać i ostrzega, że jeszcze jedno słowo i będzie karał żółtymi kartkami. Wtedy ty mówisz: „Co? Jakim cudem? Przecież oni cały czas krzyczą”. I tu jest właśnie ten konflikt różnie postrzeganej tolerancji – że inni mogą więcej niż my. Rozumiem Mourinho, że zaczyna go to wszystko bardzo denerwować, że ta niesprawiedliwość zaczyna odgrywać zbyt dużą rolę. Ale ja w tym momencie jeden lub dwa razy spróbowałbym nie wchodzić w ten konflikt. Nie jesteśmy w stanie dyskutować z sędzią, nie jesteśmy w stanie zmienić jego decyzji. Trudno, trzeba spróbować. Real Madryt jest pod dużo większą presją niż Barcelona i dużo trudniej jest mu kontrolować emocje związane z meczami. Ale chociaż raz bym spróbował nastawić zespół na to, by grali tylko w piłkę.

Tylko czy Mourinho będzie w stanie to zrobić? Wiadomo, że podczas meczów z Barceloną staje się jeszcze bardziej nerwowy.
To jest taki trener, który z tygodnia na tydzień przekazuje zespołowi coś więcej. To nie były te same odprawy, co każdy mecz, zawsze było coś nowego. Dlatego też myślę, że w końcu dojdzie do tego, że nie tędy droga, że trzeba kontrolować swoje emocje, mimo tego, że to jest trudne. To jest tak jak z prowadzeniem samochodu na drodze. Policja nie jest w stanie wszystkich wyłapać za przekroczenie prędkości, udaje się to jej może w 10 procentach. I tylko co dziesiąty mówi o niesprawiedliwości, a tych pozostałych dziewięciu mówi: „Nie, wcale nie jest tak źle”. Podobnie jest w tym przypadku. Temu lepszemu pomagają ściany, lepiej się gra, ma lepszy komfort psychiczny.
Tak jak powiedziałem – czekam na takie czasy, w których Barcelona będzie w takim samym położeniu, jak Real Madryt. Były już takie momenty, że to nie był już taki grzeczny zespół, który jest miły i pięknie gra, tylko jak jest pod presją wyniku, to ujawnia się druga twarz tego zespołu i Guardioli, co było widać w poprzednim sezonie Ligi Mistrzów. Oczywiście to pokazuje każdy, nie jest tak, że wszyscy są mili. Piłka pod tym względem jest bardzo trudna. Trzeba mieć stalowe nerwy, kontrolować emocje i mieć dużą wiedzę, by to wszystko opanować. Myślę, że Mourinho bez problemu da sobie radę.

Czy właśnie to nie byłoby największym zwycięstwem Mourinho – zapanowanie nad negatywnymi emocjami?
Myślę, że tak. Obserwując te dwa ostatnie mecze z boku, odniosłem wrażenie, że to może być moment, w którym Real może dorównać Barcelonie. Potem się chyba jednak coś popsuło. Byłem w Madrycie miesiąc temu i zauważyłem, że panuje atmosfera takiej tykającej bomby. Nikt nie mówił, że to będzie „ten” sezon. Sam nie wiem, bo teraz, jak mnie tam nie ma, to ciężko jest mi to do końca określić.

Zapytałem o to, czy Mourinho się nie pogubił, bo wszyscy chwalili go za to, że zawsze brał w obronę swoich piłkarzy, a tymczasem po meczu z Levante skrytykował Samego Khedirę i wskazał go jako winnego porażki.
Pamiętajmy, że Sami długo nie grał, co mogło mieć wpływ na postawę w tym meczu. Jeżeli trener decyduje się na taką personalną krytykę, to musi być jakieś drugie dno tego wszystkiego. Nie chcę powiedzieć czegoś za dużo, ale być może przed meczem z Levante Sami dawał swoim zachowaniem powody ku temu, by trener go skrytykował. Może według Mourinho to był moment na to, by go otwarcie skrytykować. Ciężko jest mi jednoznacznie to stwierdzić. W poprzednim sezonie było OK, wszystkie konflikty personalne nie wychodziły poza szatnię i był większy spokój. Był to też pierwszy sezon trenera. On sam powiedział, że będzie obserwował i że jak coś się uda wygrać, to super, a jeśli nie, to nic się nie stanie. Teraz ma już pełną swobodę kierowania zespołem, bo nie ma już Valdano, który bardzo mocno ingerował w zespół. Obecny model jest dla Mourinho bardziej optymalny, bo ma większą władzę w rękach.

Czy Mourinho nie powinien dać sobie spokoju z krytykowaniem sędziów po takich meczach jak z Levante, które Real powinien spokojnie wygrywać?
Byłem cztery lata w Madrycie i nie widziałem sędziego, który sędziowałby dla nas z szacunkiem. Z szacunkiem, to znaczy, żeby sędziował normalnie, żeby nie było ani jednej kontrowersyjnej decyzji. Wszyscy traktowali nas jak wielkich gwiazdorów, którym trzeba pokazać miejsce w szeregu. A przecież nikt gwiazdorem nie był, nikt gwiazdorsko się nie zachowywał. Przez te cztery lata ani razu nie byłem świadkiem sytuacji, w której jakiś z naszych piłkarzy powiedziałby arbitrowi, że nie nadaje się do niczego, tylko do sędziowania. Absolutnie. Na ławce rezerwowych również. Tymczasem sędziowie techniczni wielokrotnie byli gwiazdami meczów, bo przychodzili do naszej ławki i od razu chcieli pokazać Mourinho miejsce szeregu, mimo że trener nic nie powiedział. Byłem świadkiem wielu takich sytuacji, gdy sędziowie kazali Mourinho nie ruszać się z ławki, mimo że każdy trener ma wyznaczoną strefę, po której może się poruszać podczas meczu. Stąd też moim zdaniem ten pomysł Mourinho na ściągnięcie na ławkę rezerwowych takich osób jak teraz Zidane czy wcześniej Figo. Czyli osób, które wzbudzają szacunek sędziów.

Wracając jednak do meczu z Levante, czy ta krytyka sędziów była uzasadniona?
Zawsze można poszukać przyczyn porażki z drugiej strony medalu, nie skupiać się tylko na sędzim, tylko poszukać czegoś we własnym zespole... Ale ja będę bronił Mourinho, bo co prawda w niektórych przypadkach się zapędza, ale generalnie wiem, na co chce zwrócić uwagę. Staram się zrozumieć, dlaczego Mourinho postępuje tak, a nie inaczej.

W takim razie do czego to wszystko prowadzi?
Jedyną szansą jest zmiana przepisów. Trzeba czerpać wzorce z innych sportów, np. z rugby, gdzie sędzia ma nietykalność, nie można z nim dyskutować i podważać jego decyzji. I kilka piłkarskich zespołów miałoby z tym problem, bo potrafią one wymusić niektóre decyzje na sędzim, robią to po profesorsku. UEFA można nawet dać każdemu sędziemu mikrofon, by ten informował na bieżąco wszystkich na stadionie i przed telewizorami o powodach swoich decyzji. Dzięki temu zawodnicy skupiliby się tylko na graniu, zamiast na naciskaniu sędziego do zmiany decyzji. Kolejni sędziowie na boisku nic nie dadzą. Piłka jest tak szybka, że dopiero na powtórkach widzimy, że faulu nie było. Ale sędzia musi podjąć decyzję tu i teraz.
Tak samo jak kiedyś zawodnicy uczyli się padać w polu karnym, tak teraz wielu zawodników potrafi słowem dotrzeć do niego i wymusić na nim pewne decyzje. Nawet nie w tym samym momencie, ale później. Ktoś może reklamować, że przeciwnik szarpnie go za koszulkę w polu karnym, ale sędzia jeden, drugi raz puści grę. Kto wie, czy jednak za trzecim czy czwartym razem nie podyktuje karnego. To jest właśnie to umiejętne przekazywanie tych uwag sędziemu.

Proszę jeszcze powiedzieć, jak pan ocenia ten sławetny palec w oku Tito Vilanovy.
Chodzi o to, że widzieliśmy tylko ten nieszczęsny palec, a nie widzieliśmy tego, co było wcześniej. Skoro asystent Guardioli cały czas odnosi się bez szacunku do Mourinho albo krzyczy do swojego obrońcy, by powstrzymał przeciwnika faulem, to gdy później dochodzi do takiego zdarzenia, to ja, jako trener, idę do gościa, który prowokował poprzednie sytuacje. I to, co zrobił Mourinho, było następstwem tego, co działo się wcześniej, a czego kamery nie pokazały. On nie chciał pierwszy zaatakować, bo on taki nie jest.

Dobrze, zmieńmy temat. Wspomniał pan wcześniej, że ma pan na koncie 59 meczów w reprezentacji Polski. Czy nie marzy się panu ten jeszcze jeden występ, by dołączyć do Klubu Wybitnego Reprezentanta?
Ja nie jestem na tyle arogancki, by o coś w życiu prosić. To nie są rzeczy, które są zależne ode mnie. Żaden zawodnik nie organizuje sobie sam pożegnania z reprezentacją, takie propozycje muszą wyjść od ludzi, którzy zajmują się kadrą. Ja nie jestem w stanie zadzwonić do trenera i powiedzieć mu, żeby powołał mnie na pożegnalny mecz, a jak się dobrze zaprezentuję, to może jeszcze na kilka meczów. Każdy ma swoją koncepcję prowadzenia zespołu, prezes piłkarskiego związku ma swoją koncepcję propagowania piłki nożnej w danym kraju, a ja mogę się tylko odnieść do pewnych spraw. Gdyby pojawiła się taka propozycja, to mogę jedynie powiedzieć „tak” lub „nie”. Na razie nie miałem takiej oferty, jedynie Kuba Błaszczykowski zadzwonił do mnie i powiedział, że rozmawiał z kolegami z kadry i stwierdzili, że fajnie by było zorganizować moje pożegnanie z reprezentacją ze względu na szacunek dla mojej osoby. Ale przecież on nie wyśle mi powołania.
59 czy 60 meczów... Nie ma z tego tytułu żadnej emerytury, żadnych wpływów. Czasami satysfakcja z rozegranego jednego meczu jest większa niż z 50 spotkań. Ja miałem niezwykłą satysfakcję, że rozegrałem tyle meczów, że miałem w jakimś stopniu wpływ na tę drużynę. Przez 10 lat grania w reprezentacji udało mi się wywalczyć dwa awanse do mistrzostw świata. To są bardzo wartościowe rzeczy.

A może odpowiednie słówko na ucho Franciszka Smudy szepnąłby Tomasz Rząsa, który jest pana przyjacielem, a od kilku miesięcy pracuje w kadrze jako dyrektor ds. kontaktów z mediami?
Jestem osobą daleką od tego, by korzystać z jakichkolwiek znajomości czy układów. Nigdy tego nie robiłem i nie będę robił. Tomek ma akurat inne zadania w reprezentacji i bardzo dobrze to robi, bo w ostatnim czasie zauważyłem, że przekaz informacji odnośnie zespołu jest dużo lepszy. To jest ten poziom, na który reprezentacja musi się wznosić. Powinno zatrudniać się ludzi, którzy w logiczny i normalny sposób potrafią przekazać opinii publicznej, co dzieje się w reprezentacji. To nie mogą być jakieś dukania, bekania, bo to wszyscy w Polsce wiedzą – że żaden polski piłkarz nie potrafi się wysłowić, a pewnie i czytać nie potrafi. Dlatego też decyzja o zatrudnieniu Tomka jest bardzo dobra, bez względu na to, czy to jest mój przyjaciel, czy nie. Nawet gdyby pewne rzeczy robił źle, to i tak bym mu to powiedział, bo pewne rzeczy mówi się nie po to, żeby krytykować, ale żeby poprawić jakość pewnych usług czy żeby ktoś lepiej funkcjonował.

Czy Rząsa nie wdepnął na minę, angażując się w pracę w związku w tak niefortunnym okresie, gdy na polskiej kadrze wieszane są kolejne psy za „farbowane lisy” i inne sprawy?
Musimy zadać sobie pytanie, czego my w końcu chcemy. Wszyscy mówią, że PZPN musi zmieniać oblicze, reprezentacja musi zmieniać oblicze, a gdy zatrudnia się w miarę normalnych gości, to wszyscy mu mówią: „Po co to robisz? To jest mina”. W takim razie ja mówię, że po to zatrudnia się takich ludzi, by ta mina nie wybuchła, by została rozbrojona. Skupiamy się na wizerunku reprezentacji, a tymczasem on jest dobry, gdy reprezentacja wygrywa. Gdy są dobre wyniki, to okazuje się, że mamy super szkolenie młodzieży, nasz kraj żyje piłką i wszystko jest świetnie zorganizowane. Gdy reprezentacja przegrywa, to szkolenie jest do dupy, wszystko jest kiepskie i tak dalej. Spokojnie musimy rozważyć, jakie są szanse na rozwój naszej piłki. Myślę, że zatrudnienie takich pozytywnych postaci jak Tomek do takich należy. Nie jesteśmy w stanie zmienić wszystkiego naraz, ale powoli będziemy do tego zmuszeni, a szczególnie do Euro.

Idąc tym tropem, trzeba by podziękować za współpracę tym wszystkim „leśnym dziadkom”, zwłaszcza jeśli są na tzw. lunchu.
Ciężko jest komuś zrezygnować z czegoś, co robił całe życie, zwłaszcza jeśli mówimy o działaczach społecznych. Oni robili to całe życie i nadal chcą to robić. Można by się zastanowić nad innymi funkcjami dla tych ludzi. Przykład Janka Tomaszewskiego pokazuje, że trzeba być głośnym, by się w tym środowisku odnaleźć, zaistnieć. Dla Tomaszewskiego jest to jedyna możliwość, by być w tym środowisku uznawanym. Wielu jego kolegów z boiska nie ma tej tuby i są zapomniani. Tym wszystkim działaczom trzeba coś w zamian dać, ale nie jestem prezesem PZPN-u, to nie jest moja rola, żeby kreować jakieś fundusze pomocy piłkarskiej, zatrudniać byłych piłkarzy czy dawać szanse na edukację byłym piłkarzom. Tu jest duże pole do popisu. Dlatego też trzeba zrozumieć Tomaszewskiego, że zachowuje się w ten sposób, bo nie chce być zapomniany. A wielu nie potrafi krzyczeć, mówić, krytykować i są już zapomniani, co na pewno bardzo ich boli, że w tej piłce już ich nie ma.

Jak odnosi się pan do Tomaszewskiego, który zapowiada, że jako poseł rozprawi się z PZPN-em?
Musi być w komitywie z jakimś górnikiem, który użyczy mu kilka lasek dynamitu, bo nie sądzę, że będzie w stanie coś sam zrobić, przynajmniej do Euro. Janek Tomaszewski idzie dalej tą samą drogą, nie wiem, czy będzie w stanie coś zmienić. Skoro ma swój elektorat, dostał mandat, to oznacza, że ludzie go w jakiś sposób cenią i oczekują misji do wykonania, a jeśli ma siłę i mobilizację, to niech to robi. Niech to robi dla dobra polskiej piłki nożnej, a nie dla dobra jakiejś partii politycznej.
Rzecz w tym, jak chcemy pomóc polskiej piłce – wymieniać jednych ludzi na drugich, tych, którzy są, na takich samych? To są pokolenia, nie można tak łatwo wszystko zmienić. Jeśli zmieni się prezesa, to czy wszystko będzie OK? A co z prezesami okręgowych związków piłki nożnej? A co z działaczami, którzy w nich działają? Tym ludziom trzeba dać mechanizmy, żeby poprawiać wizerunek polskiej piłki nożnej, propagować ją, udostępnić młodzieży. Oni na pewno nie wiedzą za bardzo, jak to robić, ale wystarczy przecież skopiować wiele rzeczy z Anglii, Hiszpanii czy Holandii. To jest do wykorzystania.

Swoją drogą, na kogo pan głosował w wyborach parlamentarnych?
Jestem stały w swoich uczuciach, nie jestem jak chorągiewka na wietrze, że ktoś jest w stanie zmienić moje poglądy. Cały czas kibicowałem Donaldowi Tuskowi, bo widzę w nim jakąś gwarancję stabilności. Nawet jak czasami coś się nie uda, to widać w tym jakiś plan. To jest tak jak w piłce: gdy konstruujemy jakąś akcję i ona się dobrze zapowiada, to i tak może coś z niej nie wyjść. Ale przynajmniej widać, że coś się dzieje, że jest jakiś styl. Nie może być jakiegoś chaosu, straszenia kogoś przed meczem, że go rozwalimy, rozszarpiemy go. To muszą być konkretne działania. Co nie znaczy, że nie jestem w stanie docenić dobrej roboty poprzedniej opozycji, która objawiała się jeszcze wsparciem Lecha Kaczyńskiego. Ostatnio ciężko było to nazwać merytoryczną opozycją. Dobrze, że stało się, jak się stało, bo w przeciwnym razie pewnie kolejne dwa lata stracilibyśmy na wzajemne niedomówienia, oskarżenia, a na to nie mamy czasu. Jako Polska musimy się rozwijać cały czas, musimy korzystać z unijnych pieniędzy. Polska się zmienia, ostatnio często jeździłem po Polsce i to widać. Wiele rzeczy jest jeszcze rozkopanych, ale cóż – nawet klocki Lego po wyjęciu z pudełka trzeba ułożyć.

Tak myślałem, że jest pan zwolennikiem Tuska, bo w jednym zgadza się pan z nim w stu procentach – zamykanie stadionów. Czy aby na pewno jest to dobry sposób na walkę z kibolstwem?
Ja poparłem go tylko w tym, co zrobił po burdach w finale Pucharu Polski. Nie zamykałbym wszystkich stadionów, ale w jakiś sposób trzeba rozwiązać ten problem. Musimy osiągnąć kompromisy w tych wszystkich rzeczach, bo do piłki bardzo mocno wdarła się polityka. Wielu polityków mówi, że to jest nieuniknione, że polityka musi iść w parze ze sportem, co moim zdaniem nie jest tak do końca pewne. A jeśli jest, to trzeba to robić bardzo ostrożnie.
Elektorat kibiców piłki nożnej to jest 100 procent. Kontrolowanie przez jakąkolwiek partię polityczną elektoratu piłkarskich kibiców dawałoby ogromne możliwości. W ostatnim czasie widziałem bardzo mocno zaangażowanych kibiców sterowanych przez partie polityczne. To mi się bardzo nie podobało. Przed wyborami wiele rzeczy zostało przesadnie nagłośnionych, bo gdy widzę 20 kibiców wokół autobusu Donalda Tuska, to widzę 20, a nie 20 tysięcy. Gdy zamknęli stadion Legii Warszawa, to nie widziałem 27 tysięcy protestujących kibiców, tylko 1500. Myślę, że teraz, gdy jest już po wyborach, przedstawiciele polskich kibiców powinni się spotkać z premierem, a nie przed wyborami. Bo to jest jakby spotykać się z bramkarzem przed wykonaniem rzutu karnego. Teraz, gdy mam już ustatkowaną sytuację, to powinniśmy czym prędzej doprowadzić do tego spotkania i na zasadzie kompromisu wymyślić plan rozwoju. Wiadomo, że sport bez kibiców nie da rady i to musi zostać rozwiązane jak najszybciej. Wspieram jednych i drugich, bo rozumiem stronę polityczną i po części rozumiem tych rozgoryczonych kibiców, bo – może niektórzy nie zdają sobie z tego sprawy – to jest ich jedyne życie. Tylko są granice, których przekraczać nie można.

Jaki miałby zatem pan plan, żeby unormować tę sytuację?
Niech kibice sami zaproponują rozwiązania. To jest tak samo jak w szatni, gdy przychodzi trener i mówi, że dyscyplina musi być. Nie może być tak, że piłkarze mogą robić, co chcą, byleby o 11 byli na treningu czy o 21 na meczu, bo nie będzie wtedy pożądanego efektu. Trzeba samemu określić, co chcemy robić. Spóźniamy się, nie przychodzimy na trening – mamy karę. Nie przychodzimy na trening – mamy karę. Kibice powinni sami zaproponować, co chcą robić na meczach. Czy wywieszenie flagi z jakimś dziwnym napisem ma być karane? Czy wybiegnięcie kibica na murawę ma być karane? W Anglii nie ma problemu: jeśli ktoś wybiegnie na boisko, jest karany. Nie jest ważne, czy surowo, czy nie, ale kara jest egzekwowana. Kibice sami mogą egzekwować te kary. Pieniądze z kar można wpłacać na specjalny fundusz dla rozwoju piłki nożnej, polskiego kibica, cokolwiek... Jest tyle fajnych pomysłów, które można wykorzystać.

Wracając do Tomasza Rząsy – następstwem objęcia posady w PZPN-ie była dymisja z funkcji dyrektora sportowego Cracovii. Mówiło się, że jego miejsce zajmie Jerzy Dudek. W każdej plotce jest ziarenko prawdy, a w tej jak jest duże?
Bardzo małe. Nic nie słyszałem o tym, jest to dla mnie nowość. A dlaczego nie w Wiśle Kraków?

Tam nie pracuje pana bliski przyjaciel.
Ale pracuje jeszcze wielu innych przyjaciół. Ja mam znajomych wszędzie, wszędzie mogę pracować, dlatego jeśli chodzi o Cracovię, to jest to przypadkowa zbieżność. Byłem raz na meczu Cracovii i słyszałem, jak kibice krzyczeli, że liczą na mnie. To bardzo sympatyczne, że tak ludzie na mnie reagują, ale na razie nie mam sprecyzowanych żadnych pomysłów.

Jeśli chodzi o Wisłę, to czy dobrym modelem jest zatrudnienie rodaków na stanowiskach trenera i dyrektora sportowego?
Mówiłem już o tym wielokrotnie – gdy na takim stanowisku zostaje zatrudniony Hiszpan, to ma największe zaufanie do Hiszpanów. Dostał konkretne zadanie od prezesa, by zbudować zespół na określonym poziomie, a jeżeli miejscowi piłkarze nie dają mu takich gwarancji, to bierze takich, których zna, którzy dają mu gwarancję odpowiedniego poziomu. Wiadomo, że dochodzi do tego aklimatyzacja i to, czy zawodnik będzie się dobrze czuł w nowym zespole, w kraju, gdzie mówi się obcym językiem. My musimy uczyć się od tych ludzi. Może zostanę za to skrytykowany, ale myślę, że jesteśmy w stanie się jeszcze bardzo dużo nauczyć od przedstawicieli europejskiej piłki i nie powinniśmy zachowywać się wobec nich tak krytykancko. Tak samo było z Leo Beenhakkerem. Nie powinniśmy byli krytykować tego gościa, że jest trenerem reprezentacji, mówić, że nic nie osiągnął, tylko powinniśmy korzystać z jego umiejętności i wiedzy. Podobnie jest teraz z zagranicznymi trenerami, którzy pracują w polskiej lidze. Powinniśmy z tego korzystać, czerpać wiedzę z tego, jak budują zespół, jaki model preferują, kogo zatrudniają, dlaczego ich zatrudniają. Wiadomo, że gdy Wisła nie będzie wygrywać, to będzie krytyka. To jest normalne. Ostatnio Wisła gra słabiej, ale moim zdaniem w tym klubie jakaś baza została wykreowana. Teraz wszystko zależy od tego, czy trener Maaskant będzie potrafił wykonać z tym zespołem następny krok.

Gdy rozmawialiśmy ostatnim razem, mówił pan, że zawsze było panu blisko do miast robotniczych. Najpierw był to Knurów, potem Rotterdam i Liverpool, ale później wielkomiejski Madryt, a teraz urokliwy Kraków.
Jeśli chodzi o wygodę, to na pewno łatwiej jest żyć w Krakowie. Mój syn chodzi do szkoły międzynarodowej o profilu polsko-angielsko-hiszpańskim i pod tym względem jest to optymalne wyjście. Jesteśmy tutaj od miesiąca, na razie się aklimatyzuję. Podobnie było w Madrycie, gdzie ten proces trwał pół roku. Jedyną rzeczą, której nie musimy się od nowa uczyć, jest język. Po Rotterdamie, Liverpoolu czy Madrycie ciężko byłoby nam wrócić do Knurowa czy Szczygłowic. W dużym mieście są większe możliwości, a głównym argumentem przemawiającym za tym jest to, że mieszka tutaj Tomek, przyjeżdżaliśmy tutaj często na weekend czy na wakacje i bardzo nam się podobało, a poza tym szkoła dla naszych dzieci jest tutaj na miejscu i pod tym względem można to odpowiednio wykorzystać.

Rozumiem, że dom pod Krakowem jest już wykończony.
Powoli go wykańczamy. To jest też jeden z głównych powodów powrotu do Polski, że wiele spraw organizacyjnych mam niedopiętych. Postanowiłem, że przez 2-3 miesiące skupię się na tym, by dograć je do końca.

Czego panu najbardziej brakuje tutaj w Krakowie w porównaniu z Madrytem?
Pól golfowych. W Krakowie są dwa, ale w Madrycie miałem 30 takich. Mieszkałem między jednym a drugim polem golfowym. Poza tym pogoda jest zupełnie inna niż w Madrycie, jedzenie jest całkiem inne. To są podstawowe różnice.

Jak powrót do Polski przeżył pański syn? Z tego, co wiem, miał dziewczynę w Madrycie.
Przeżył jak każdy młody chłopak. Ciężko było mu opuszczać Madryt, bo bardzo dobrze się tam zaaklimatyzował. Ale jak przyszedł do nowej szkoły, to bardzo szybko znalazł sobie nowych kolegów i jest OK. Do Madrytu zawsze może wracać. Na początku listopada leci tam na tydzień, więc spokojnie. Są rzeczy, których ja nie miałem, gdy miałem 13-14 lat. Obecna młodzież ma łatwiej, nie ma kompleksów, nie ma żadnych barier komunikacyjnych.

Rozumiem, że uczucie przetrwało, skoro wraca do Madrytu.
Myślę, że tak, ale ciężko jest się bardzo angażować w uczucia miłosne w wieku 13 lat. Pewnie będzie pamiętał o tej miłości, ale nie wiem, co będzie dalej. Ja jestem bardzo tolerancyjny i patrzę na takie rzeczy z radością. Bardzo mnie cieszy to, że bardzo dobrze zaaklimatyzował się w Hiszpanii i mam nadzieję, że podobnie będzie w Polsce.

Nadal trenuje piłkę nożną?
Tak. W madryckiej szkole była filia Realu Madryt, tam miał okazje do treningów. Piłka go dalej fascynuję i myślę, żeby go gdzieś tutaj zapisać, ale z tego, co wiem, tutejsze szkółki piłkarskie są w złym stanie organizacyjnym. Na to też powinien być główny nacisk, jeśli chodzi o rozwój polskiej piłki, bo jeszcze chwila i polski kibic nie będzie miał się z kim utożsamiać. Będzie coraz więcej zagranicznych zawodników i to będzie problem dla naszej piłki. Nie będziemy w stanie wiecznie wydawać pieniędzy na obcych zawodników, dlatego nie wiem, dlaczego polskie kluby nie inwestują we własne akademie piłkarskie, których koszt nie jest duży. Poza tym ważne jest wyrabianie mentalności u młodego piłkarza, który po kilku latach treningów w danym klubie – w Wiśle, Cracovii czy Legii – w wieku 18 lat dokładnie wie, czego może oczekiwać po derbach, po grze dla swojego klubu, jest emocjonalnie z nim związany. Tych rzeczy się nie kupi. Nikt nie jest w stanie kupić jakiegoś Serba, który będzie w stanie od razu poznać mentalność klubu, podejść do tego emocjonalnie. To jest nie do kupienia, wiem o tym, bo pamiętam, jak do meczów swojego klubu podchodzili Stevie Gerrard i Jamie Carragher w Liverpoolu czy Iker w Realu Madryt. Tego się nie kupi, to jest nie do wykreowania u najemnika. Tu jest wielkie pole do popisu. Przy takich budżetach, jakie mają polskie kluby, utrzymanie akademii piłkarskiej z sześcioma zespołami w różnych kategoriach wiekowych nie jest wielkim wydatkiem w stosunku do tego, jakie mogą przynieść korzyści.

Dzięki zaniedbanemu szkoleniu selekcjoner Smuda ma wymówkę przy powoływaniu kolejnych piłkarzy wychowanych za granicą.
Nikt nie jest do niczego zmuszony. „Tylko możesz, nic nie musisz” – jest takie hasło reklamowe. Czasami jak widzę znajomego Niemca, to mówię, mu, że musi mieć paszport polski albo turecki. A tak naprawdę, to ci chłopcy tam żyją...

Właśnie, jest różnica między Özilem a Boenischem.
Mesut ma więcej z Niemca niż z Turka. On się tam urodził, on się tam uczył. On mówi po turecku, ma w Turcji rodzinę, jeździ do niej czasem na wakacje, ale tak naprawdę czuje się Niemcem. Podobnie jest z naszym chłopakiem z Gliwic (Lukas Podolski – przyp. red.), którego ojciec grał w Górniku Knurów. Nawet on ma więcej z Niemca niż Polaka. To jest dla mnie bardzo niebezpieczny kierunek, w którym idzie trener Smuda. Nie można najpierw mówić ludziom, jaki ma się plan, a później go nie realizować. To jest tak, jakbym ja dzisiaj powiedział, że jak będę trenerem reprezentacji, to będę powoływał tylko polskich zawodników, nie będę dawał żadnych paszportów, a gdybym objął kierownictwo, to stwierdziłbym, że są same beztalencia. To jest bardzo niebezpieczny i dziwny kierunek, w którym ja bym nie szedł. Bardziej skupiłbym się na tym, żeby poszukać możliwości rozwoju. To jest zadanie dla PZPN-u i klubów ekstraklasy. A jeśli te ostatnie się do tego nie garną, to sprawę w swoje ręce musi wziąć PZPN. Ale to już nie będzie to samo. Mnie bardziej chodzi o tę mentalność, którą można wykreować dzięki trenowaniu dziecka w dużym klubie. Tak jak kibic chce być przypisany do danych barw, utożsamiany z danym klubem, tak każdy zawodnik od samego początku chce być piłkarzem danego klubu. Dlatego też akademie piłkarskie, SMS-y to są fajne rzeczy, ale nie mają tej tożsamości, bo gdy piłkarz ma 17-18 lat, to i tak trzeba go sprzedać do klubu, z którym nie jest związany. Jest problem, że nie ma tych standardów.
Gdy ostatnio zaprowadzałem moje córki do przedszkola, to spotkałem kobietę, która powiedziała, że jej syn chce trenować piłkę nożną, ale nie ma gdzie go zapisać. Z kolei mój znajomy mówił, że klub piłkarski, w którym trenuje jego syn, w ogóle mu nie pomaga. Idzie zima, a w tym roku ma nie być nawet balonu. To są rzeczy, nad którymi trzeba się zastanowić. Mamy Euro 2012, ale to jest samograj, nie potrzebujemy do tego żadnego dyrygenta. Nie może być tak, że przyjdziemy na bankiecik przed meczem, skonsumujemy tę rybę i nic nam nie zostanie. Musimy to wykorzystać, nie może być tak, że mamy samochód, a nie mamy kierowcy.

Mówił pan o standardach, które panują, a właściwie nie panują w polskich szkółkach piłkarskich. Może te wzorce powinny wprowadzać zachodnie kluby. Ostatnio w Warszawie ogłoszono otwarcie szkółki piłkarskiej Barcelony, do której od razu zgłosiła się rzesza chętnych.
Oczywiście, zapotrzebowanie na piłkę w Polsce jest bardzo duże. Zresztą już samo rzucenie hasła, że Barcelona otwiera szkółkę, było wielkim wydarzeniem, a przecież do jej otwarcia minie jeszcze dużo czasu. To mówi samo za siebie. Legia na takie samo hasło dostaje 200 zgłoszeń, a Barcelona 2000. Wszyscy chcą mieć zapewniony ten najwyższy standard. To jest tak samo jak ze studentami. Każdy chce uczyć się na jak najlepszym uniwersytecie, bo chce mieć pewność, że czas tam spędzony nie pójdzie na marne. Podobnie jest ze szkółkami piłkarskimi.

W takim razie może teraz kolej na otworzenie szkółki Realu Madryt w Polsce?
To też jest dobry pomysł, kto wie...

Propaguje pan golfa, współpracuje ze Szlachetną Paczką, udziela się w mediach. Która z tych działalności jest tym przytoczonym wcześniej dołkiem, do którego chciałby pan ostatecznie trafić?
Jestem otwarty na współpracę z wieloma organizacjami, pod warunkiem, że są one godne zaufania publicznego, bo to jest najważniejsze.

Czy PZPN jest takim tworem?
Nikt się ze mną nie kontaktował, nie wiem, w jakim charakterze miałbym tam ewentualnie pracować. Nie sądzę, że Grzegorz Lato zadzwoni do mnie i powie, że ma dla mnie robotę.

A gdyby zadzwonił?
To wszystko zależy. Skoro pracuję dla Castrola, to mogę pracować też dla PZPN, a przede wszystkim dla polskiej piłki, bo to jest najważniejsze. Ale powoli, wcześniej czy później na pewno będę. To jest moja misja, która od początku mojej kariery gdzieś tam mi świtała. Gdy podpisałem kontrakt z Feyenoordem, to Jan de Zeeuw powiedział mi, że to jest dopiero początek mojej przygody. Tak więc zobaczymy.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!