Menu
ElFilipo / własne

RealMadryt.pl w Madrycie: Así gana el Madrid!

Dla takich spotkań warto mieć białą duszę

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Co to był za mecz! Nikt nie miał wątpliwości, że piłkarze zrobią co mogą, by po siedmiu latach wreszcie awansować do ćwierćfinału, a zgromadzeni na stadionie kibice (choć to już aż tak pewne nie było) dadzą z siebie wszystko, ażeby swoim idolom pomóc, to co się wydarzyło przerosło jednak nasze najśmielsze oczekiwania. Ale po kolei. Na niespełna dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem przywdzialiśmy białe barwy i ruszyliśmy do metra, zdecydowanie najlepszego środka komunikacji w Madrycie. Niezwykle rozbudowaną siecią szesnastu linii (która swoją drogą we środę powiększona została o kolejnych kilka stacji) dojechać można niemalże wszędzie, nasz cel był jednak jeden – Santiago Bernabéu. W trakcie podróży co chwilę napotykaliśmy fanów obu drużyn, podobnie jak my zmierzających na Concha Espina. Jednych od drugich rozróżnić dało się nie tylko dzięki noszonym koszulkom i flagom, ale również zachowaniu – miejscowi zachowywali raczej spokój oszczędzając siły na sam mecz, przyjezdni natomiast co chwila krzyczeli i śpiewali, nader często umieszczając w swych przyśpiewkach Karima Benzemę.



Nie wiemy, co śpiewali, ale biorąc pod uwagę wynik spotkania wywołali wilka z lasu. ;) Póki co jednak nie mogli wiedzieć, że powrót nie będzie już tak radosny, dlatego cieszyli się każdą chwilą podróży.

Pod stadionem ścisk i gwar były jeszcze większe, na szczęście jednak bramki prowadzące do środka zostały już otwarte, co pozwoliło rozładować nieco tłum i dało nam możliwość do spokojnego napawania się pięknem czekającego na wielki spektakl Bernabéu. Gdy już zajęliśmy swoje miejsca, na stadionie wciąż panowała atmosfera pikniku - o tym, że już niedługo rozegra się tu bój, którego stawką będzie ćwierćfinał Ligi Mistrzów świadczył jedynie zegar, leniwie odliczający kolejne sekundy oraz sektor zajmowany przez ultrasów, zapowiadający kolejną przygotowaną przez nich oprawę. Można było zastanawiać się czy przyzwyczajeni do raczej teatralnego podziwiania spotkań kibice wezmą do serca słowa José Mourinho i zagrają razem z piłkarzami, wszelkie wątpliwości rozwiały się jednak, gdy na rozgrzewkę wybiegli zawodnicy Lyonu. Szacunek do przeciwnika swoją drogą, ale tego wieczoru Francuzi mieli czuć się w Madrycie jak w piekle.



Chwilę później na murawie pojawili się Królewscy i stadion dosłownie eksplodował, wysyłając piłkarzom jasny sygnał – cokolwiek się stanie, jesteśmy z wami.



Po zakończonej rozgrzewce zawodnicy obu drużyn udali się jeszcze na chwilę do szatni, w tym czasie zaś swoje oprawy zaprezentowały ekipy Orgullo Vikingo i Ultras Sur. Gdy po chwili piłkarze ponownie wybiegli na murawę, z głośników rozbrzmiały hymny Realu Madryt i Ligi Mistrzów. Wielokrotnie słyszeliśmy je już w telewizji, wierzcie jednak, że z perspektywy trybun robią niemożliwe wręcz do opisania wrażenie.





A to był dopiero początek emocji. Od pierwszego gwizdka trybuny żyły spotkaniem, gromkimi brawami nagradzając każde udane spotkanie, każdą nieprzychylną decyzję arbitra kwitując natomiast morzem przeraźliwych gwizdów i złorzeczeń. Starania kibiców nagrodzone zostały trzema bramkami, z których każda wywoływała na trybunach euforię. Tutaj radość po bramce Di Maríi, przypieczętowującej tak upragniony awans.



Chwilę później z niemal osiemdziesięciu tysięcy gardeł zabrzmiało triumfalne „Así, así, así gana el Madrid!”.

Gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni nikt nie miał wątpliwości, że zarówno zwycięstwo, jak i jego rozmiary są w pełni zasłużone. Mając taką świadomość zarówno piłkarze jak i kibice mogli spokojnie udać się do domów z poczuciem dobrze wykonanego zadania.

My zamiast do hostelu udaliśmy się jeszcze na Cibeles, plac był jednak spokojny i pusty. Nic dziwnego, na huczne świętowanie przyjdzie jeszcze czas, wszyscy wierzymy bowiem, że pokonanie Lyonu to nie koniec, a dopiero początek drogi na Wembley.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!