Menu
MatiaS / Futbol / własne

[WOW]: O wikińskim szlaku z Polski do Hiszpanii

Zapraszamy na lekturę "Wieczornych Opowieści Wikinga" poświęconych Polakom w Realu Madryt

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

We wstępnym planowaniu ten „patriotyczny” temat rozpoczynał cały cykl „Wieczornych Opowieści Wikinga”. Korektę planu wymusił wtedy brak potwierdzonego i sprawdzonego źródła. Na szczęście z pomocą przyszli redaktorzy znakomitego magazynu „Futbol”, publikując materiał, którym dziś dysponujemy i na którym częściowo bazujemy. Dziś, na dziewięciolecie RealMadrid.pl, „Wieczorne Opowieści Wikinga” poświęcimy polskim piłkarzom, którzy występowali lub byli bliscy występowaniu w śnieżnobiałym trykocie Realu Madryt. Zapraszamy na lekcję historii o Polsce.

Pierwszym mającym w żyłach polską krew, który dorabiał na życie grą w Realu Madryt był tajemniczy Rozitsky. Dokumenty archiwalne wspominają, iż formował on skład Królewskich w latach 1913-1915, więc w czasach, kiedy Polska nie widniała na mapach Europy. Mimo to w klubowym muzeum na Santiago Bernabéu przy Rozitskym figuruje napis „Polonia” i biało-czerwona flaga. Polski rodowód piłkarza potwierdza też szef departamentu historycznego FC Barcelona, gdzie Rozitsky także występował. Jak to możliwe? Panuje opinia, że to sam piłkarz, mimo że posiadał także paszport francuski, nalegał, aby w metrykach klubowych wpisano mu polską, „niezbyt” uznawaną przecież, narodowość. Czy faktycznie czuł się aż takim patriotą? Niestety taki wniosek opiera się tylko na domysłach, ponieważ wtedy, gdy futbol dopiero raczkował, nie poświęcano mu tyle uwagi, aby prowadzić szczegółowe dokumentacje. Z powszechnym w Hiszpanii sądem dotyczącym narodowości Rozitskyego częściowo pokrywa się śledztwo Andrzeja Gowarzewskiego, badacza futbolu, według którego tajemniczy piłkarz wychował się w Austrii, w monarchii Habsburgów. Należy pamiętać, iż przed pierwszą wojną światową polska Galicja także znajdowała się wtedy pod austriackim zaborem, gdzie polsko brzmiące nazwisko mogło stracić oryginalną pisownię (Rosicki? Różycki?). Również i inne dane wpisywane Rozitskyemu do biogramu przez futbolowe encyklopedie zawierają kluczowy termin „prawdopodobnie”. I tak - wszystko wskazuje na to, że do Realu Madryt przeszedł bezpośrednio z FC Barcelona, wyznaczając kontrowersyjny szlak Michaelowi Laudrupowi czy Luisowi Figo. Wspomniany szef departamentu historycznego Barçy dodaje nawet, że Polak był w zespole Dumy Katalonii liderem na murawie. Precyzyjnie sprawdziwszy składy meczowe, historycy obstawiają też, iż występował na pozycji defensywnego pomocnika, prawoskrzydłowego lub bocznego obrońcy. I, co nas może napawać dumą, Rozitsky prawdopodobnie dzielił szatnię z samym legendarnym Santiago Bernabéu. Zresztą do dziś w spisie piłkarzy, którzy kiedykolwiek przywdziali wikiński trykot nazwisko Rozitskyego sąsiaduje z tym, któremu zawdzięczamy potęgę Realu Madryt.

Czasami polskie media sportowe starają się na siłę przeforsować śmiałą opinię, iż po Rozitskym nadwiślańskie państwo doczekało się kolejnego piłkarza w Realu Madryt, mając na myśli Raymonda „Kopę” Kopaszewskiego, Napoleona futbolu, laureata Złotej Piłki i brązowego medalistę Mundialu z 1958 roku. Francuskie dokumenty i wspomnienia samego pomocnika dowodzą, iż był on wnukiem polskich emigrantów, którzy opuścili Polskę na rzecz Galii. Tam, w miasteczku Noeux-les-Mines, w którym wszyscy pracowali w górnictwie, urodził się Raymond Kopaszewski, który w wieku osiemnastu lat uzyskał podwójne francusko-polskie obywatelstwo. Wtedy też zdecydował się skrócić nazwisko do „Kopa”. Na codzień pracując w kopalni, niedziele poświęcał na grę w piłkę w miejscowym zespole Angers. Jego talent do rozgrywania i strzelania bramek dostrzegli obserwatorzy Stade de Reims, ściągając go we własne szeregi w 1951 roku. Pięć lat potem francuska drużyna awansowała do finału pierwszego w historii Pucharu Europy, gdzie miała stanąć naprzeciw… Realu Madryt. Królewscy zwyciężyli milową konfrontację 4-3, ale pozostając pod wrażeniem wizji gry pomocnika z Francji, postanowili wzmocnić nim i tak „galaktyczny” skład z Di Stéfano, Rialem czy Gento. Tam Fransua z miejsca stał się gwiazdą, osiągając najznakomitsze klubowe sukcesy - trzy Puchary Europy - i zachwycając opanowaniem publiczność na Chamartín. Doceniali go też kompani z murawy: „Kiedy chcieliśmy utrzymać piłkę, wystarczyło, że Gento przerzucił do Kopy, a ten przetrzymywał ją i przetrzymywał, i przetrzymywał, i przetrzymywał… i nigdy nie stracił!”, wspomina asa Marquitos. Kiedy do wikińskiego składu dołączył goleador Ferenc Puskas, Real Madryt dysponował siłą natarcia, jakiej piłkarski świat nie uświadczył ani nigdy przedtem, ani nigdy potem. Magiczną moc ataku, który straszył przeciwników, najtrafniej obrazuje bramka strzelona Athletikowi Bilbao. Gento dostał wtedy piłkę na połowie boiska i rozpędził się z nią lewym skrzydłem. Na wysokości szesnastego metra posłał płaskie podanie, równoległe do bramki. Nadbiegający ze środka Di Stéfano markując strzał i unosząc w ostatnim momencie stopę sprawił, że Puskas stanął oko w oko z baskijskim bramkarzem. Jednak ku oszołomieniu wszystkich, nadal toczącą się futbolówkę Węgier także przepuścił, kompletnie myląc golkipera i oddając Kopie pustą bramkę. Ten dopełnił formalności. Kopę dziś stawia się obok największych sław futbolu francuskiego, Platiniego i Zidane’a. I Francuzem piłkarz się czuje. Na pocieszenie dodajmy, że dziadkowie piłkarza, mając w sercu sentyment do Polski, nauczyli wnuka ojczystego języka. Zawsze to jakiś akcent polskości…

Status trzeciego, a mając w pamięci powyższe wątpliwości - drugiego lub nawet pierwszego, syna polskich ziem, który ma na koncie występy w Realu Madryt, należy do Jerzego Dudka, dublera na pozycji Ikera Casillasa. Jeszcze zanim Dudek stał się Wikingiem, poznał słodki smak zwycięstwa, zyskując poważanie w futbolowym świecie. Był arcycesarzem finału Ligi Mistrzów w Stambule, gdzie murawę opuszczał noszony na rękach przez towarzyszy z Liverpoolu po skutecznych paradach w rzutach karnych i wcześniejszych cudownych interwencjach po uderzeniach Szewczenki. Jednak nie tylko o tym mowa - dziś wielu zapomina, że po owocnym sezonie w Feyenordzie Rotterdam, golkipera z Polski uhonorowano statuetką dla najlepszego piłkarza (nie bramkarza!) Eredivisie. Dudek był też podstawowym ogniwem kadry Engela, która po latach posuchy awansowała do Mistrzostw Świata w Korei i Japonii. Jednak balon z idyllą kiedyś musiał pęknąć. Kiedy w 2005 roku trener Rafa Benítez sprowadził do Liverpoolu swego rodaka, José Reinę, rola Dudka zaczęła ograniczać się do mniej ważnych starć i ławki rezerwowych. Latem 2007 bramkarzowi skończył się kontrakt z angielskim klubem i ten dał mu pełne pole manewrowe w poszukiwaniu nowego pracodawcy. Wtedy ofertę na stół położył Real Madryt. I mimo że Dudek był świadomy, że przegra rywalizację o miejsce w bramce z Ikerem Casillasem, nie wahał się, związując się z Wikingami na dwa lata. Występował w meczach sparingowych, Pucharu Króla (w tym fatalnie wspominane z baskijskim Realem Unión Irún) i kilku ligowych, dorzucając własne grosze do mistrzostwa Hiszpanii z 2008 roku. Umowa Dudka wygasała podczas tegorocznego mercado, lecz nowy prezes Florentino Pérez wraz z dyrektorem Jorge Valdano wyszli z propozycją odnowienia dokumentu, oferując mu angaż w ambitnym projekcie. Także i tym razem Dudek złożył podpis na kartce bez dłuższego namysłu. Czy znowu dane mu będzie świętować na Cibeles, tym razem razem z największymi crackami globu? Oby...

Niestety nie każda opowieść skończy się happy-endem. Rozitskyemu, Kopaszewskiemu i Dudkowi udało się zapisać własne nazwisko na klubowych kartach Realu Madryt, lecz istnieją i tacy, którym sen się nie spełnił, a okazja gry w Najlepszym Klubie XX Wieku przeszła koło nosa bezpowrotnie. Kilku futbolistom z Polski przy transferze do Realu Madryt na drodze stanęła bowiem władza PRL i „żelazna kurtyna” stanowiąca granicę między zachodnim kapitalizmem a światem komunistycznego wschodu.

Kiedy w pod koniec lat 50. Królewscy narzucali Europie piłkarską hegemonię, sięgając po kolejne Puchary Europy, w tym samym czasie daleko na wschodzie łowieckie statystyki z meczu na mecz poprawiał Lucjan Brychczy. Napastnik masowo strzelał bramki dla Legii, pracując na powszechny ogromny szacunek, którym dziś darzy się go na Łazienkowskiej. Jednak gdy weźmiemy pod uwagę i nakreślimy w głowach Kiciego dołączającego do obfitującego w talenty zespołu sprzed półwiecza, pozostaje nutka goryczy. A szanse, że Wikingowie sprowadzą polskiego napastnika faktycznie istniały. Jednak okazję na bogatą w trofea karierę piłkarza przekreślił zbyt młody wiek i prawo, zakazujące oficerom Wojska Polskiego pracy za granicą. Brychczy takim oficerem był. Kto wie, czy gdyby transfer doszedł do skutku, pan Lucjan nie stałby się dla polskich dzieci wzorem i piłkarskim bóstwem niczym Pelé dla Brazylijczyków, niczym Ferenc Puskas dla Węgrów… Nam pozostaje żałować, że nigdy się o tym nie przekonamy. Żal wyczuwa się też w głosie pana Lucjana, kiedy to wspomina: „Oczywiście, że marzyłem o tym, by grać w Hiszpanii. Marzyć można, a rzeczywistość i tak dała co innego, bo w tamtych czasach nikt nie opuszczał kraju. Trudno, co począć?”

Niewiele argumentów do dyskusji miał też Jacek Gmoch. Uwagę na niego Królewscy zwrócili w latach 60., kiedy Gmoch z powodzeniem dowodził defensywą Legii. Wyznawał zasadę, że praktyka stanowi klucz do sukcesu i sam mimo że nie otrzymał od Boga ogromnego talentu, wszystko nadrabiał ciężką pracą. Jednak i tu spełzło na niczym. Być może dlatego, że w wieku 29 lat Gmoch doznał kontuzji w meczu towarzyskim, która przedwcześnie wstrzymała mu karierę. Jak się okazało potem, wstrzymała na zawsze. Jednak mimo to sentyment do wikińskich barw pozostał - pan Jacek należy dziś do zadeklarowanych madridistas z Polski, czego nie ukrywa także podczas taktycznych analiz w studiu Telewizji Polskiej. Ciekawe, ilu z Was szczęka opadła ze zdziwienia. :)

Również Robert Gadocha z Legii w latach 70. znalazł się na celowniku Realu Madryt. Energiczny lewoskrzydłowy, dysponujący błyskotliwą techniką, zdołał uwieść don Santiago Bernabéu podczas Mundialu w 1974 w Niemczech, gdzie wraz z kadrą narodową sięgnął po brąz, a sam zaliczył siedem (!) asyst. Legendarny prezes, który przez dekadę bezskutecznie upatrywał następcy Francisco Gento, skoncentrował siły na sprowadzeniu polskiego skrzydłowego, chodząc za nim na kolanach. Jak wspomina Gadocha, „działacze Realu Madryt kilkanaście dni przesiadywali w warszawskim hotelu Grand, starając się wyciągnąć mnie z Polski”. Pan Robert liczył na to, że transfer uda się sfinalizować legalnie, bez konieczności ucieczki z kraju. I przeliczył się - władze komunistyczne pozostały bezkompromisowe, nie dając mu prawa do rozwoju zagranicą. Szkoda, ponieważ dziś Gadochę stawia się na pierwszym miejscu pod względem talentu spośród skrzydłowych lat siedemdziesiątych.

Był i Kazimierz Deyna, magik, któremu także władze PRL nie dały pozwolenia na opuszczenie granic państwa polskiego. Historię pana Kazimierza wspominaliśmy w pierwszym odcinku „Wieczornych Opowieści Wikinga”. Wspominaliśmy dlatego, że negocjacje między Królewskimi, Legią Warszawa, samym Deyną i tym czwartym do smyczkowego kwartetu, Polską Republiką Ludową, zdawały się dawać nadzieje na transfer. Genialnemu rozgrywającemu, który pojedynczym dotknięciem piłki butem potrafił odmieniać losy całego meczu, Bernabéu wysłał nawet wikiński trykot z numerem „14” na plecach. I nie ma zbiegu okoliczności w tym, że wówczas w FC Barcelona „czternastkę” nosił Johann Cruyff, do dziś ikona katalońskiego klubu... Niestety dla nas, madridistas - bezbronny tu sport znowu przegrał bitwę z zimną wojną polityczną i Deyna pozostał w Warszawie. Tym samym pozbawiono go szansy na wsławienie się znakomitą grą na tyle, by stanąć wśród największych piłkarzy wszechczasów. Bez wątpienia pan Kazimierz wykazywał ku temu predyspozycje.

Jeden jeszcze, oprócz Gadochy i Deyny, orzeł z kadry Kazimierza Górskiego, był dosłownie o krok od transferu do Realu Madryt. Najsmutniejsze, że krok ten, gdyby stawiano go dziś, stanowiłby tylko formalność... Kiedy w 1972 roku Włodzimierza Lubańskiego zaproszono do udziału w prestiżowym meczu gwiazd Europy przeciwko talentom z Ameryki Południowej, sam piłkarz nie spodziewał się, że zapuka dzięki temu do bram Santiago Bernabéu. Lubańskiemu w ataku partnerował wtedy Amancio Amaro, wspomagał ich Velázquez. Obydwu Wikingom tak spodobała się wspólna gra z polskim napastnikiem, że po powrocie do Hiszpanii postanowili napomknąć o nim prezesowi, służąc odpowiednią rekomendacją. Ten przybył na Śląsk, gdzie skontaktował się z Górnikiem Zabrze, sugerując transfer Lubańskiego na Półwysep Iberyjski. Ochoczo nastawiony pan Włodzimierz nie miał cienia wątpliwości, nocami śniło mu się wyzwanie gry w wikińskim trykocie. Jednak na nowo dla zasady stanowczy sprzeciw postawił Komitet Centralny PZPR - dla zasady, ponieważ problemu raczej nie stanowiły wtedy względy finansowe, zwłaszcza że don Bernabéu oferował zawrotny i rekordowy milion dolarów! Jak i przy „transferach” Brychczego, Gadochy i Deyny, także i tu padły argumenty o zbyt młodym wieku napastnika. Według prawa piłkarz, oczywiście, dostawał pozwolenie na opuszczenie kraju, ale dopiero po ukończeniu trzydziestego roku życia, kiedy… ofert de facto brakowało. I tak 25-latek pozostał w Polsce. Dziś, kiedy Lubański sięga pamięcią do szansy, którą ktoś mu odebrał, pisze z rozgoryczniem: „Gdy widzę, jak wiele rzeczy się zmieniło, to ogarnia mnie złość, że na skutek czyjejś decyzji przeszła mi koło nosa kariera wspanialsza niż ta, która stała się moim udziałem. Szkoda. Mogłem grać w najlepszej drużynie Europy, a może i świata… Adiós, amigos.”

Jako że los chciał, by powyższa część „Wieczonych Opowieści Wikinga” ukazała się w sierpniu, miesiącu arcyważnym dla upadku komunizmu w Polsce, pozwolę sobie na końcowy patriotyczny apel - doceńmy i nie pozwólmy marnować szans, których inni, o czym przekonaliście się, nie uświadczyli. I tyle na dziś. Adiós, amigos!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!