„A dzisiaj napiszę sobie epos. Banan prawdopodobnie nigdy go nie przeczyta, ale to nieistotne. Ważne, że za prawie trzy tysiąclecia pójdzie do kina na film Christophera Nolana i będzie miał pomysł na zapowiedź meczu Realu Madryt z AEK-iem”, pomyślał sobie Homer jakieś 700 lat przed narodzinami Chrystusa. Następnie napisał zaś Odyseję. A teraz udowodnijcie, że było inaczej. Powinno być dosyć łatwo.
To wręcz fascynujące, jak ponadczasowe potrafią być nieraz dzieła nawet sprzed tysięcy lat. Pomimo rozwoju technologii czy samych zmian w sposobie myślenia człowieka, niektóre motywy są mu wciąż tak bliskie, że zwyczajnie nie da się ich zdezaktualizować. Czasami wystarczy po prostu ubrać archaiczną formę w nieco świeższe szaty, tak jak zrobił to Nolan, by uświadomić mógł sobie to praktycznie każdy. Nie brakuje jednak pewnie i takich, którzy pomimo upływu jakichś 2700 lat niezmiennie są w stanie zachwycać się literackim oryginałem.
W zasadzie każdy najbardziej istotny element fabuły eposu Homera symbolizuje rzeczy, które towarzyszą nam niezależnie od epoki, w jakiej przyszło nam żyć. Będący królem Itaki Odyseusz i jego tułaczka pokazywały trudy życiowej drogi i konieczność pokonywania przeciwności losu. Jego wewnętrzna przemiana symbolizowała dojrzewanie, zdobywanie mądrości, wewnętrzną siłę oraz naukę na podstawie trudnych doświadczeń. Wojna trojańska uwypuklała niszczącą siłę konfliktów. Itaka, czyli najsłynniejszy motyw, to z kolei synonim domu, rodziny, bezpieczeństwa i celu, do którego człowiek dąży pomimo przeciwności losu.
O Odysei wspominamy dziś nie tylko dlatego, że przychodzi nam się mierzyć akurat z zespołem z Grecji. Tak naprawdę to wyłącznie szczęśliwy zbieg okoliczności, mogący jedynie wzmocnić nieco przekaz. Głównym powodem jest jednak fakt, że motyw powrotu do Itaki wyjątkowo pasuje zarówno do tego, przez co już przeszedł AEK i przez co przechodzi obecnie Real Madryt.
AEK po trzyletniej przerwie sięgnął po mistrzostwo Grecji. Tak naprawdę sprowadzanie najświeższych sukcesów wyłącznie do rywalizacji z Panathinaikosem, Olympiakosem, czy PAOK-iem byłoby mimo to sporym spłyceniem tematu. Nim ekipa z Aten po latach ponownie zasiadła na królewskim tronie, musiała bowiem najpierw odbyć swoją odyseję, która rozpoczęła się w 2013 roku. Wtedy to dotychczasowy porządek świata dla jednej z najważniejszych piłkarskich marek w kraju totalnie się zawalił.
W konsekwencji fatalnego zarządzania i, co za tym idzie, ogromnych kłopotów finansowych AEK po sezonie 2012/13 zajął przedostatnie miejsce w lidze. Według niektórych źródeł zadłużenie sięgało nawet 170 milionów euro, choć można znaleźć również informacje o znacznie niższej, lecz wciąż trudnej do spłacenia kwocie. Dla 11-krotnego wówczas mistrza Grecji było to pierwsze w historii pożegnanie klubu z najwyższym szczeblem rozgrywkowym. Sportowo drużyna spadła co prawda zaledwie na zaplecze tamtejszej ekstraklasy, ale niedługo później podjęto decyzję o formalnej likwidacji klubu i odbudowy funkcjonującego pod tą samą nazwą zespołu od trzeciego poziomu.
Warto wspomnieć, że zawirowania te na własnej skórze odczuł były reprezentant Polski, Roger Guerreiro, który występował wówczas w ekipie AEK-u. Jak zresztą przyznał w niedawnym wywiadzie z Tomaszem Ćwiąkałą, Ateńczycy nigdy nie uregulowali jego zaległości kontraktowych. Celowe ogłoszenie upadłości z jednej strony umożliwiło więc pozbycie się długów i rozpoczęcie działania pod tym samym szyldem od zera. Druga strona medalu jest jednak taka, że przez to wiele osób nigdy nie otrzymało z powrotem należnych im pieniędzy. Warto o tym wspomnieć, by nie zapominać, że nawet te z pozoru romantyczne historie mają swoje cienie.
Tak czy inaczej, podczas gdy zalotnicy z innej części Aten, Pireusu i Salonik między sobą bili się o mistrzostwo Grecji, AEK był zmuszony pokonywać przeszkody rzucone mu pod nogi przez Posejdona, by wrócić do swojej Itaki. Trzeba jednak przyznać, że z karami boskimi radził sobie o wiele sprawniej niż Odyseusz. Tak jak nad królem Itaki pieczę sprawowała sama Atena, tak 3-ligowy AEK mecenatem objął Dimitris Melissanidis. Magnat naftowy opracował długoterminowy plan zdrowego funkcjonowania. Klub nie szalał na rynku transferowym, ale jego zaplecze i tak było nieporównywalne z tym, jakim dysponowali rywale najpierw w trzeciej, a potem w drugiej lidze.
AEK nie szastał pieniędzmi, bazował na dobrym rozpoznaniu. Wypożyczał piłkarzy i brał jakościowych wolnych zawodników. Dwa z rzędu awanse nie były więc zasługą finansowej przewagi, lecz zrównoważonego i sensownego planowania. Melissanidis odbudowywał klub dzięki podejściu właściwemu dla wyrafinowanego biznesmena, a nie rzucającego milionami szejka. Dbał o płynność finansową i wykorzystywał swoje kontakty dla pozyskiwania sponsorów. Od AEK-u nigdy też nie odwróciła się jego Penelopa, czyli kibice. Fani nawet pomimo największej w dziejach klubu katastrofy wspierali zespół i cierpliwie czekali na jego powrót do najwyżej ligi.
Ten przyszedł już po dwóch latach, co samo w sobie może budzić uznanie, ale jeszcze nie byłoby gotowym materiałem na film fabularny. To, co jednak działo się później, jak najbardziej nadawałoby się już na taką produkcję. W 2016 roku, czyli w pierwszym sezonie po powrocie do elity AEK sięgnął po Puchar Grecji, a w lidze zajął 3. miejsce. Przed sezonem wydał zaś na transfery zawrotną sumę… 160 tysięcy euro. W tym momencie kończyłby się scenariusz zwykłego filmu fabularnego, a rozpocząłby się ten z gatunku science-fiction. Dwa lata później AEK zdobył bowiem swoje pierwsze od niemal ćwierćwiecza mistrzostwo kraju. Na nowych graczy przed sezonem przeznaczył natomiast całe dwa miliony euro.
W ciągu pięciu lat nasi rywale przebyli więc drogę od trzeciej ligi do Pucharu i mistrzostwa Grecji. Sukces budowali natomiast nie na pompowaniu kasy w wielomilionowe transfery, lecz dzięki chłodnemu biznesowego podejściu właściciela. Co jednak ciekawe, w 2024 roku Melissanidis uznał, że jego misja dobiegła końca i sprzedał klub Mariosowi Iliopoulosowi, innemu greckiemu przedsiębiorcy. O ile więc mistrzostwo z sezonu 2022/23 można jeszcze przypisywać poprzedniemu właścicielowi, o tyle najświeższy sukces z minionej kampanii wydarzył się już pod rządami Iliopoulosa.
Triumf na krajowym podwórku w minionej kampanii pozwolił AEK-owi podejść do eliminacji, a następnie awansować do Ligi Mistrzów, gdzie dziś zmierzy się z Realem Madryt. Realem, który w przeciwieństwie do AEK-u cały czas jeszcze do swojej Itaki nie dotarł. O ile dla AEK-u celem podróży było odbudowanie się praktycznie od zera i skonstruowanie na nowo swojej tożsamości, o tyle dla nas bardziej niż ponownym nauczeniem się chodzenia jest nim bieganie szybciej od innych. Jakkolwiek patrzeć, ostatnie mecze pokazują, że ekipa Mourinho wreszcie chyba znalazła właściwy kurs po wielu sztormach, jednak wciąż trudno powiedzieć, by dom był widoczny z horyzontu.
Nasza podróż dobiegnie końca dopiero wtedy, kiedy i my ponownie zasiądziemy na tronie, popijając wino z któregoś z pucharów. Dziś akurat przyjdzie nam pokonać kolejny kilometr w kierunku tego z dużymi uszami. Oby udało nam się to bez żadnych nieprzewidzianych zdarzeń i strat w załodze.
Mecz z AEK-iem rozpocznie się już o 18:45. W Polsce to spotkanie pokaże CANAL+ Sport Extra 1 w serwisie CANAL+ [współpraca].
Komentarze (1)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj sięSocio RealMadryt.pl
Zanim odpowiesz, sprawdź wcześniejsze komentarze
Jako Socio możesz przeglądać publiczną historię komentarzy użytkowników i lepiej wiedzieć, z kim oraz o czym dyskutujesz.