Jak się masz? Jak ci się układa życie?
Bardzo dobrze, jestem bardzo szczęśliwy.
Dzięki, że przyszedłeś. Zwłaszcza że o tej porze nie jest to takie oczywiste.
Tak, trochę się odważyłem, przychodząc tutaj [śmiech]. Ale bardzo mi miło, że mogę z wami być.
Kiedy ostatnio byłeś tutaj, w studiu przy Gran Vía?
Uff, wiele lat temu.
Chyba jeszcze u José Ramóna de la Moreny, prawda?
Tak, to mogło być nawet 20 lat temu.
Czyli byłeś tutaj tylko raz?
Tak, tylko raz.
Życie piłkarza bardzo się zmienia, kiedy przechodzi z Realu Madryt do Getafe?
Bardzo. Oczywiście mówimy o klubach, które funkcjonują na zupełnie innym poziomie. Ale jeśli chodzi o moje codzienne życie, to niewiele się zmieniło. Nadal skupiam się na treningach, a czas, którego nie spędzam na podróżach, meczach czy zajęciach, poświęcam rodzinie. Pod tym względem nie odczułem jakiejś wielkiej różnicy.
Trenuje się więcej, intensywniej, a może mniej? Widać dużą różnicę?
Teraz rzeczywiście trenuję trochę więcej, bo muszę wrócić do odpowiedniej formy. Ale Getafe również gra w trzech rozgrywkach, więc pod tym względem wygląda to podobnie. Czasami nie masz nawet kiedy popracować przed kolejnym spotkaniem.
Za to jest mniej dziennikarzy, prawda? Mniej Raúla, Meany, Romero... Trochę więcej spokoju. Tęsknisz za nimi?
Oczywiście, że tęsknię [śmiech]. Ale rzeczywiście, przede wszystkim przy wyjeździe z ośrodka treningowego jest mniej ludzi, mniej całego tego zamieszania, które towarzyszyło nam po treningach w Realu Madryt.
Wiele osób zastanawiało się, dlaczego zdecydowałeś się właśnie na Getafe. Trudno było uwierzyć, że Dani Carvajal przejdzie z Realu Madryt do Getafe. Dlaczego podjąłeś taką decyzję?
To była decyzja podjęta przede wszystkim z pasji. Każdy, kto dobrze mnie zna, wie, że piłka nożna jest moim życiem. Zajmuję się nią praktycznie od urodzenia, od piątego roku życia. Jestem w niej zakochany. Uwielbiam cieszyć się futbolem i przeżywać każdy jego szczegół. Na przykład ostatnio na San Mamés. Samo wyjście na stadion, poczucie tej atmosfery, zebranie się z kolegami przed meczem… To rzeczy, które sprawiają mi ogromną przyjemność.
To wyjątkowa atmosfera, prawda? Bardzo piłkarski stadion.
Tak, to naprawdę piękny stadion. Przez ostatnie dwa lata, ze względu na kontuzję i brak regularnej gry, trochę mi tego wszystkiego brakowało. Chciałem znowu poczuć się piłkarzem. Chciałem znów poczuć się kimś wyjątkowym. Uważam, że zostało mi jeszcze kilka lat grania i chcę ponownie czerpać z tego radość.
Czyli uważasz, że masz przed sobą jeszcze kilka lat kariery?
Myślę, że tak. Czuję się bardzo dobrze, jestem bardziej zmotywowany niż kiedykolwiek. A uważam, że w takich sytuacjach głowa jest najważniejsza.
Miałeś inne możliwości? Również poza hiszpańską ligą?
Tak, oczywiście. Lato było bardzo długie i pojawiały się różne opcje. Ale ostatecznie siadasz z rodziną, rozważasz wszystko i zastanawiasz się, co da ci największą satysfakcję. W przypadku Getafe przekonał mnie projekt, obecna sytuacja klubu, możliwość pozostania w domu, a także potrzeby trenera. Mówiłem już o tym dzisiaj w innym wywiadzie. Od dziecka właściwie zawsze grałem w drużynach, które walczyły o zwycięstwa. Kiedy miałem siedem lat, występowałem w zespole w Leganés i wygraliśmy trzy ligi. Później trafiłem do akademii Realu Madryt, gdzie również graliśmy o najwyższe cele. Potem był Bayer Leverkusen, z którym walczyliśmy o awans do Ligi Mistrzów. Właściwie przez całą karierę grałem w zespołach, które chciały wygrywać. I zawsze mówiłem najbliższym, choć może zabrzmi to głupio, że zastanawiam się, jak to jest grać w drużynie walczącej o utrzymanie. Czy presja wygląda inaczej? Jak funkcjonuje szatnia, kiedy ma się takie cele? To coś, co naprawdę mnie ciekawiło i motywowało. A teraz głównym celem Getafe jest właśnie utrzymanie. Jestem tutaj, żeby w tym pomóc.
Byłeś bliski przejścia do Arabii Saudyjskiej?
Miałem takie możliwości, tak.
Negocjacje były już mocno zaawansowane?
Tak, były dość zaawansowane. Pojawiały się różne kierunki z Bliskiego Wschodu: Arabia Saudyjska, Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie. Ale prawdą jest, że ze względu na sytuację wojenną miałem pewne obawy. Mój szwagier mieszka w Katarze, więc z bliska obserwowałem to, co się działo. Ten rok był pod tym względem dość skomplikowany. Kiedy takie wydarzenia dotykają kogoś bliskiego, zaczynasz się trochę bać.
Gdyby nie ta sytuacja, zdecydowałbyś się tam pojechać?
Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Ostatecznie rozkładasz na stole wszystkie za i przeciw, analizujesz każdy kontrakt i każdy klub. Ważne było też to, że w domu mieliśmy pewne obawy związane z tym kierunkiem. Jeśli chodzi o pozostałe możliwości w Europie, to jestem człowiekiem bardzo rodzinnym. Każdy najlepiej wie, jakie trudności może oznaczać dla niego przeprowadzka. Dlatego wybraliśmy Getafe. Ale powtarzam: nie chodziło wyłącznie o pozostanie w domu. Naprawdę bardzo motywuje mnie możliwość pomocy tej drużynie, sposób gry i intensywność, jakiej wymaga trener. Jestem zachwycony.
Piłkarz Realu Madryt, który wygrał sześć Lig Mistrzów, cztery mistrzostwa Hiszpanii, dwa Puchary Króla i mistrzostwo Europy, nagle przechodzi do Getafe za wynagrodzenie praktycznie na poziomie minimum. Wiele osób nie potrafiło w to uwierzyć. Nawet Javier Tebas, prezes La Ligi, sugerował, że coś mu się tutaj nie zgadza. Że być może Getafe wypłaci ci część pieniędzy w jakiś nieoficjalny sposób, pod stołem. Takie podejrzenia pojawiają się również wobec innych klubów i zawodników. Ale czy rzeczywiście tak jest, Dani? Po tym wszystkim, co wygrałeś i zarobiłeś, pieniądze nie miały już znaczenia przy podejmowaniu decyzji?
Nie, oczywiście, że nie. Ale rozdzieliłbym tę kwestię na dwie części. Jeśli chodzi o przepisy La Ligi, to wydaje mi się, że pochodzą z czasów, kiedy kontrola nad przepływem pieniędzy była znacznie mniejsza. Dzisiaj uważam je za trochę absurdalne, bo bardzo trudno jest ukryć jakąkolwiek płatność czy świadczenie pozapłacowe. Ale nie chcę się w to zagłębiać.
Czyli jeśli Getafe oferuje ci określoną kwotę, to właśnie tyle dostaniesz? Nie będzie żadnej koperty czy walizki z pieniędzmi?
Dokładnie. Przy dzisiejszych kontrolach finansowych byłoby to bardzo trudne. A jeśli chodzi o mnie, to dzięki Bogu i dzięki karierze, którą miałem, jestem zabezpieczony finansowo. Moje dzieci, moja rodzina, rodzina żony, moi najbliżsi… Wszyscy są zabezpieczeni. Ja po prostu chciałem grać w piłkę. To moja pasja. Kiedy w poniedziałek debiutowałem przeciwko Rayo, znowu poczułem te motyle w brzuchu. To uczucie, które towarzyszy mi od dziecka.
Na początek trafiłeś na niezłego rywala. Álvaro García biega przecież jak szalony. Pewnie pomyślałeś sobie, że nie mogli znaleźć ci nikogo innego [śmiech].
Tak, Álvarito naprawdę potrafi biegać [śmiech].
Ale chyba lepiej było zadebiutować przeciwko Rayo niż Barcelonie, bo przecież niewiele brakowało, żebyś pierwszy mecz rozegrał właśnie w Klasyku.
Tak, w tamtym okresie wszystko było już bliskie finalizacji. Ale mówiłem, żeby trochę to przeciągnąć… Oczywiście żartuję [śmiech].
Czyli poprosiłeś Tebasa, żeby dokumenty nie dotarły na czas, bo nie chciałeś od razu mierzyć się z Barceloną? [śmiech]
Nie, oczywiście, że nie. Gdybym musiał zagrać, dałbym z siebie wszystko, jak zawsze. Ale nigdy nie wiadomo, co wydarzy się w futbolu. Może rozegrałbym świetny mecz i zdobylibyśmy punkty? Getafe potrafiło już osiągać dobre wyniki przeciwko wielkim drużynom. Wracając do wynagrodzenia, pieniądze nie były żadną przeszkodą. Wiem, jakie trudności miał klub i że prezes musiał nawet udzielić gwarancji finansowych, żeby udało się zmieścić w limicie wynagrodzeń. Jestem naprawdę bardzo szczęśliwy. Klub przyjął mnie z otwartymi ramionami. Koledzy z drużyny, pracownicy, ludzie odpowiedzialni za komunikację, kibice… Wszyscy. Czuję się teraz jak w bajce.
Masz już za sobą dwa mecze w pierwszym składzie. Z Rayo zagrałeś na prawej obronie, a na San Mamés jako jeden z trzech stoperów. Przy okazji meczu z Athletikiem pojawiły się obraźliwe przyśpiewki pod twoim adresem, które zostały zgłoszone przez La Ligę. Miało to związek z sytuacją sprzed kilku lat, kiedy sfaulowałeś Yuriego Berchiche. Po spotkaniu widzieliśmy jednak, że się objęliście. Rozumiem, że wyjaśniliście sobie tę sprawę?
Tak. Mieliśmy między sobą pewien zadawniony konflikt. Kilka lat temu rzeczywiście bardzo brzydko go sfaulowałem i spowodowałem jego kontuzję. Wtedy go przeprosiłem, a teraz na stadionie ponownie o tym porozmawialiśmy. Powiedział mi, że bardzo ciężko przeżył tamten okres. Jeszcze raz powiedziałem mu, że jest mi przykro, że bardzo go podziwiam i mam ogromny szacunek do całej jego kariery. Mam nadzieję, że nie będzie już między nami żadnych problemów. On również okazał mi szacunek. Wszystko sobie wyjaśniliśmy i na tym sprawa się zakończyła.
Może powinniście porozmawiać jeszcze przed meczem? Wtedy oszczędziliby sobie tych przyśpiewek.
Może i tak.
Swoją drogą takie przyśpiewki są godne pożałowania.
Szczerze mówiąc, nawet ich nie słyszałem, bo byłem całkowicie skupiony na meczu. Takie zachowania są oczywiście czymś brzydkim i nie powinny mieć miejsca w futbolu. Ale naprawdę wpuszczam to jednym uchem, a wypuszczam drugim.
Getafe rozegrało też pierwszy mecz w europejskich pucharach, w którym nie mogłeś jeszcze wystąpić. Będziesz mógł zostać zgłoszony dopiero na kolejny etap rozgrywek. Drużyna poniosła dotkliwą porażkę, po której José Bordalás był wściekły. Powiedział nawet, że nie macie odpowiedniej jakości, żeby rywalizować w trzech rozgrywkach. Właściwie zasugerował, że z obecną kadrą trudno wam rywalizować nawet w jednych. Jak zareagowałeś na te słowa? Nie pomyślałeś, że trener przesadził?
Z tego, co zdążyłem poznać trenera, wiem, że jest człowiekiem, który mówi prosto z mostu. Nie owija w bawełnę i stawia nam bardzo wysokie wymagania. Wiem jednak, że robi to w dobrej wierze, bo chce wydobyć maksimum z każdego zawodnika. Teraz wszyscy, trener, klub i piłkarze, musimy być bardziej zjednoczeni niż kiedykolwiek. W czwartek mamy mecz Pucharu Króla i chcemy awansować do kolejnej rundy. Ale przede wszystkim myślimy o niedzielnym spotkaniu z Sevillą przed własną publicznością.
To będzie bardzo ważny mecz.
Sevilla jest mocna, ale dla nas to będzie finał. Musimy zacząć znowu wygrywać. Mamy ten dzień zaznaczony w kalendarzu.
To nowe życie Daniego Carvajala w Getafe. Po ilu latach spędzonych w Realu Madryt?
Trzynastu w pierwszej drużynie i dziesięciu w akademii. Łącznie 23 lata.
I to ty uczestniczyłeś w położeniu pierwszego kamienia pod ośrodek w Valdebebas.
Tak, dokładnie.
Pewnie z czasem człowiek przyzwyczaja się do nowych realiów i nowych celów. Ale jak wyglądało twoje odejście? Kiedy zorientowałeś się, że opuszczasz Real Madryt?
Sezon postępował, a kiedy wróciłem po październikowej artroskopii, mniej więcej w styczniu lub lutym, zacząłem stopniowo odgrywać coraz mniejszą rolę na boisku. W ostatnim miesiącu sezonu, kiedy La Liga była już praktycznie przegrana, a my odpadliśmy z Ligi Mistrzów, rozpoczęły się rozmowy między moim otoczeniem a klubem. Ostatecznie wspólnie uznaliśmy, że najlepszym rozwiązaniem będzie zakończenie współpracy.
Rozmawiałeś o tym z Arbeloą?
Nie.
Mam na myśli twoją sytuację w drużynie. Zaczynałeś odgrywać coraz mniejszą rolę, miałeś coraz mniej minut. Wiem, że piłkarze zawsze mówią, że nie proszą o wyjaśnienia ani wtedy, kiedy grają, ani wtedy, kiedy nie grają. Ale czy rozmawiałeś z trenerem o tym, dlaczego tak rzadko występujesz?
Nie. Szanowałem każdą jego decyzję dotyczącą składu. Starałem się po prostu jak najlepiej trenować, być do dyspozycji i czekać na swoją szansę. Okazywałem mu szacunek i respektowałem jego decyzje.
Ale przecież stawka była dla ciebie ogromna. Chodziło o przedłużenie kontraktu, wyjazd na mundial… Miałeś naprawdę wiele do stracenia. To musiało być trudne.
Oczywiście, że nie było łatwo. Przez praktycznie całą karierę byłem podstawowym zawodnikiem, a nagle znalazłem się w sytuacji, w której kończył mi się kontrakt i miałem przed sobą mistrzostwa świata, a nie grałem regularnie. Ale wracałem do domu ze świadomością, że robię wszystko, co powinienem. Trenowałem, jeździłem na wszystkie mecze i byłem do dyspozycji. Jeżeli miałem zagrać jedną minutę, to grałem jedną minutę. Jeśli miałem się rozgrzewać, ale ostatecznie nie wejść na boisko, to się rozgrzewałem i nie wchodziłem. Zawsze byłem przygotowany. Dzisiaj uważam, że postępowałem właściwie i podejmowałem odpowiednie decyzje. Ani przez moment nie miałem pretensji do trenera czy klubu.
Chciałbyś odejść z Realu Madryt w innych okolicznościach?
Nie, uważam, że pożegnanie było fantastyczne.
Ale chodzi mi o twoją rolę w zespole. Wolałbyś odejść, grając więcej i będąc ważniejszym zawodnikiem?
Oczywiście. Każdy piłkarz chce grać. Skłamałbym, gdybym powiedział, że było inaczej. Ale życie układa się tak, a nie inaczej. Czasami są rzeczy, nad którymi nie mamy kontroli. Mogłem kontrolować tylko to, czy jestem dostępny i przygotowany na moment, w którym trener będzie mnie potrzebował. I właśnie to robiłem. Futbol czasami tak wygląda.
A później oglądałeś mecze reprezentacji Hiszpanii na mundialu i myślałeś sobie: „Cholera, przecież mogłem tam być”? Rozmawiał z tobą Luis de la Fuente?
Tak. Kiedy ogłaszał listę powołanych i nie było na niej mojego nazwiska, zadzwonił do mnie. Powiedział, że chciał mi przekazać tę wiadomość osobiście, zanim zobaczę oficjalne powołania. Bardzo mu za to podziękowałem. Rozumiałem jego decyzję. Jeśli do kadry trafia zawodnik, który nie grał regularnie, oznacza to, że ktoś inny, kto być może bardziej zasłużył na powołanie, musi zostać w domu. Trener ma własne kryteria i kieruje się tym, co uważa za sprawiedliwe. Przyjąłem to zupełnie naturalnie. Uważam, że była to uczciwa i uzasadniona decyzja.
Hiszpania została mistrzem świata, a później przyszło twoje odejście z Realu Madryt i konieczność znalezienia nowego klubu. Nie miałeś poczucia, że w jakiś sposób potraktowano cię niesprawiedliwie?
Nie. Nie powiedziałbym, że to była niesprawiedliwość. Oczywiście człowiek zawsze wyobraża sobie w głowie piękne scenariusze. Marzysz o tym, żeby pojechać na mundial, podnieść Puchar Świata, spędzić całą karierę w Realu Madryt… Ale życie nie zawsze wygląda tak, jak je sobie wyobrażamy. Trzeba umieć dostosować się do sytuacji i iść dalej. Mam absolutnie czyste sumienie. Wiem, że do ostatniego dnia dawałem z siebie wszystko. Na pewno popełniłem wiele błędów, jak każdy człowiek, w różnych sytuacjach. Ale każdego dnia starałem się być maksymalnie profesjonalny. I właśnie z tym zostaję.
Kto według ciebie jest najlepszym prawym obrońcą Realu Madryt? Dumfries, Trent czy Valverde? Możesz wskazać dowolnego.
Nie będę się wypowiadał [śmiech].
Dlaczego? To przecież tylko piłkarska opinia.
Bo cokolwiek powiem, ktoś będzie miał do mnie pretensje [śmiech]. To trudna decyzja, którą musi podjąć trener. Uważam, że każdy z nich może być przydatny w innym spotkaniu. Dumfries i Trent są trochę przeciwieństwami. Dumfries jest bardziej fizyczny i mocniejszy w defensywie. Trent ma znakomitą prawą nogę i potrafi dać zespołowi więcej w ofensywie. Fede ma z kolei ogromną wydolność i potrafi pokrywać mnóstwo przestrzeni. Każdy ma swoje mocne i słabe strony.
A gdybyś sam był trenerem, kogo byś wystawił? Kto najbardziej odpowiada twojej wizji prawego obrońcy?
To zależałoby od meczu.
Valverde powiedział kiedyś, że nie urodził się po to, żeby grać na prawej obronie. Być może będzie musiał urodzić się na nowo, bo za każdym razem, kiedy tam występuje, radzi sobie bardzo dobrze.
Rzeczywiście, Fede pokazuje ostatnio bardzo wysoki poziom na tej pozycji.
Zagrał tam kilka ostatnich spotkań, między innymi przeciwko Romie, Sevilli i Barcelonie.
Tak. Jeśli Fede dobrze sobie radzi, a drużyna gra coraz lepiej, to trzeba pamiętać o starej zasadzie: jeśli coś dobrze działa, nie należy tego zmieniać.
Co sądzisz o Klasyku? Podobał ci się?
Bardzo mi się podobał. Naprawdę świetnie się bawiłem, oglądając ten mecz. Uważam, że było to kapitalne spotkanie, rozegrane w bardzo wysokim tempie. Żadna z drużyn ani przez moment nie odpuszczała.
Spodziewałeś się zobaczyć taki Real Madryt?
Patrząc na ostatnie mecze, spodziewałem się poprawy, ale nie aż takiej. Real bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Rozegrał fantastyczne spotkanie. Były momenty, w których potrafił odebrać Barcelonie piłkę i przejąć kontrolę nad grą. Podobało mi się też odważne podejście Mourinho, między innymi wystawienie razem Bernardo Silvy i Ardy Gülera. Bernardo nie grał ostatnio regularnie od pierwszej minuty, ale okazało się, że była to słuszna decyzja. A zwycięstwo oczywiście sprawiło, że cieszyłem się jeszcze bardziej.
Diomandé jest świetny, prawda?
Zagrał bardzo dobrze. Wykonał mnóstwo pracy w defensywie, a w ataku też potrafi pokazać coś ciekawego.
Do tego gol pod koniec meczu. Wygrać na Camp Nou w takich okolicznościach musi smakować wyjątkowo.
Tak, smakuje fantastycznie. Miałem okazję kilka razy przeżyć coś takiego i wiem, jakie to wspaniałe uczucie.
Gdzie oglądałeś Klasyk? Z kim?
Z przyjaciółmi. Oglądaliśmy wszyscy razem, skakaliśmy z radości. Wszyscy byliśmy za Realem Madryt.
Nie było wśród was żadnego kibica Barcelony?
Nie, nie [śmiech]. W mojej grupie znajomych są kibice Atlético, ale Barcelony nie.
Czyli przeżywałeś ten mecz jak zwykły kibic?
Tak, oczywiście.
Bo Carvajal nadal jest madridistą.
Dokładnie. Urodziłem się madridistą i umrę jako madridista.
A kiedy przyjdzie ci zagrać przeciwko Realowi Madryt w barwach Getafe?
Wtedy będę musiał bronić barw mojego obecnego klubu. A obecnie jest nim Getafe, więc będę chciał, żeby wygrało Getafe. Ale mam nadzieję, że kiedy będziemy grali rewanż, będziemy już pewni utrzymania, a Real Madryt będzie miał zapewnione mistrzostwo. Oczywiście nie chodzi o to, że damy im wygrać [śmiech]. Nie zrozumcie mnie źle.
Pamiętasz, kiedy dokładnie zagracie z Realem?
Chyba na początku stycznia, przed świętem Trzech Króli. A rewanż na naszym stadionie będzie pod koniec sezonu. Nie jestem pewien dokładnych dat. Mam nadzieję, że Getafe będzie już wtedy utrzymane, a Real będzie mistrzem. Wtedy wszyscy będziemy mogli po prostu cieszyć się tym spotkaniem.
Jak chciałbyś zostać przyjęty na Bernabéu w styczniu?
Chciałbym, żeby był to dla mnie wyjątkowy moment. Naprawdę wystarczyłaby mi owacja od całego stadionu. Byłbym wtedy więcej niż szczęśliwy. Ale już teraz czuję tę miłość. Kiedy spaceruję po ulicy czy idę do centrum handlowego, kibice podchodzą do mnie i dziękują za całą karierę, za te wszystkie lata. Czuję się naprawdę bardzo kochany przez madridistas.
Nie dziwię się. Myślę, że Carvajal będzie jednym z najbardziej kochanych piłkarzy w historii Realu Madryt. A wracając do Klasyku, zaskoczyło cię, jak mało przypominała siebie Barcelona? Rodri, Pedri i Fermín praktycznie nie mieli kontaktu z piłką.
Tak, ale jak mówiłem, uważam, że Real naprawdę potrafił powalczyć z Barceloną o posiadanie piłki. Barcelona miała też za sobą wymagający mecz w Lidze Mistrzów i pewne problemy kadrowe. Ale wiadomo, że w Klasyku nie ma zdecydowanego faworyta. Wydaje mi się, że Real przystępował do tego spotkania w lepszej formie i było to widać.
Wiele osób twierdzi, że Barcelona powinna nieco zmienić sposób bronienia, zwłaszcza przeciwko najlepszym drużynom. Chodzi przede wszystkim o bardzo wysoko ustawioną linię defensywy. Jak ty to oceniasz?
To ich sposób gry i pomysł taktyczny. Widzieliśmy już, jak wyglądało to przeciwko Interowi czy PSG. Prawdą jest jednak, że kiedy mierzysz się z najlepszymi drużynami w Europie, rywale mają odpowiednią jakość. Potrafią stworzyć sobie dwie sytuacje i jedną z nich wykorzystać.
Antonio Romero, który jest tutaj z nami, chciałby zapytać cię o Złotą Piłkę. Pamiętasz naszą rozmowę w Niemczech, przed finałem EURO 2024? Miałeś wtedy za sobą zwycięstwo w Lidze Mistrzów, w finale strzeliłeś gola głową, niczym rasowy środkowy napastnik. Byłeś wśród kandydatów do Złotej Piłki, choć mówiono, że prawy obrońca nie ma szans na takie wyróżnienie. Teraz znowu mieliśmy ogromne dyskusje wokół tej nagrody, różnych kandydatów i kampanii. Co sądzisz o tegorocznym plebiscycie? I czy tak samo jak my poczułeś dumę, słuchając wczoraj przemówienia Unaia Simóna?
Zdecydowanie tak. Przemówienie Unaia przyprawiało o gęsią skórkę. Było fantastyczne. W ciągu tych dwóch minut przypomniał, jak wielkimi szczęściarzami jesteśmy jako piłkarze. Mówił o tym, co naprawdę ma znaczenie w życiu, o byciu dobrym człowiekiem, o ludziach, których poznajesz podczas kariery i z którymi nawiązujesz przyjaźnie na całe życie. Mówił też o umiejętności radzenia sobie zarówno z dobrymi, jak i trudnymi momentami. Podziękował wielu osobom, między innymi Davidowi Rayi, bramkarzom Athleticu, Joanowi Garcíi czy Remiro. To pokazuje, że sukces indywidualny często jest efektem sukcesu całego zespołu i tego, że wszyscy pracują razem na jeden cel. Jeśli chodzi o Złotą Piłkę, uważam, że w tym roku rywalizacja była wyjątkowo wyrównana. Myślę, że ostateczne głosowanie było bardzo subiektywne. Każdy głosujący miał własnych kandydatów i kierował się innymi kryteriami. Chcę pogratulować Kane'owi, bo to fantastyczny piłkarz i zasłużył na tę nagrodę. Ale równie dobrze mogli ją zdobyć Lamine, Kylian, Fabián czy nawet Rodri. W każdym razie Harry wygrał, więc należą mu się gratulacje.
Mam jeszcze jedno pytanie związane z twoim nowym etapem w Getafe. Jesteś człowiekiem sukcesu. Sam powiedziałeś, że od siódmego roku życia przyzwyczaiłeś się do wygrywania. Nie boisz się teraz porażki? Tego, że ktoś powie: „Carvajal już się skończył, przyszedł tutaj i niczego nie pokazał”?
Nie, absolutnie się tego nie boję. Gdybym się bał, nie zdecydowałbym się pójść tą drogą i wystawić na taką ocenę. Bardzo w siebie wierzę. Będę miał lepsze i gorsze mecze, to oczywiste. Ale nie boję się porażki, bo dla mnie prawdziwą porażką jest nie spróbować. A ponieważ wiem, że zawsze daję z siebie wszystko i walczę o to, czego chcę, jestem przekonany, że nigdy nie będę musiał używać słowa „porażka”, żeby opisać samego siebie.
W Realu Madryt nigdy nie miałeś łatwo. Musiałeś wyjechać na rok do Bayeru Leverkusen, później sprowadzono Danilo, a w ostatnim sezonie Trenta. Mimo to przez lata udowadniałeś, że jesteś najlepszy. Na koniec zostałeś kapitanem. Czy opaska kapitańska Realu Madryt jest dużym ciężarem? Zwłaszcza kiedy jesteś po kontuzji, nie możesz regularnie grać i jednocześnie walczysz o wyjazd na mundial. Może właśnie odpowiedzialność kapitana sprawiła, że nie byłeś bardziej stanowczy wobec trenerów i nie domagałeś się większej liczby minut?
Prawdą jest, że kiedy jesteś kapitanem takiego klubu jak Real Madryt, ale nie występujesz na boisku, stopniowo tracisz trochę znaczenia. Wydaje mi się to logiczne. Każdy chciałby być kapitanem, nosić opaskę na boisku i tam pełnić funkcję lidera. Poza tym byłem kapitanem w drugim z rzędu sezonie bez trofeów. Zarządzanie szatnią, całym zamieszaniem wokół zespołu i presją, która towarzyszy takim wynikom, było naprawdę trudne. A jeśli chodzi o twoje pytanie, to mówiłem już o tym Manu. Tak rozumiem futbol. Staram się podchodzić do wszystkiego z pokorą, bez wielkiego ego. Nie zamierzam domagać się minut tylko dlatego, że nazywam się Dani Carvajal albo dlatego, że zdobyłem tyle trofeów. Chcę na grę zasługiwać swoją pracą i poziomem sportowym.
Guillermo Rai z The Athletic przypomina jednak sytuację z Pintusem. Arbeloa powiedział wtedy na konferencji, że tak samo jak Carvajal walczy o wyjazd na mundial z Hiszpanią, Trent walczy o powołanie do reprezentacji Anglii. Ale ty byłeś Danim Carvajalem, kapitanem Realu Madryt. Nie mogłeś zrobić nic więcej? Nie mogłeś powiedzieć trenerowi: „Daj mi trochę więcej szans, bo tutaj chodzi już nie tylko o moją przyszłość w Realu, ale też o reprezentację”?
Tamta rozmowa z Pintusem odbyła się bezpośrednio po meczu z Valencią, w którym nie zagrałem ani minuty, a nawet się nie rozgrzewałem. Po spotkaniu sam, z własnej inicjatywy, wyszedłem pobiegać. Myślę, że to mówi wszystko.
Właśnie dlatego chciałem, żebyś to wyjaśnił. Mam też pytanie o Viníciusa. Wiem, że zawsze bardzo mu pomagałeś i darzyłeś go ogromną sympatią, zarówno jako piłkarza, jak i człowieka. Teraz przechodzi przez trudny okres. Pojawiają się wątpliwości dotyczące jego formy, a ostatnio doszła jeszcze czerwona kartka. Rozmawiałeś z nim? Wierzysz, że wróci najlepsza wersja Viníciusa, tego, który był tak blisko zdobycia Złotej Piłki?
W każdej karierze zdarzają się trudniejsze chwile. Myślę, że Vini może właśnie przechodzić przez taki okres. Po ostatniej czerwonej kartce pojawiły się pytania o jego dyspozycję, ale musi zachować spokój. Niedawno przedłużył kontrakt. Jest fantastycznym piłkarzem i wspaniałym człowiekiem. Możesz zapytać kogokolwiek w szatni Realu Madryt, a każdy będzie mówił o nim w samych superlatywach. Jestem przekonany, że najlepszy Vinícius wróci. Przezwyciężał już znacznie trudniejsze sytuacje. Byłem z nim w szatni i widziałem to na własne oczy. Bardzo cenię w nim to, że nigdy się nie chowa. Niezależnie od tego, czy gra dobrze, czy źle, zawsze chce dostać piłkę, zrobić coś pozytywnego, zaatakować bramkę i zmierzyć się z rywalem jeden na jednego. A takie cechy nie są łatwe do znalezienia.
Czy przed przedłużeniem kontraktu przyszło mu kiedyś do głowy odejście z Realu Madryt? Rozmawiałeś z nim o tym? Obawiałeś się, że może odejść?
Nie rozmawiałem z nim o tym aż tak szczegółowo. Ale wiem, że kocha Real Madryt. Zresztą potwierdził to, przedłużając kontrakt. Nie sądzę, żeby brakowało mu ofert z innych klubów.
Powiedziałeś Manu, że masz czyste sumienie, bo każdego dnia trenowałeś, podróżowałeś z drużyną i robiłeś wszystko, żeby grać. Rozumiem takie podejście, ale czy nie miałeś momentów, w których myślałeś: „Co jeszcze muszę zrobić, żeby dostawać minuty”?
Oczywiście, że piłkarze bywają egoistami. Czasami takie myśli pojawiają się w głowie. Ale jak mówiłem, tak właśnie rozumiem ten sport. Trzeba pracować i być przygotowanym. Nie wszystko jest usłane różami. Czasami trener uważa, że inny piłkarz może dać drużynie więcej niż ty, i wystawia właśnie jego. Nic więcej nie możesz z tym zrobić.
My, dziennikarze, patrzymy na szatnię z zewnątrz, bo sami nigdy w niej nie funkcjonowaliśmy jako zawodnicy. I zastanawialiśmy się, jak to możliwe, że Arbeloa nie traktuje Carvajala lepiej. Przecież byłeś reprezentantem Hiszpanii, kapitanem Realu Madryt, a wcześniej byliście kolegami z drużyny. Rozumiemy, że kiedy ktoś zostaje trenerem, musi myśleć o całym zespole, a nie tylko o jednym zawodniku. Ale na konferencjach prasowych Arbeloa sprawiał wrażenie bardzo chłodnego wobec ciebie. Mówił o tobie bez szczególnego ciepła, niemal jak o każdym innym zawodniku. My tak to odbieraliśmy. A jak wyglądało to od środka?
Myślę, że to pytanie trzeba skierować bezpośrednio do Álvaro. Jeżeli kiedyś zechce przyjść tutaj do waszego programu, możecie zapytać go, dlaczego wypowiadał się w taki sposób. Nie mogę powiedzieć nic więcej.
Mam jeszcze jedno pytanie. Czy atmosfera w szatni Realu Madryt w poprzednim sezonie była naprawdę tak trudna? Najgłośniejsza była sprawa konfliktu Tchouaméniego z Valverde. Przez moment można było odnieść wrażenie, że codziennie dochodziło u was do bójek.
Nie, absolutnie nie. Spędziłem w Realu Madryt wiele lat i zdarzały się już sytuacje, w których zawodnicy dochodzili nawet do rękoczynów. Ale nic nie wydostawało się na zewnątrz. Najdziwniejsze w tamtej sytuacji było właśnie to, że informacja wyciekła. Dosłownie pół godziny później wszystko było już w mediach. Jestem człowiekiem, który uważa, że szatnia powinna być zamknięta na cztery spusty. I właśnie takie rzeczy mnie denerwują. Przecież ja też czasami kłócę się z moim pięcioletnim synem [śmiech]. Oczywiście w dobrym znaczeniu, żebyście zaraz mnie tutaj nie zgłosili na policję. Ale w każdej rodzinie zdarzają się nieporozumienia. Czasami lepiej powiedzieć wprost osobie, na której ci zależy i którą masz obok siebie, co ci przeszkadza albo co ci się nie spodobało. W ten sposób można rozwiązać konflikt.
Zaskoczył cię powrót Mourinho do Realu Madryt?
Mourinho to trener, który przeszedł już przez tysiąc różnych bitew. Myślę, że w sytuacji, w której znajdował się klub, potrzebne były natychmiastowe wyniki. A Mourinho jest szkoleniowcem, który może je zapewnić.
Ale samo nazwisko cię zaskoczyło? Pomyślałeś sobie: „Mourinho po raz drugi w Realu Madryt”?
Nie. Przecież przeżyliśmy już drugi etap Carlo Ancelottiego i wszystko potoczyło się bardzo dobrze. Podobnie było z Zidane'em. Uważam też, że dwumecz z Benficą, który Mourinho rozegrał przeciwko nam, był dla Realu bardzo trudny. Być może, choć tego nie wiem, miało to jakiś pozytywny wpływ na decyzję o jego powrocie.
Zaskoczyło cię, że Rodri nie trafił do Realu Madryt, tylko zdecydował się przejść do Barcelony?
O to również musicie zapytać Rodriego.
Nie rozmawiałeś z nim? Nie powiedziałeś: „Słuchaj, może przyjdziesz do nas”?
Rozmawiałem. Pytał mnie o różne rzeczy i próbowałem go przekonać.
Ale nie udało ci się [śmiech].
Najwyraźniej ktoś po drugiej stronie przekonał go bardziej [śmiech]. Na pewno miał swoje powody, żeby wybrać Barcelonę. Niezależnie od tego jest fantastycznym zawodnikiem.
Później trochę mu dokuczałeś? Powiedziałeś, że popełnił błąd?
Nie, bo to dopiero czas pokaże. Na razie Klasyk wygraliśmy my, prawda? [śmiech] Ale mówiąc poważnie, na pewno miał swoje powody, żeby podjąć taką decyzję. Ja zrobiłem, co mogłem, żeby przekonać go do Realu. Ostatecznie wybór należał do niego.
Real Madryt potrzebuje piłkarza o takim profilu? Przydałby mu się ktoś taki jak Rodri?
Piłkarz taki jak Rodri przydałby się każdej drużynie. Nie ma klubu, w którym byłby zbędny. To fenomenalny zawodnik pod każdym względem. Bardzo trudno znaleźć kogoś takiego, bo nie ma wielu piłkarzy o podobnych umiejętnościach. Oczywiście, że przydałby się Realowi. Tak samo jak każdemu innemu zespołowi.
Zapytaliśmy cię właściwie o wszystko, ale jeszcze nie poruszyliśmy tematu kolana. Jak się czujesz? Widzieliśmy, że już grasz, ale jak wygląda twoja pewność siebie pod względem fizycznym i psychicznym?
Bardzo dobrze. W tych dwóch ostatnich meczach kolano reagowało znakomicie. Jestem z tego bardzo zadowolony.
Brakuje ci jeszcze minut, prawda? Treningi to jedno, ale co innego, kiedy musisz sprintować, zmieniać kierunek biegu i walczyć z rywalem podczas meczu.
Oczywiście. Przeciwko Rayo rozegrałem pierwszy mecz po prawie pięciu miesiącach. W tym czasie nie zagrałem nawet dziesięciu minut w spotkaniu towarzyskim. To nie jest łatwe. Ale do przerwy reprezentacyjnej zostały mi jeszcze trzy mecze, licząc czwartkowe spotkanie Pucharu Króla. Chcę wypaść w nich jak najlepiej. Później będę miał dwa tygodnie, żeby jeszcze popracować nad przygotowaniem fizycznym. Myślę, że po przerwie będę mógł osiągnąć naprawdę dobry poziom.
Na ile procent jesteś obecnie gotowy? Na 80%?
Nie wiem. Mentalnie jestem gotowy na 200% i to mi wystarcza. A fizycznie będę stopniowo dochodził do najlepszej formy.
Wiele razy oglądałeś powtórkę sytuacji, w której doznałeś kontuzji?
Uff, tak. Moja żona nawet się na mnie denerwowała. Mówiła: „Znowu to oglądasz?”.
Naprawdę?
Tak, naprawdę. Oglądałem to mnóstwo razy.
Dlaczego tak często wracałeś do tej sytuacji?
Nie wiem. Nie potrafię powiedzieć dlaczego. Ale ten krzyk, który wtedy wydałem, słyszałem chyba tysiące razy.
To był przerażający krzyk. Nie wiem, czy Dani o tym wie, ale mikrofony zbierające dźwięk z boiska na Bernabéu przekazują go bezpośrednio do słuchawek komentatorów. Pamiętam, że kiedy usłyszałem tamten krzyk, mało nie podskoczyłem. To był krzyk człowieka cierpiącego z ogromnego bólu. W jednej słuchawce słyszymy transmisję, a w drugiej dźwięk ze stadionu. Ty upadłeś dokładnie obok mikrofonu. Mam ten moment wyryty w pamięci.
Na szczęście to już przeszłość.
A jak twoja rodzina przeżywa to, co dzieje się wokół ciebie w Getafe? Bo nasi koledzy, którzy jeżdżą na Coliseum, opowiadają, że wszędzie widać koszulki Carvajala, kibice chcą autografów, proszą o podpisy na transparentach… Jak odbieracie to w domu?
Jesteśmy naprawdę bardzo szczęśliwi. Nie będę kłamał, wszystko układa się wręcz bajkowo. Oczywiście poza wynikami sportowymi. Niestety pod tym względem nie jest najlepiej. Mam nadzieję, że uda nam się poprawić sytuację, zacząć zdobywać punkty i osiągnąć nasze cele. Ale jeśli odłożymy wyniki na bok, jesteśmy zachwyceni. Naprawdę.
Właściwie tego jeszcze nie przeżyłeś. Zdobyłeś wszystko, ale nigdy nie byłeś wielkim transferowym bohaterem jakiegoś klubu. Getafe znakomicie wykorzystało twoje przyjście w mediach społecznościowych. Budowali napięcie, pokazywali, kiedy się pojawisz, kiedy przyjedziesz… To coś dobrego również dla La Ligi. Nie wszystko musi kręcić się wokół Realu Madryt i Barcelony. Getafe gra w Europie, a przyjście Carvajala dodatkowo rozbudziło emocje kibiców.
Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się aż tak pozytywnego przyjęcia. Myślałem, że wszystko będzie znacznie spokojniejsze, bardziej zwyczajne. A tymczasem wszyscy przyjęli mnie z otwartymi ramionami. Koledzy, pracownicy klubu, kibice… Naprawdę wszyscy. Moja żona jest osobą, która najbardziej odczuła to, jak wyglądało moje lato. Codziennie trenowałem i były chwile, kiedy mówiłem, że mam już dość, że nie chce mi się trenować. Ale potem i tak wstawałem i szedłem na trening. Powtarzałem sobie, że muszę być przygotowany. Ćwiczyłem w Las Rozas, na siłowni, pracowałem z trenerami przygotowania fizycznego. Czasami mówiłem żonie: „Cały czas trenuję, ale mam wrażenie, że robię to na darmo”. Ostatecznie wspólnie przez to przeszliśmy. Kiedy podpisaliśmy kontrakt, powiedziała mi: „Cholera, zupełnie zmienił ci się wyraz twarzy”. A ja odpowiedziałem: „Bo naprawdę tak jest”. Teraz wszędzie chodzę z uśmiechem od ucha do ucha.
Trochę podobnie wygląda to u Sergio Ramosa. On też cały czas trenuje i wrzuca nagrania pokazujące, jak ciężko pracuje. Może niedługo będziecie kolegami z drużyny?
Oby! Sergio byłby świetnym wzmocnieniem. Wszyscy znamy jego poziom.
Pytałeś prezesa Ángela Torresa, jak wygląda sprawa Ramosa?
Powiedział mi, że jutro o 17:00 będzie na miejscu [śmiech]. Żartuję, oczywiście. Ale mam nadzieję, że prezes zdoła go sprowadzić. Bardzo bym tego chciał.
To byłoby niesamowite, znowu oglądać Ramosa i Carvajala w jednej drużynie. Antonio Romero ma jeszcze jedno pytanie. Jesteś z Leganés, a teraz grasz w Getafe. Ze względu na rywalizację między tymi klubami znajomi mocno ci dokuczają?
Trochę tak. Ostatnio byłem u rodziców. Leganés nie jest wielkim miastem i sporo ludzi wie, gdzie mieszkają. Stałem na ganku, przejeżdżał samochód i ktoś krzyknął do mnie: „Wieśniak!” [śmiech]. Bardzo mnie to rozbawiło. Ale patrząc obiektywnie, Getafe gra obecnie w Lidze Konferencji. Klub pilnie potrzebował zawodnika na moją pozycję, a sam projekt ogromnie mnie zmotywował. Nie doszukiwałbym się tutaj żadnego drugiego dna.
Morata też jest przykładem wielkiego piłkarza, który trafił do nieco skromniejszego klubu. Dani, jutro masz trening, więc powoli będziemy kończyć. Chyba że chciałbyś jeszcze powiedzieć coś o Chinach albo chińskim rządzie? [śmiech]
Daj spokój! [śmiech] Tylko tego mi teraz brakuje.
Bordalás każe również weteranom codziennie wchodzić na wagę?
Oczywiście. Weteran musi dawać przykład. Powinien przychodzić na trening z odpowiednią wagą, żeby młodsi zawodnicy widzieli, jak należy się prowadzić.
A co sądzisz o zamieszaniu wokół Mbappé? Widziałeś, co się wydarzyło? Zaskoczyło cię to?
Myślę, że popełnił błąd. Tak jak sam Kylian powiedział, nie sądził, że sprawa nabierze aż takiego rozgłosu. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się zakończy.
Ty również nigdy nie bałeś się wypowiadać na tematy społeczne czy polityczne. Są piłkarze, którzy zajmują stanowisko i później spotykają się z krytyką. Tak było choćby z Mbappé we Francji czy Borją Iglesiasem. Chciałem zapytać, jak oceniasz obecną sytuację społeczną i polityczną w Hiszpanii. Wystarczy włączyć wiadomości, żeby zobaczyć, jak napięta jest atmosfera. Martwi cię to, co dzieje się w kraju?
Nie powiedziałbym, że często przedstawiam publicznie swoje poglądy polityczne. Właściwie nigdy nie opowiadałem się otwarcie po żadnej stronie. Ale wydaje mi się, że przed kolejnymi wyborami jest to temat, o którym rozmawia się w każdym domu i w każdym barze. Myślę, że wszyscy martwimy się obecną sytuacją naszego kraju. To przykre, jak wygląda kwestia mieszkań czy służby zdrowia. Mamy wiele problemów, dług publiczny cały czas rośnie. Mam nadzieję, że podczas kolejnej kadencji uda się znaleźć rozwiązania. Chciałbym, żeby ludzie nie kierowali się wyłącznie przynależnością do jednego czy drugiego obozu, ale przede wszystkim zdrowym rozsądkiem. Żeby czytali programy wyborcze i głosowali na tych, którzy ich zdaniem mogą zrobić najwięcej dobrego dla wszystkich. Mamy wspaniały kraj. Wspólnie możemy sprawić, że będzie jeszcze lepszy. Mam nadzieję, że ludzie pójdą na wybory, zagłosują zgodnie ze swoimi przekonaniami i że stopniowo uda się rozwiązać najważniejsze problemy.
Sam kiedyś zająłbyś się polityką?
Nie, nie, nie [śmiech]. Zdecydowanie nie.
A może ktoś kiedyś złoży ci propozycję i pomyślisz: „Zamiast zostać trenerem czy dyrektorem sportowym, pójdę do polityki”?
Nie, nie jestem do tego przygotowany.
Ale przecież nie wszyscy politycy są przygotowani [śmiech]. Wielu trafia na stanowiska z nominacji.
Tak, to prawda. Nie jest to nic nowego [śmiech].
Dani, bardzo się cieszę, że mogliśmy porozmawiać. Przede wszystkim cieszę się, że kolano jest już zdrowe. Dziękuję, że przyszedłeś do El Larguero. Nie każ nam czekać kolejnych 20 lat na następną wizytę. Życzę ci świetnego sezonu. Ale jeszcze jedno: temat reprezentacji Hiszpanii nie jest dla Carvajala zamknięty, prawda?
Nie, absolutnie nie. Mówiłem o tym już podczas prezentacji w Getafe. Nigdy sam z siebie nie powiem, że nie chcę już zakładać koszulki reprezentacji Hiszpanii. Uważam, że to reprezentacja powinna zrezygnować z ciebie, a nie ty z reprezentacji. Gra dla kraju to ogromny zaszczyt.
Spójrz chociażby na Alexię Putellas. Wczoraj zdobyła kolejną Złotą Piłkę, mimo że wcześniej przeszła bardzo poważną kontuzję. Wiele osób mówiło, że już nigdy nie wróci na najwyższy poziom.
Dokładnie. A w męskim futbolu mamy przykład Jesúsa Navasa, który zdobył z nami mistrzostwo Europy, mając chyba 38 lat. To jeden z najlepszych przykładów w historii hiszpańskiej piłki.
Jak on wtedy zatrzymał Musialę! Co to był za dzień! [śmiech] Niesamowita historia. Później był jeszcze gol Mikela Merino. To były piękne chwile. Ale teraz kibice Getafe pewnie powiedzą: „Dobrze, dobrze, ale teraz my chcemy cieszyć się golami, rajdami i kolejnymi występami Carvajala”.
Komentarze (1)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj sięSocio RealMadryt.pl
Zanim odpowiesz, sprawdź wcześniejsze komentarze
Jako Socio możesz przeglądać publiczną historię komentarzy użytkowników i lepiej wiedzieć, z kim oraz o czym dyskutujesz.