Jak się pan miewa, Pedro? Ostatni raz widzieliśmy się kilka lat temu w Lorce dzięki wspólnym znajomym. Wówczas nie był pan jeszcze gotowy, by publicznie opowiedzieć o tym, co się wydarzyło i przez co pan przeszedł. Kilka dni temu spotkałem pana jednak z moim kolegą Ramónem Álvarezem de Monem i mam wrażenie, że nadszedł moment, by opowiedział pan swoją wersję wydarzeń. Jak wygląda dziś pana życie? Czym się pan zajmuje?
Miło mi z tobą porozmawiać, Tomásie. Dziś jestem całkowicie poza środowiskiem sędziowskim. Kiedy zostałem zdegradowany, zrozumiałem, że nie chcą już ze mną współpracować, więc odłożyłem gwizdek na dobre.
15 lutego 2004 roku. Słynny mecz z Valencią na Santiago Bernabéu. Rzut karny podyktowany w 91. minucie za faul Marcheny na Raúlu. To był pana pierwszy sezon w Primera División... i jak się okazało, ostatni. Czy za odgwizdanie tego karnego trafił pan do zamrażarki?
Nie było takiej potrzeby. W tamtym czasie obsady sędziowskie były przydzielane komputerowo. Mimo całego zamieszania mogłem poprowadzić jeszcze trzy czy cztery mecze, które komputer wyznaczył latem. Dzięki temu przynajmniej dokończyłem sezon.
W mojej skromnej opinii ten rzut karny był ewidentny. Wystarczyło spojrzeć na okładkę dziennika AS. Dzień później Alejandro Blanco, ówczesny prezes hiszpańskiej federacji judo, a obecnie przewodniczący Hiszpańskiego Komitetu Olimpijskiego, tłumaczył nawet, że to, co Marchena zrobił Raúlowi, przypomina chwyt judo zwany „Ushiro nage”. A mimo to został pan dosłownie zniszczony.
Ja, na boisku, zobaczyłem dokładnie to, co później pokazało zdjęcie na okładce Asa. Właśnie taki obraz miałem przed oczami, gdy dostrzegłem, że Marchena blokuje Raúla jednocześnie ręką i nogą w polu karnym. Po meczu byłem zadowolony ze swojej pracy, ale kiedy zadzwoniłem do domu, wszyscy mówili mi, że wokół karnego wybuchła ogromna burza. Coś całkowicie nieproporcjonalnego do sytuacji. Główne wydania wiadomości otwierały relacje z tej jednej akcji. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. To było dla mnie bardzo trudne doświadczenie. Nie czułem żadnego wsparcia ze strony Komitetu Technicznego Sędziów. I najlepiej było to widać na słynnych listach publikowanych po sezonie. Można mówić piękne słowa, ale 30 czerwca moje nazwisko zostało wykreślone. Inni otrzymywali wsparcie. Ja go nie dostałem.

Było jeszcze coś poważniejszego. Około 250 socios i akcjonariuszy Valencii pozwało Federację i pana na drodze cywilnej, a Sąd Pierwszej Instancji numer 21 w Walencji przyjął pozew do rozpatrzenia. Jakby był pan przestępcą. Komitet Techniczny Sędziów (CTA) nie powiedział ani słowa...
To wszystko stopniowo człowieka wyniszcza. Tamten pozew był absurdem. Jaką decyzję miałby podjąć sędzia sądu powszechnego, skoro nie jest ekspertem od przepisów gry? Miałby stwierdzić, czy był karny, czy nie? Przecież nie zna się na sędziowaniu i nie od tego jest. Chodziło wyłącznie o wywołanie hałasu medialnego. Choć sprawa ostatecznie zakończyła się niczym, skrzywdziła moją rodzinę. Moi bliscy również musieli mierzyć się z falą nagonki, którą przeżywałem. Tym bardziej że pod koniec sezonu zostałem zdegradowany. Inni sędziowie opowiadają, że ich dzieci bywają obrażane w szkołach z powodu pracy ojca, ale później te same dzieci mogą powiedzieć, że ich tata nadal sędziuje mecze na Camp Nou, Bernabéu czy San Mamés. Moje dzieci nie mogły tego powiedzieć, ponieważ po zakończeniu sezonu zostałem wyrzucony. Z powodu tamtego rzutu karnego zostałem odsunięty automatycznie.
Czy otrzymał pan chociaż telefon od Víctora Sáncheza Arminio albo José Maríi Enríqueza Negreiry ze słowami wsparcia wobec ataków, które spadały na pana ze wszystkich stron?
Nie. Jedyne, co zapamiętałem, to sytuacja dwa dni po meczu podczas testów sprawnościowych dla sędziów. Szedłem w stronę boisk treningowych i miałem wrażenie, że przerwałem rozmowę między Sánchezem Arminio a Enríquezem. Oczywiście rozmawiali o tym, o czym mówiła wtedy połowa Hiszpanii, czyli o tamtym karnym. Gdy mnie zobaczyli, powiedzieli: „Spokojnie, nie przejmuj się tym, skup się na testach”. Ale kiedy odchodziłem, usłyszałem, jak Enríquez mówi do Sáncheza Arminio: „Tak to właśnie jest z tym komputerem. Trzeba go zlikwidować”. Gdy to usłyszałem, pomyślałem: „Pedro, jesteś skończony. Zrobią z ciebie kozła ofiarnego”.
Naprawdę aż tak przeszkadzało im podyktowanie rzutu karnego dla Realu Madryt? Zwłaszcza że, to była prawidłowa decyzja…
Nie mogę tego stwierdzić z całą pewnością, choć mam swoje przemyślenia. Nie podobał im się system komputerowych obsad, ponieważ nie mogli wtedy sami nimi zarządzać. Valencia protestowała, a w rezultacie całej tej afery zlikwidowano komputerowy system wyznaczania sędziów. Dokładnie tego chcieli.
Jedno stało się później szczególnie jasne, zwłaszcza po ujawnieniu sprawy Negreiry. Kto mylił się na korzyść Realu Madryt, wpadał w kłopoty, a kto popełniał błędy sprzyjające Barcelonie, temu zwykle nic się nie działo. Zresztą Valencia bardzo protestowała, ale kto ostatecznie zdobył wtedy mistrzostwo? Właśnie Valencia.
Jedyną osobą, która naprawdę straciła tamten tytuł, byłem ja. Bo mnie odesłano do domu.
Podam kolejny przykład. W tamtych latach Pérez Burrull nie podyktował dwóch rzutów karnych za zagrania Pepe przeciwko Osasunie na Bernabéu. Daudén Ibáñez z kolei anulował prawidłowego gola Perei w derbach Madrytu na Vicente Calderón. Obaj od tamtej pory znaleźli się w niełasce. Przekaz ze strony CTA wydawał się bardzo czytelny.
Jeśli ktoś chce dopatrywać się złych intencji, takie sytuacje dają mu ku temu argumenty. Przypadki zdarzają się tylko czasami. Ja miałem poczucie, że inni otrzymali wsparcie mimo bardzo poważnych błędów. Co więcej, nie tylko nie ponieśli konsekwencji, ale wręcz otrzymywali niewiarygodne wsparcie. Nagradzano ich finałami Pucharu Króla czy nominacjami międzynarodowymi. Mnie natomiast odesłano do domu. Jedyny telefon, jaki dostałem, był od Raúla Masó, który poprosił mnie o zwrot komputera służbowego używanego do sporządzania protokołów meczowych.
Podam jeszcze jeden przykład. W 2007 roku słynne „Tamudazo” na Camp Nou zapobiegło temu, by Barcelona zdobyła mistrzostwo po tym, jak Messi zdobył bramkę ręką niczym siatkarz. To był skandaliczny błąd, który mógł kosztować Real tytuł. Tydzień później Rodríguez Santiago otrzymał w nagrodę finał Pucharu Króla między Valencią a Getafe...
Ja, naiwnie, sądziłem, że uznanie gola zdobytego ręką w tak ważnym meczu musi mieć konsekwencje. Gol strzelony ręką był zawsze przedstawiany jako przykład błędu, którego Komitet Techniczny Sędziów nigdy nie wybaczał. To był błąd, za który najbardziej karano.To nie jest sytuacja interpretacyjna, „szara”. Mówiono nam: „Dopóki nie uznasz bramki zdobytej ręką, możesz spać spokojnie”. Cieszę się z sukcesów Rodrígueza Santiago, bo nie mam nic przeciwko moim byłym kolegom, ale nigdy nie przypuszczałem, że po czymś takim otrzyma finał Pucharu Króla. To było dezorientujące. Zwłaszcza gdy potem widziało się podwójne standardy, jak w moim przypadku. Problemem była absolutna władza CTA z tzw. Współczynnikiem Korekcyjnym.
Później zaczęto go nawet nazywać „Współczynnikiem Korupcyjnym”.
Tak właśnie określało się go w środowisku. Współczynnik Korekcyjny można porównać do sytuacji, w której drużyna zdobywa mistrzostwo w czerwcu, ale dwie czy trzy osoby spotykają się i decydują, że lider spadnie na czwarte miejsce, aby nie mógł zostać mistrzem, nawet jeśli się odwoła, a tytuł przypadnie komuś innemu, ponieważ bardziej go lubimy lub z jakiegoś innego powodu. To niewyobrażalne, ale właśnie to CTA robiło z sędziami. Dzięki temu narzędziu jednych awansowano, a innych degradowano według własnego uznania. Kto protestował, wypadał z gry. Wszystko mieli pod kontrolą. Jeśli się nie podporządkowałeś, byłeś skończony. Piłkarz może jeszcze zmienić klub, ale sędzia nie ma dokąd odejść, ponieważ CTA jest tylko jedno. Jeśli cię skreślili, jesteś martwy.
Jak to możliwe, że niemal całe środowisko sędziowskie utrzymywało, iż Enríquez Negreira nie miał w CTA żadnego znaczenia?
Oczywiście, że miał znaczenie. W około 90 procentach przypadków to właśnie on informował nas pod koniec sezonu, do której grupy zostaniemy przypisani. Podczas testów sprawnościowych najważniejsze było usłyszeć od niego, że wszystko idzie dobrze. Jeśli takiej informacji nie dostawałeś, wiedziałeś, co cię czeka. To Enríquez cię przyjmował, stawałeś przed nim i na podstawie swoich notatek mówił ci, co w tym lub w tamtym meczu zrobiłeś lepiej lub gorzej. Następnie mówił, czy idzieszdo grupy pierwszej, drugiej czy trzeciej. Oczywiście, że miał władzę, ponieważ to on przekazywał te decyzje.
Przeżył pan z nim zarówno awanse, jak i spadki.
W Komitecie było wtedy trzech wiceprzewodniczących: Franco Martínez, Enríquez i Medín Prego. Najczęściej rozmawiałem z pierwszym z nich, ponieważ również pochodził z Murcji. To od niego słyszałem, że wiele decyzji wychodziło właśnie od Enríqueza. Po moim pierwszym sezonie w Segunda División zostałem odsunięty i zdegradowany do Segunda B. Był to dla mnie bardzo bolesny cios. Niedługo później Enríquez spotkał się ze mną po testach sprawnościowych i powiedział, że posiada raport z meczu w Macael, w którym rzekomo popełniłem poważne błędy techniczne. Opowiadał rzeczy, które zupełnie nie zgadzały się z tym, co pamiętałem. Zdenerwowałem się do tego stopnia, że powiedziałem mu wprost, iż obserwator najprawdopodobniej nawet nie był na tym meczu. Byłem naprawdę wściekły. On podjął wyzwanie. Wysłał mnie do Barcelony na spotkanie Barcelona C – Terrassa na Mini Estadi, które postanowił obejrzeć osobiście. Był to bardzo trudny mecz, z kilkoma czerwonymi kartkami i kilkoma rzutami karnymi. Miałem szczęście, bo wszystkie kluczowe decyzje podjąłem prawidłowo. Później dostałem trzy mecze barażowe i wróciłem do Segunda División. W tym przypadku jego decyzja mi pomogła, ale ta historia pokazuje jedno: miał realną władzę zarówno nad awansami, jak i degradacjami. Nie był żadną figurą dekoracyjną. Miał ogromne wpływy.
Tymczasem nawet poprzedni przewodniczący CTA, Medina Cantalejo, twierdził, że Negreira nie miał żadnej mocy sprawczej.
Jeżeli pan był tym zaskoczony, to ja również. Nikt nie będzie mi opowiadał mojej własnej historii w inny sposób. Wszyscy wiedzieli, że sędzia zajmujący szesnaste miejsce mógł awansować, a ten z piątego spaść. Tak to wyglądało.
Wróćmy do pańskiej bolesnej degradacji. Ostatecznie zdecydował się pan rzucić sędziowanie. Odebrali panu chęci na wszystko.
Chciałem całkowicie odciąć się od tego środowiska. Otrzymałem propozycję pracy jako delegat stadionowy Realu Murcia i ją przyjąłem. Nie dałem nawet szansy działaczom, by zaproponowali mi funkcję delegata meczowego, którą zwykle oferowano odchodzącym sędziom. Chciałem definitywnie zamknąć ten rozdział, ponieważ nigdy nie poczułem wsparcia.
Czy był pan blisko depresji po tym wszystkim, czego pan doświadczył?
Nie powiedziałbym, że chodziło o depresję. Było mi po prostu bardzo ciężko. Cała Hiszpania mówiła o tej sprawie, a przecież każdy z nas ma rodzinę. Moje dzieci nie mogły nawet powiedzieć, że ich ojciec zarabia 300 tysięcy euro rocznie, jak dzieje się to dziś w przypadku wielu sędziów, a dodatkowo musiały znosić wszystkie ataki skierowane przeciwko mnie. To nie była depresja. To była złość. Poczucie niesprawiedliwości i osamotnienia. To budzi ogromną frustrację.
Mijają lata i wybucha „afera Negreiry”. Czy zaskoczyło pana, że klub taki jak Barcelona przez 17 lat wypłacił wiceprzewodniczącemu CTA 8,4 miliona euro?
Dla mnie było to coś niewiarygodnego. Z wieloma rzeczami, które działy się w tamtym CTA, się nie zgadzałem, ale ta informacja kompletnie mnie zszokowała. Żadnemu z sędziów nawet przez myśl nie przeszło, że Enríquez mógł pobierać pieniądze od jakiegokolwiek klubu. To było surrealistyczne, wręcz nieprawdopodobne. Nie mogłem w to uwierzyć. Z czasem zaakceptowałem fakt, że tak było, ale pozostała we mnie ogromna złość. Jestem przekonany, że na przestrzeni tych lat wiele osób mogło zostać pokrzywdzonych, aby uzasadnić tak wielkie wpływy finansowe.
Nie dziwi pana, że środowisko sędziowskie próbowało minimalizować znaczenie tej afery? Tak jakby nic się nie wydarzyło.
Szczerze mówiąc, mnie również to zaskakuje. Wielu sędziów przeżywało podobne doświadczenia. Mnie jest dziś łatwiej o tym mówić, bo jestem już poza systemem. Kiedy jesteś w środku, dobrze wiesz, że każde wyjście poza wyznaczoną linię oznacza koniec kariery. Sędziowie nie mają pełnej swobody wypowiedzi. Mój przypadek jest tego najlepszym dowodem. Nie mogłem nawet godnie pożegnać się z zawodem. Tam wszystko zależy od decyzji podejmowanych odgórnie. Nikt nie odważa się powiedzieć nic publicznie. Co najwyżej prywatnie, w zamkniętym gronie. Jeśli trzeba oficjalnie wygłosić określoną wersję wydarzeń, ludzie to zrobią. I właśnie to jest najbardziej smutne.
We Włoszech wybuchła afera Calciopoli, po której Juventus został zdegradowany i stracił dwa tytuły mistrzowskie. Teraz głośno jest o Manchesterze City, któremu również grożą surowe sankcje. Czy tylko w Hiszpanii winni pozostają bezkarni? Czy w sprawie Barcelony i Negreiry doczekamy się sprawiedliwości?
Nawet gdyby nie udało się znaleźć dowodów, już sam fakt, że ty jako wiceprzewodniczący pobierasz takie pieniądze od klubu, powinien być podstawą do ukarania. Nie jestem prawnikiem, ale wystarczy kierować się zdrowym rozsądkiem. Jak można otrzymywać wynagrodzenie od klubu? To świadczy o czymś bardzo niepokojącym, choć ostateczna ocena należy do właściwych organów. Ukaranie takich działań byłoby dla wielu ludzi, a także dla wielu sędziów, nie tylko tych już emerytowanych, ogromną ulgą. Najważniejsze jednak, by sprawa została rozstrzygnięta w stanowiący przykład na przyszłość.
Istnieje pewna niezwykła statystyczna anomalia. W ostatniej dekadzie Real Madryt zdobył piętnaście międzynarodowych trofeów, a Barcelona ani jednego. Jednocześnie Barcelona wygrała w tym okresie szesnaście krajowych tytułów, podczas gdy Real tylko dziewięć. Jak to interpretować?
To bardzo wyraźna statystyczna anomalia. Dla osób skłonnych doszukiwać się drugiego dna takie dane stanowią mocny argument. To zjawisko, które rzeczywiście trudno racjonalnie wyjaśnić.
Dziś istnieje już związek zawodowy sędziów, a równocześnie oglądamy materiały publikowane przez Real Madrid TV. Część arbitrów należących do związku później prowadzi mecze Realu. Czy może to wpływać na ich decyzje przeciwko temu klubowi?
Chciałbym wierzyć, że nie. Z drugiej strony, jeśli tworzy się związek zawodowy, czynni sędziowie nie powinni jednocześnie być jego aktywną częścią. Nie można być jednocześnie stroną i arbitrem. Sędzia nie może przecież osądzać osoby, z którą sam pozostaje w sporze sądowym. Jeśli chcą tworzyć związek, to w jego skład nie powinni wchodzić aktywni sędziowie. Jak mówi stare powiedzenie: żona Cezara musi być nie tylko uczciwa, ale również za taką uchodzić.
Jeżeli po zakończeniu śledztwa w sprawie Negreiry i Barcelony zostałby pan wezwany do złożenia zeznań przed sądem, stawiłby się pan?
Nigdy mnie nie wezwano, ale jeśli kiedykolwiek zostanę wezwany, pojawię się bez najmniejszego problemu i opowiem o swoich doświadczeniach oraz o tym, czego osobiście doświadczyłem w kontaktach z tym człowiekiem.
Kontrowersje wokół sędziowania nie ustają. Jak ocenia pan czerwoną kartkę dla Viníciusa za pociągnięcie Saliby za włosy?
Moim zdaniem żółta kartka byłaby lepszym rozwiązaniem. Nie doszło tam ani do użycia nadmiernej siły, ani do brutalnego zachowania, a właśnie tego wymagają przepisy, by uzasadnić bezpośrednią czerwoną kartkę.
Na zakończenie. Opowiedział pan dziś swoją prawdę i można odnieść wrażenie, że było to dla pana pewną formą uwolnienia się od przeszłości. Czy uważa pan, że ten krok może zachęcić innych sędziów do przełamania strachu i opowiedzenia o swoich doświadczeniach z Negreirą oraz sposobem zarządzania hiszpańskim sędziowaniem?
Mam taką nadzieję. Chciałbym, żeby więcej sędziów zdecydowało się mówić. Zdecydowana większość mogłaby potwierdzić to, co powiedziałem tutaj dzisiaj. W środowisku sędziowskim była to wiedza powszechna. Ci, którzy dziś twierdzą, że Negreira nie miał żadnej władzy, doskonale wiedzą, że mówię prawdę. Oby więcej osób odważyło się zabrać głos.
Dziękuję za szczerość i za podzielenie się swoim świadectwem.
Komentarze (12)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj sięSocio RealMadryt.pl
Zanim odpowiesz, sprawdź wcześniejsze komentarze
Jako Socio możesz przeglądać publiczną historię komentarzy użytkowników i lepiej wiedzieć, z kim oraz o czym dyskutujesz.