Od 2004 roku mistrzostwo Hiszpanii trafiało wyłącznie do Realu Madryt, Barcelony lub Atlético. Rojiblancos przełamali dominację dwóch największych klubów tylko dwukrotnie, a poza nimi ostatnim zespołem, który w ostatnich dwóch dekadach zajął miejsce w czołowej dwójce, był Villarreal w sezonie 2007/08.
Zdaniem Javiera Tebasa jednym z głównych powodów rosnących różnic są europejskie puchary. Prezes La Ligi podczas prezentacji danych dotyczących kontroli ekonomicznej hiszpańskich klubów stwierdził, że futbol zaczyna funkcjonować „na dwóch prędkościach”.
„Są ci, którzy grają w europejskich pucharach, i ci, którzy w nich nie grają”, powiedział Tebas. Według niego międzynarodowe rozgrywki, a szczególnie Liga Mistrzów, przejmują coraz większą część pieniędzy pochodzących z praw telewizyjnych i zwiększają przewagę klubów regularnie występujących w Europie.
Jak podkreśla El Mundo, konflikt Tebasa z władzami Realu Madryt nie zmienia jego oceny sytuacji ekonomicznej Królewskich. Real dzięki dobremu zarządzaniu utrzymuje ogromną przewagę finansową, a Barcelona po problemach wywołanych między innymi pandemią ponownie odzyskuje siłę. Tymczasem wiele innych hiszpańskich klubów wciąż odczuwa konsekwencje kryzysu z poprzednich lat.
Regularne występy w Lidze Mistrzów mogą zdecydować o sytuacji klubu nie tylko w jednym sezonie, ale również w perspektywie wielu lat. Dziennik przypomina przykład Deportivo La Coruña, którego wcześniejsze budżety opierały się na założeniu regularnej gry w Europie. Kiedy zabrakło tych przychodów, problemy finansowe jeszcze się pogłębiły.
Po przeciwnej stronie znajduje się Atlético. Od przyjścia Diego Simeone w grudniu 2011 roku madrycki klub nie opuścił Ligi Mistrzów ani razu. W tym okresie dwukrotnie dotarł także do finału tych rozgrywek. Według El Mundo oznaczało to dla Atlético średnio niemal 100 milionów euro rocznych przychodów związanych z grą w Champions League.
„Żeby się rozwijać, potrzebujesz stabilności, a żeby mieć stabilność, potrzebujesz wyników. Simeone do tej pory jest synonimem wyników”, tłumaczył dyrektor generalny Atlético Miguel Ángel Gil Marín.
Mimo rozwoju Atlético różnica względem Realu Madryt i Barcelony pozostaje bardzo duża. Jeszcze kilka lat temu budżet Rojiblancos stanowił około jednej trzeciej budżetu dwóch największych hiszpańskich klubów. Obecnie jest to mniej więcej połowa, ale dystans nadal jest znaczący.
Jeszcze wyraźniej widać go na przykładzie Athleticu. Klub z Bilbao osiągnął w tym roku rekordowe przychody w wysokości 193 milionów euro. To mniej niż połowa wpływów Atlético, około jednej piątej przychodów Barcelony i mniej więcej jedna szósta przychodów Realu Madryt.
Problem może się jeszcze pogłębiać, ponieważ od poprzedniego sezonu UEFA znacząco zwiększyła premie wypłacane uczestnikom Ligi Mistrzów. Kluby, które regularnie kwalifikują się do tych rozgrywek, otrzymują więc kolejne środki pozwalające im zwiększać przewagę nad krajową konkurencją.
Różnice widać również na rynku transferowym. W ciągu ostatnich dziesięciu lat tylko sześć klubów La Ligi wydało na transfery więcej, niż zarobiło na sprzedaży zawodników. Największe ujemne saldo ma Real Madryt, który wydał netto o 434 miliony euro więcej, niż uzyskał ze sprzedaży. Barcelona jest pod tym względem druga z bilansem -386 milionów euro, a Atlético trzecie z -316 milionami.
El Mundo podsumowuje, że bez zmian systemowych trudno będzie w średnim terminie komukolwiek zbliżyć się finansowo do największych klubów La Ligi. Jeśli obecny trend się utrzyma, hiszpańskie rozgrywki mogą coraz bardziej przypominać ligę szkocką, w której od 1985 roku mistrzostwo zdobywają wyłącznie Celtic lub Rangers.
Komentarze (2)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj sięSocio RealMadryt.pl
Zanim odpowiesz, sprawdź wcześniejsze komentarze
Jako Socio możesz przeglądać publiczną historię komentarzy użytkowników i lepiej wiedzieć, z kim oraz o czym dyskutujesz.