Kiedy dowiedział się pan, że wróci do Realu Madryt? Kiedy zaczął pan w ogóle myśleć o powrocie?
Zazwyczaj najpierw dochodzi do kontaktu, a dopiero później pojawiają się plotki, które mają w tym kontakcie jakieś oparcie. Ktoś coś powie po jednej stronie, ktoś po drugiej i informacje zaczynają krążyć, kiedy coś już się dzieje. Tutaj było dokładnie odwrotnie. Plotki pojawiły się, kiedy nie było absolutnie żadnego kontaktu. Byłem szczęśliwy w Benfice. To dla mnie wyjątkowy klub. Pracowałem dziesięć minut od domu, co nie zdarzyło mi się od dwudziestu lat. To był klub, który potrzebował zrobić krok naprzód. Miałem trzyletni kontrakt i zakładałem, że zostanę. Zaczęły się plotki, ale za nimi nic nie stało.
Był pan zaskoczony?
Tak, zaskoczyły mnie. Pomyślałem jednak, że to po prostu plotki. Real Madryt zmienił trenera w połowie sezonu, przyszedł Arbeloa. Wyniki nie były nadzwyczajne, więc zaczęto spekulować. Ale ze mną nikt nie rozmawiał. Moje relacje z Realem Madryt trwają od ilu lat? Od trzynastu. Odkąd odszedłem, cały czas utrzymywaliśmy kontakt i pozostaliśmy przyjaciółmi. Później przez wiele lat pracował tutaj Carlo. Nasza relacja jest taka, że nie ma w niej miejsca na żadne podejrzenia. Carlo wiedział, że przyjaźnię się z prezesem Florentino. Nie było niczego do ukrycia.
Nie było żadnych niedomówień.
Nie, żadnych. Zawsze byłem blisko Realu Madryt. Kiedy zaczęły się plotki, pomyślałem: „To nieprawda. Jestem w Benfice, myślę o Benfice i o jej przyszłości”. W ogóle nie brałem pod uwagę, że może coś w tym być. Później zagraliśmy przeciwko sobie trzy razy w ciągu dwóch tygodni.
I Benfica pokazała się z dobrej strony.
Wygraliśmy mecz, który dał nam awans. Historyczny awans, bo po czterech spotkaniach mieliśmy zero punktów, a wcześniej żadna drużyna z takim dorobkiem po czterech kolejkach nie przeszła dalej. My awansowaliśmy w ostatniej sekundzie ósmego meczu, przeciwko Realowi Madryt, po golu bramkarza. Niesamowita historia. Późniejszy dwumecz był bardzo trudny przez sytuację z Viníciusem i Prestiannim. Trudny dla wszystkich. Wtedy byłem po tamtej stronie, teraz jestem tutaj. Przeżyłem to z jednej perspektywy, a później poznałem też drugą.
A pan znalazł się pośrodku i w tym położeniu pozostał. To było dość skomplikowane. Trudno było zająć jednoznaczne stanowisko, zwłaszcza że chodziło o rasizm, czyli niezwykle delikatny temat.
Tak delikatny, że trudno było się w tym odnaleźć. Bo ostatecznie Prestianni został zawieszony, prawda? Ale za rasizm? Nie. Opinia publiczna mnie zlinczowała, przede wszystkim wielu oportunistów, za sytuację, nad którą absolutnie nie mogłem zapanować. Ma pan zawodnika, który mówi, że to nieprawda, a nikt nie ma dowodu, że było inaczej. Nie może pan zająć jednoznacznego stanowiska.
Cokolwiek by pan powiedział, w oczach opinii publicznej i tak byłoby źle.
Tak, to prawda. W zakończeniu tej historii najbardziej podoba mi się to, że po tamtej stronie był fantastyczny chłopak, a po tej jest chłopak o złotym sercu. Poznałem obie strony i zarządzanie tą sytuacją było bardzo trudne. Trudno było później rozgrywać ten dwumecz i jechać do Madrytu, nie wiedząc, czy będzie kara, czy jej nie będzie, czy zawodnik może wystąpić, czy nie. To była niesłychanie skomplikowana sytuacja.
Benfica też była dla pana domem, ale kiedy oficjalnie ogłoszono pana powrót do Realu Madryt, pomyślałem: „To jest dom José. To jego poziom”. Benfica oczywiście również jest wielkim klubem, ale po Fenerbahçe, Tottenhamie w czasach pandemii i Romie, z którą odnosił pan sukcesy, pomyślałem, że wrócił pan do domu. Zobaczyłem też inny uśmiech. Myliłem się?
Wie pan, że z niemal wszystkimi byłymi klubami łączą mnie bardzo szczególne relacje. Niemal wszystkimi. Tottenham przypadł na okres pandemii. Nie było więzi międzyludzkiej, stadion niemal cały czas był pusty. Rozegraliśmy dwa czy trzy mecze z publicznością, później graliśmy bez kibiców, bez tego kontaktu. Z Tottenhamem nie mam takiej więzi. Fenerbahçe to z kolei wyjątkowe miejsce, o bardzo szczególnej kulturze. Spędziłem tam tylko trzynaście czy czternaście miesięcy. Natomiast we wszystkich pozostałych klubach, w Interze, Romie, Chelsea, Manchesterze czy Benfice, zawsze czułem się jak u siebie. Zawsze odchodziłem, zachowując dobre relacje. Nawet kiedy mnie zwalniano, nie mówiłem niczego złego. Wie pan choćby, jak bardzo bolało mnie rozstanie z Romą.
Oczywiście.
A mimo to nie znajdzie pan ani jednej mojej wypowiedzi przeciwko Romie. Ani jednej przeciwko właścicielom. Nie ma takich słów. Raz powiedziałem coś negatywnego o Tiago Pinto, później go przeprosiłem i na tym koniec. Kiedy odchodzę, odchodzę z czystym sumieniem. Czasami może się wydawać inaczej, ale w codziennych relacjach wewnątrz klubu jestem człowiekiem bardzo kulturalnym. Odchodzę w dobrych stosunkach i z poczuciem, że to miejsce na zawsze pozostanie moim domem, nawet jeśli już w nim nie pracuję. Powrót do Madrytu, jak pan powiedział, też jest powrotem do domu. Spędziłem tu trzy lata, które mają chyba wartość trzydziestu, bo był to niezwykle szczególny okres. Tak, wróciłem do domu ze względu na tę emocjonalną więź z klubem.
Potrafi pan wyjaśnić swoją relację z Romą? Tamtejsi kibice przywitają pana w niesamowity sposób. Takie więzi zdarzają się bardzo rzadko. Oczywiście zdobył pan europejskie trofeum, później był kolejny finał i wszystko, co wydarzyło się przez te dwa lata. Następnie przyszło rozstanie, o którym pan nie mówił. Ale do dziś jest to relacja niezwykle silna, wręcz instynktowna. Może przypominam sobie coś podobnego w przypadku Liedholma, ale takiej siły chyba nigdy nie widziałem. Od tygodni ludzie proszą mnie: „Chciałbym go spotkać, pomoże mi pan? Chociaż zrobić zdjęcie”. Co tak wyjątkowego wydarzyło się między panem a Romą?
To oni byli wyjątkowi wobec mnie. Zawsze o tym mówię. Pierwszego dnia, kiedy przyleciałem, nie pamiętam już nawet, na które lotnisko, wyszedłem i zobaczyłem tysiące ludzi. Pomyślałem: „Przecież niczego jeszcze nie zrobiłem. Dopiero przyjechałem, nie poprowadziłem ani jednego meczu, nie zdobyłem dla tych ludzi nawet punktu. Skąd to wszystko?”. Bardzo mnie to poruszyło. Czułem, że jeszcze na to nie zasłużyłem. Ale taka jest Roma. Później człowiek rozumie, że taka właśnie jest Roma. Myślę, że później tę więź zbudowało to, że kibice zrozumieli, iż nigdy nie martwiłem się o siebie, o swój wizerunek czy o własne relacje. Ani z właścicielami, ani z ludźmi rządzącymi włoskim futbolem, ani nawet z wami, dziennikarzami. Wie pan, że to prawda. Jest pan chyba jednym z dwóch czy trzech dziennikarzy, z którymi utrzymuję bliższy kontakt. Pracowałem we Włoszech przez cztery i pół roku: dwa lata w Interze i dwa i pół w Romie. Kibice zrozumieli, że dla mnie liczyła się tylko jedna rzecz: Roma i oni. Walczyłem dla nich, dawałem z siebie wszystko. To prawda, wygraliśmy rozgrywki, które dla klubu przyzwyczajonego do zwyciężania miałyby mniejsze znaczenie. Ale dla zespołu, dla klubu, który nie zdobywa wielu trofeów, miało to ogromną wagę. Niedawno zaprzyjaźniony agent pojechał do Trigorii i przysłał mi zdjęcie wejścia do ośrodka. To trofeum nadal tam jest. Jest jedno i to właśnie ono stanowi symbol wejścia do centrum treningowego. Ta więź wzięła się również z ich miłości do klubu. To coś, co musi człowieka poruszyć. Kibice wiedzieli, że dałem z siebie wszystko. Popełniałem błędy, myliłem się, przegrywałem mecze, ale oni zawsze rozumieli, że walczyłem dla nich. A finał w Budapeszcie był kulminacją tej więzi. Jej najmocniejszym momentem. Dla mnie wyglądało to tak: skończył się finał, pojechaliśmy na wakacje, a kiedy wróciłem, byłem już martwy. UEFA mnie pogrzebała, każąc mi zapłacić za coś, za co nie odpowiadałem. To, co wydarzyło się na lotnisku, nie było moją odpowiedzialnością. Odpowiadałem za obrażanie sędziego na parkingu i za to powinienem zostać ukarany.
Oczywiście.
Ale nie powinienem płacić za to, co wydarzyło się na lotnisku, bo to nie była moja wina. A zapłaciłem. Zapłaciłem też cenę w relacjach z właścicielami, którzy mieli inny sposób działania i inaczej ode mnie podchodzili do wydarzeń z finału. Wróciłem już martwy, a kilka miesięcy później…
Odbył się pogrzeb.
Tak.
Już wtedy był pan właściwie poza klubem. Pogrzeb odbył się w styczniu, jeśli dobrze pamiętam. Dziś w Rzymie jest pan drugim idolem po Tottim. W przypadku Francesco nadal nie wiadomo, czy jest w klubie, czy go nie ma, czy jest w środku, czy poza nim…
Skończył pięćdziesiąt lat. On też się zestarzał.
Tak, wiem.
Ale Francesco proszę w to nie mieszać. Nie czuję, żebym był choćby blisko niego, ani nie uważam się za drugą osobę w sercach kibiców. Roma ma piękną historię. Chwil chwały nie było może wiele, ale ta historia jest wspaniała. Klub miał absolutnie legendarnych piłkarzy. Od razu przychodzi mi do głowy Bruno Conti, którego uwielbiam. Ja byłem po prostu człowiekiem, który tam pracował i dał z siebie wszystko. Ludzie to dostrzegli. Jak mówiłem wcześniej, finał w Budapeszcie, nawet bardziej niż ten wygrany, najlepiej wyjaśnia uczucia, którymi mnie darzą.
Bruno też jest poza klubem. Tymczasem w innych europejskich klubach takie relacje z legendami pielęgnuje się mocniej. Jeśli ktoś jest legendą klubu, pozostaje jego częścią. Myślę choćby o Di Stéfano tutaj czy o Emilio Butragueño.
Nie zawsze. Nie zawsze tak jest. Myślę, że jedną z rzeczy, które definiują Real Madryt, jest klasa. To klub z klasą. Patrzy pan na prezesa, na kierownictwo, na ambasadorów i widzi klub, który naprawdę pielęgnuje najwyższy szacunek dla ludzi, którzy na niego zasłużyli. Oczywiście zawsze pojawiają się sytuacje, które mogą wyglądać na sprzeczność, ale klub nie jest w stanie otworzyć drzwi wszystkim dawnym legendom. To trudne. Są jednak kluby, w których nie zawsze się o to dba. Rozumiem też problem największych klubów: mają tyle legend, tyle ważnych postaci, że nie ma miejsca dla wszystkich.
Jakiego przyjęcia spodziewa się pan na Olimpico? Co kibice napiszą na transparencie?
Nie spodziewam się transparentów.
Naprawdę? Niczego pan nie oczekuje? Jest pan pewien? Kibice już się przygotowują, trybuny są gotowe.
Nie, niczego się nie spodziewam. Oczekuję szacunku. Tylko szacunku. Jeszcze nie zacząłem przygotowywać się do tego meczu. Ani jako trener, którego czeka ważne spotkanie, ani jako były szkoleniowiec, który wraca do domu. Jeszcze o tym nie myślałem. Muszę się zabezpieczyć przed emocjami. Przygotować się najlepiej, jak potrafię, żeby dobrze wykonać swoją pracę. A żeby to zrobić, muszę się skupić na zadaniu i spróbować zapomnieć, gdzie jestem oraz przeciwko komu gram. Z Romą jeszcze tego nie przeżyłem, ale kilka miesięcy temu doświadczyłem tego z Interem. Przeżywałem to także przy powrotach do Chelsea. Zdarzało mi się to już wiele razy. Muszę jednak powiedzieć, że Roma jest inna. Po raz pierwszy pokonam tę drogę prowadzącą na stadion, wjadę w tę piękną okolicę kortów tenisowych… Muszę się na to przygotować. Po raz pierwszy pojadę tam, nie mając po swojej stronie tej niesamowitej, pięknej pasji kibiców Romy. Muszę też przygotować na to moich zawodników, bo tam mecze przeżywa się inaczej. Oczywiście mam piłkarzy najwyższej klasy, przyzwyczajonych do finałów i półfinałów mundialu czy finałów Ligi Mistrzów. Ale chcę ich przygotować na piękno, które tym razem będzie po stronie przeciwnika. Bo nawet kiedy jest skierowane przeciwko panu, granie tam pozostaje czymś niezwykle pięknym.
Jak bardzo zmienił się futbol? Pan też zmieniał się razem z nim. Pana czy Maxa Allegriego, żeby wymienić tych najbardziej znanych, utożsamia się z pewnym rodzajem piłki. Nie chcę absolutnie powiedzieć, że ze starym futbolem, ale z określonym podejściem.
Bardzo trudno mi o tym mówić. Oczywiście futbol przeszedł… Nie chcę mówić o ewolucji, wolę powiedzieć o przemianach. Bo czy wszystko jest ewolucją? Wolę nawet nie używać słowa będącego jej przeciwieństwem. Zostańmy przy przemianach. Futbol bardzo się zmienił, ale my jesteśmy częścią tych zmian.
W jakim sensie? Uczestniczycie w nich jako jedni z głównych bohaterów?
Oczywiście. Dziś kariera trenera jest znacznie krótsza. Trenerzy szybko się pojawiają i szybko znikają. Coraz rzadziej spotyka się kogoś, kogo nazywam trenerem z wieloletnią karierą. Kogoś, kto przez długie lata pracuje w różnych klubach, gromadzi ogromne doświadczenie, żyje piłką, oddycha nią i nigdy nie ma jej dość. Takich ludzi jest coraz mniej. Dziś łatwo się pojawić, ale równie łatwo zniknąć. Pamiętam swoje pierwsze spotkania organizowane przez UEFA dla trenerów zespołów grających w Lidze Mistrzów. Przyjeżdżałem tam i widziałem sir Alexa, don Fabia, Trapattoniego, Lippiego, Wengera. Wielkie postacie. Dzisiaj na takim spotkaniu pojawiliby się młodzi trenerzy, których…
Trudno byłoby rozpoznać.
Nawet nie wiedzielibyśmy, kim są. I nie mówię tego, żeby podważać ich umiejętności czy twierdzić, że nie mogą mieć równie długich karier jak my. To po prostu inny profil trenera. Natomiast my, którzy pracujemy rok po roku, od tak dawna, też jesteśmy częścią tych przemian. Na dobre i na złe. Dlatego właśnie mówię o przemianach. Chce pan przykład? Kiedy zaczynałem uczyć się futbolu, włoska piłka oznaczała obronę strefową. Mamma mia, czysta strefa! Chciał pan zrozumieć obronę strefową? Trzeba było studiować włoski futbol. A teraz? Krycie indywidualne.
Zgadza się. Teraz studiuje się Gasperiniego.
Teraz studiuje się krycie indywidualne.
Gian Piero kryje indywidualnie, ale wszyscy idą w tę stronę. Tyle że my też graliśmy w ten sposób, kiedy byliśmy mali.
Właśnie dlatego mówię o przemianach.
Czyli niekoniecznie o ewolucji. Pewne rzeczy wracają. Może bardziej zmieniło się przygotowanie fizyczne zawodników w porównaniu z dawnymi latami?
Środki, którymi dziś dysponujemy, są niesamowite. Mam wrażenie, że każda drużyna podróżuje teraz dwoma autokarami: jednym dla piłkarzy, drugim dla sztabu. Czasami po przyjeździe do hotelu patrzę na listę pokoi i widzę dwie strony. Na pierwszej są piłkarze: pokój 101, Mbappé; 102, Vinícius; 103, Jude Bellingham. A potem druga strona…
Kolejne czterdzieści pokoi.
Dziesięciu analityków, dziesięć osób od mediów społecznościowych, dziesięciu magazynierów.
I wszyscy są potrzebni?
[Śmiech] Płaci prezes. Dziś to wszystko kosztuje znacznie więcej.
Oczywiście. A co pan sądzi o tym, co dzieje się wokół Manchesteru City? Ma pan ochotę o tym mówić czy woli pan nie poruszać tematu?
Wolę się trochę pośmiać, bo myślę, że kiedyś poznamy zakończenie tej sprawy. Tyle że obaj jesteśmy po sześćdziesiątce i będziemy potrzebowali trochę szczęścia, żeby jeszcze tu być, kiedy zapadnie ostateczny wyrok. Teraz będzie orzeczenie, później odwołanie, następne odwołanie…
Pan i tak będzie jeszcze wtedy trenerem. Mówił mi pan przecież, że bez trenowania nie potrafi żyć.
Jeżeli zdrowie pozwoli.
Będzie pan pracował do osiemdziesiątki czy dziewięćdziesiątki.
Powiedzmy, że do osiemdziesiątki. Ale muszą być zdrowie i energia.
Nadal ma pan tę samą pasję co na początku?
Tak, tak.
A co zmieniło się w panu? Nie mówię już nawet o Porto, ale o wcześniejszych czasach, Benfice i wszystkim, co było po drodze. Jak zmienił się pan jako człowiek? Nadal rozpoznaje pan w sobie tamtego Mourinho?
Oczywiście. DNA się nie zmienia. Wiele rzeczy może się zmienić, ale DNA pozostaje takie samo.
Sędziów też kochał pan już wtedy?
Zawsze.
To naprawdę wielka miłość.
Nie sądzę, żeby problem leżał… [śmiech] Myślę, że mam po prostu pecha do momentów, w których trafiam do konkretnych klubów. Pracując tutaj, w Realu Madryt, przeżyłem najważniejsze lata sprawy Negreiry. Nikt o tym nie wiedział, ale my przez to przechodziliśmy…
I odczuwaliście tego skutki.
Odczuwaliśmy. Potem odszedłem, a dziś już o wszystkim wiadomo. Z kolei w Turcji…
Wielki skandal.
Takie sytuacje mi się przytrafiały.
Często. Pan nie ma z tym nic wspólnego, ale jest pan gorszy od Béli Guttmanna. Odchodzi pan z Romy i później lecą kolejni trenerzy. Z Tottenhamem to samo. O United nawet nie wspominajmy, tam już nikt nie potrafi utrzymać się dłużej niż rok. A szczytem wszystkiego był Taylor, którego wysłano do Turcji na szefa odpowiedzialnego za obsadę sędziowską. Jedna z największych kar w historii.
Tyle że dziś szef sędziów w Turcji został skazany i trafił do więzienia.
Pamiętam też, że kiedy pan się zbuntował, pana hasło zaczęła wykorzystywać opozycja wobec Erdoğana. To niesamowite. Wszyscy znamy tę pana charyzmę, ten magnetyzm…
Fatalne zauroczenie problemami. [Śmiech]
Właśnie. Bierze pan na siebie wszystkie problemy.
A dopiero później ludzie zaczynają rozumieć. Mówią: „Zwolnili go z Romy, zwolnili go z Tottenhamu”, ale nikt nie analizuje, jak, dlaczego i w którym momencie.
Albo z Fenerbahçe.
Każda z tych sytuacji ma swoją historię. Problem polega na tym, że nie jestem człowiekiem, który lubi publicznie prać brudy. Ale za wszystkim stoi jakaś historia. Nie piorąc brudów, powiedziałem panu przecież, że tak naprawdę zostałem zwolniony z Romy w dniu finału. To właśnie dzień finału w Budapeszcie był dniem mojego zwolnienia.
Wiem sporo i nigdy bym tego nie ujawnił, ale od tamtej chwili przez osiemdziesiąt dni nie miał pan kontaktu z Friedkinami.
Jak mówię, nigdy publicznie o tym nie rozmawiałem ani nie roztrząsałem tej sytuacji. Jeżeli teraz, kiedy pojedziemy do Rzymu, przypadkiem spotkam ich na korytarzu przed meczem czy po nim, przywitam się bez najmniejszego problemu. Nie jestem człowiekiem, który żyje w przekonaniu, że coś nigdy się nie skończyło. Skończyło się. Pozostają wspomnienia i historia, którą się przeżyło. Tego się nie zapomina, ale to nie jest coś, co mnie dręczy.
Powoli kończymy i już teraz dziękuję za rozmowę. Kiedy pracował pan w Romie, powiedziałem panu kiedyś, że wcześniej widziałem tylko jednego podobnego człowieka: Briana Clougha. Pod względem osobowości, gotowości do walki, czasami nawet przeciwko całemu światu. Czy po Mourinho może pojawić się kolejny Mourinho?
Oczywiście.
Dostrzegł pan już kogoś takiego? Jest ktoś?
Może tak, ale nie do końca rozumiem, co dokładnie ma pan na myśli. Pewne podobieństwa do Briana Clougha…
Wielka osobowość, charyzma, zwycięstwa. Zdobył przecież Puchar Europy z Nottingham Forest.
Jedyne podobieństwo do Briana Clougha, na które sam wskazuję, jest takie, że w historii Ligi Mistrzów, a wcześniej Pucharu Europy, dwoma najmniejszymi miastami pod względem liczby mieszkańców, których kluby wygrały te rozgrywki, są Porto i Nottingham.
To jedyna rzecz, którą sam przywołuję. A walka Briana Clougha z Donem Reviem…
Widział pan przecież „The Damned United”, więc doskonale pan wie. Na koniec jakieś pozdrowienia dla Rzymu? Chociaż mówi pan, że jeszcze nie przygotował się emocjonalnie na ten powrót.
Muszę się przygotować. Naprawdę muszę. Rzym to dla mnie Rzym. Przyjazd na stadion, nawet jeśli tym razem nie będziemy jechać z ośrodka treningowego, tylko z jakiegoś hotelu, jeszcze nie wiem którego. Potem tunel na Olimpico i wyjście do ławki rezerwowych… Nie da się kłamać i mówić, że to będzie takie samo wejście jak na każdy inny stadion. Nie będzie.
Kibice Interu nie będą zazdrośni?
Muszę przygotować się tak, żeby kiedy już tam dotrę, liczył się Real.
Interiści nie będą zazdrośni? Roma trochę osłabiła tę pana więź z nimi. Z Interem zdobył pan potrójną koronę, dokonał najważniejszej rzeczy w historii klubu. Oni bardzo pana kochali.
Będzie trudno, ale mogą to zrobić w tym sezonie.
Naprawdę pan tak uważa?
Tak. Będzie trudno, bo Roma będzie dla nich wymagającym rywalem w lidze. W Pucharze Włoch też różne rzeczy mogą się wydarzyć, ale myślę, że Inter ma wszystko, żeby… Mam nadzieję, że nie. Mam nadzieję, że nie! Ale Inter ma wiele atutów, żeby osiągnąć więcej niż w ostatnich latach, kiedy wygrywał mistrzostwa i puchary. Może zrobić jeszcze więcej.
Dziękuję też Realowi Madryt za pomoc, oczywiście Carlosowi…
Real Madryt to klasa.
Carlosowi Carbajosie, a przede wszystkim Ancelottiemu, który polecił mi trzy czy cztery restauracje. Przed meczem z Australią powiedział: „Musi pan zjeść tutaj, tutaj i tutaj”. Pan niczego mi nie polecił, bo pan nie je.
Nie, nie, jem. I to dobrze, tylko mam inny styl…
Na końcu wiadomości Carlo napisał jeszcze: „Naprzód, José!”.
Carlo jest wielki. Chciał porozmawiać ze swoimi zawodnikami, z Viníciusem, dowiedzieć się, jak przebiega powrót Rodrygo i Militão. Endrick też był wtedy kontuzjowany. I Carlo pyta mnie o pozwolenie na przyjazd tutaj. Powiedziałem: „Carlo, oszalałeś?”. Ale taki właśnie jest Carlo. Mówię mu też: „Carlo, mam cię już dosyć. Codziennie idę korytarzem, a tam z jednej strony twoje zdjęcie, z drugiej kolejne. Mam cię już dosyć!”.
Powinien pan zrobić to, co Benítez, który w La Pinetina zdjął pana zdjęcia.
Skąd pan wie? [Śmiech]
Wiem, wiem. Dziękuję, José.
Ściskam.
Komentarze (5)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj sięSocio RealMadryt.pl
Zanim odpowiesz, sprawdź wcześniejsze komentarze
Jako Socio możesz przeglądać publiczną historię komentarzy użytkowników i lepiej wiedzieć, z kim oraz o czym dyskutujesz.