W najczarniejszych snach kibica Realu trudno byłoby wymyślić taki finał meczu, do jakiego doszło wczoraj na Estadio Manuel Martínez Valero. Zespół José Mourinho, który wszedł w spotkanie z ogromną energią i imponującym rozmachem, w drugiej połowie kompletnie odpuścił i roztrwonił dwubramkową przewagę, co – gdyby nie gol Espíego w doliczonym czasie gry – byłoby ogromnym ciosem dla klubu i szansą dla Barcelony na zbudowanie bezpiecznej przewagi nad Los Blancos w połowie września, stwierdza Santiago Siguero z dziennika MARCA.
Real Madryt wciąż wysyła bardzo niepokojące, wręcz dezorientujące sygnały. Wczoraj, podobnie jak w starciu z Rayo, był w pierwszej połowie drużyną miażdżącą rywala, a po przerwie – zaskakująco uległą i pasywną. Trafienia Ardy Gülera i Kyliana Mbappé wydawały się torować drogę do spokojnego zwycięstwa, tym bardziej że do tych dwóch goli doszedł cały szereg niewykorzystanych sytuacji, które powinny były zamknąć mecz dużo wcześniej.
Zdaniem Santiago Siguero to, co wydarzyło się w Elche, było w gruncie rzeczy bardzo podobne do piątkowego meczu z Rayo. Wtedy z 3:0 zrobiło się 3:1, a widmo drugiego gola dla gości wisiało w powietrzu, dopóki Mourinho nie wpuścił Gülera, który zamknął spotkanie. W Elche Turek wyszedł w podstawowym składzie i znów był tym, który prowadził Real, gdy drużyna chciała grać odważnie i dominować. Ale po przerwie nastąpił szokujący i wręcz skandaliczny krok w tył.
Zniknął Arda, zniknęła reszta gwiazdorów Los Blancos i spotkanie zamieniło się niemal w monolog Elche, które skwapliwie skorzystało z „uprzejmości” Królewskich. Najpierw gospodarze złapali kontakt, dzięki któremu wprowadzili jeszcze większą nerwowość w szeregach Realu, który miał już na boisku świeżo wprowadzonych Bellinghama i Brahima. W pewnym momencie, przy maksymalnym naporze Elche, Brahim musiał wręcz cofnąć się do roli prawego obrońcy, co najlepiej oddaje skalę chaosu.
Mourinho dorzucił na boisko kolejnych napastników i w końcówce Real grał z trzema „dziewiątkami”: Mbappé, Endrickiem i Espím. Do tego na murawie roiło się od piłkarzy o profilu ofensywnym, jak Brahim, Diomandé czy Bellingham. Obraz meczu zamienił się w szaloną kolejkę górską, w której każda akcja mogła zmienić wynik. Ostatecznie Real wyszedł z niej cały tylko dzięki snajperskiemu instynktowi Espíego, który po raz kolejny w tym sezonie uratował zespół.
Euforia po triumfie, który zamiast być oczywistym stał się niemal heroicznym, nie jest w stanie przykryć tego, co Real pokazał po przerwie. Po meczu z Rayo Mourinho zrzucał spadek jakości na kwestie fizyczne. W Elche, przy aż pięciu nowych twarzach w wyjściowej jedenastce, problemem była przede wszystkim gra i nastawienie. Drużyna świadomie oddała pole, licząc na jedną kontrę, która zamknie spotkanie, ale Elche nie dało się złapać w tę pułapkę, co jest bardzo złym sygnałem na zaledwie cztery dni przed derbami na Metropolitano, podsumowuje Santiago Siguero.
Komentarze (8)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj sięSocio RealMadryt.pl
Zanim odpowiesz, sprawdź wcześniejsze komentarze
Jako Socio możesz przeglądać publiczną historię komentarzy użytkowników i lepiej wiedzieć, z kim oraz o czym dyskutujesz.