REKLAMA
REKLAMA

96

Do każdej liczby da się dopisać jakąś historię, czasami po prostu nie rzuca się ona w oczy od razu.

REKLAMA
REKLAMA
96
Manuel Pellegrini i José Mourinho w 2018 roku. (fot. Getty Images)

Liczby mają często swoją konkretną symbolikę lub kojarzą się w określony sposób. Dość wspomnieć, że 13 podobno przynosi pecha, zaś 7 szczęście. 666 kojarzy się z diabłem. Numer 10 na koszulce stanowi w futbolu szczególne wyróżnienie, a w dniu urodzin zwykło się życzyć komuś 100 lat. Wśród młodzieży z niewiadomych do końca przyczyn szczególną popularnością cieszy się liczba 67. Serialożercy z kolei mogą pamiętać sekwencję złożoną z numerów 4, 8, 15, 16, 23 i 42.

REKLAMA
REKLAMA

Są też jednak liczby, które z pozoru nie zawierają w sobie nic szczególnego, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Weźmy na przykład 96. Nie jest to ani liczba okrągła, ani pierwsza. Dzieli się co prawda przez 3, ale powiedzmy sobie szczerze, że fakt ten jest średnio pasjonujący. Na upartego moglibyśmy przytoczyć jako ciekawostki, że 96% miewa spirytus, 96 metrów wysokości ma Parlament w Budapeszcie, a w jego wnętrzu główna klatka schodowa mieści 96 schodów. Jest to nawiązanie do roku uważanego za początek państwowości Węgier, czyli roku 896.

Wybór liczby 96 do tego tekstu, jak zapewne się domyślacie, nie jest jednak przypadkowy. Właśnie tyle punktów zdobył bowiem Real Madryt w sezonie 2009/10 pod wodzą Manuela Pellegriniego, którego wybrano na pierwszego głównodowodzącego Królewskich po powrocie Florentino Pereza i serii galaktycznych transferów. Licząc od kolejnej kampanii aż do dziś, podobny rezultat gwarantowałby mistrzostwo w 13 z 15 przypadków, przy czym raz Real musiałby pobić po prostu sam siebie. Gdyby zawęzić czas do ostatniej dekady, 96 oczek dawałoby mistrzostwo w każdym sezonie.

W kampanii 2009/10 pech jednak chciał, że wynik ten go nie dawał. Gdyby nie początek ery rewelacyjnej Barcelony Guardioli i owiany legendą słupek na pustą Higuaína z Lyonem, José Mourinho być może nigdy nie wypowiedziałby słów o tym, że jeśli wyrzucą go z Realu Madryt, to nie będzie trenował Málagi, bo obejmie któregoś z angielskich lub włoskich gigantów. Stanowiły one dość bezpośredni przytyk w stronę wspomnianego Manuela Pellegriniego, którego Portugalczyk zastąpił na stanowisku w stolicy Hiszpanii. Chilijczyk po opuszczeniu Realu objął bowiem właśnie ekipę z Andaluzji.

REKLAMA
REKLAMA

Trudno nie odnieść wrażenia, że Pellegrini miał w Madrycie sporego pecha. Na krajowym podwórku wykręcił przecież mimo wszystko świetny wynik, ale trafił na jeszcze lepszego rywala. W Lidze Mistrzów o niepowodzeniu w przerwaniu klątwy 1/8 w dużej mierze zaważyła z kolei być może pojedyncza akcja, na jaką nie miał on realnego wpływu. Fakty pozostawały jednak faktami. Po serii spektakularnych nabytków na początku drugiej kadencji Florentino Real kończył sezon z pustymi rękami. Pellegriniego nikt nie zamierzał podziwiać za piękną lub pechową porażkę. Na jego miejsce znaleziono po prostu kogoś innego, a był nim świeżo upieczony triumfator Champions League, José Mourinho.

Choć obaj panowie mierzyli się łącznie 17 razy, dziś spotkają się oni w starciu La Ligi po raz pierwszy od pamiętnych słów The Special One. Rozstrzyganie tego, jak zestarzała się wypowiedź José, nie ma zbyt wielkiego sensu, ponieważ sam szkoleniowiec Realu Madryt przyznał przed wieczornym starciem, że czuł się później z jej powodu jak idiota. Pellegrini potrafił go bowiem pozbawić później tytułu mistrza Anglii oraz ogrywać przy kilku innych okazjach.

Z perspektywy czasu najuczciwiej byłoby po prostu stwierdzić, że obaj poprowadzili swoje kariery w zupełnie odmienny sposób, a ocena tego pozostaje wyłącznie kwestią naszego gustu i perspektywy. Dziś do odpowiednika ówczesnej Málagi nie udałby się zapewne ani jeden, ani drugi. Nie sposób bowiem oprzeć się odczuciu, że zarówno Pellegrini, jak i Mourinho pomimo innych kolei losu koniec końców znajdują się obecnie dokładnie tam, gdzie naprawdę chcą.

REKLAMA
REKLAMA

Pierwszy z wymienionych nie pracuje w klubie zaliczanym do ścisłej europejskiej czołówki. Osiadł w stabilnym środowisku, gdzie tylko i aż pozwala mu się pracować oraz rozwijać swoją wizję. Pellegrini jest w tej chwili drugim najdłużej pracującym trenerem w La Lidze. Obecny sezon jest już jego siódmym w roli szkoleniowca Los Verdiblancos. Pod tym względem w Hiszpanii przebija go jedynie stanowiący w dzisiejszych czasach prawdziwy fenomen Cholo Simeone. Chilijczyk w każdym sezonie awansował z zespołem do europejskich pucharów, a całkiem niedawno, bo w sezonie 2024/25, dotarł aż do finału Ligi Konferencji. Tam jednak wyraźnie lepsza okazała się Chelsea (1:4).

Prawdziwym ukoronowaniem świetnej pracy Pellegriniego w stolicy Andaluzji jest jednak pierwszy od ponad 20 lat i w ogóle dopiero drugi w historii awans Betisu do Ligi Mistrzów. W czasach, w których trenerów często wyrzuca się przed wyjściem z pierwszego ostrzejszego zakrętu, przykład Pellegriniego stanowi wyjątek pozwalający wierzyć, że długofalowe projekty wciąż mogą mieć w określonych warunkach głębszy sens. Inna sprawa, że Pellegriniego najzwyczajniej w świecie nie było w międzyczasie za co zwolnić. Historia 72-latka pokazuje też, że nawet jeśli to Real Madryt jest twoim marzeniem, to mimo wszystko największego spełnienia i poczucia harmonii możesz doznać w zupełnie innym miejscu, a miarą tego wcale nie muszą być uszate puchary i mistrzostwa kraju.

REKLAMA
REKLAMA

Totalną odwrotnością ścieżki Pellegriniego do miejsca docelowego jest natomiast droga, jaką przebył José Mourinho. Portugalczyk, cokolwiek twierdzić o jego dawnej złośliwości pod adresem Chilijczyka, rzeczywiście pracował wyłącznie w zespołach działających na wyobraźnię, na upartego może z wyjątkiem Tottenhamu. Tak czy inaczej, nawet gdy wypadał z lig top 5, to obejmował lokalnych gigantów, jak Fenerbahçe czy Benfica. Warto jednak zaznaczyć, że w całej swojej karierze jedynie przy pierwszym podejściu do Chelsea zdołał wytrzymać więcej niż trzy lata.

Niemal wszędzie, gdzie się pojawiał, albo sam dochodził do wniosku, że jego misja dobiegła końca, albo to inni mieli go już dosyć. Jakkolwiek patrzeć, tam, gdzie był Mourinho, zawsze musiało być ciekawie, czego doświadczyliśmy przed laty również i my. Nawet jeśli dziś jak na razie można pomyśleć, że José się trochę uspokoił, to nie postawilibyśmy grosza, że spokojnie będzie już do końca. W jego przypadku wszystko bowiem wydaje się możliwe. Nawet to, że kiedy wiele wskazuje na to, że za chwilę pozostanie mu już tylko tłusty kontrakt w Arabii Saudyjskiej, ostatecznie zleca mu się karkołomną misję zaprowadzenia ładu w Realu Madryt po przeszło dekadzie.

REKLAMA
REKLAMA

Wieczornej konfrontacji Realu Madryt z Realem Betis po upływie tylu lat nie ma sensu postrzegać przez pryzmat dawnych zaczepek. Pellegrini nigdy nie wyprowadził w stronę Mou kontry, Mourinho natomiast otwarcie przyznał, że to, co powiedział, było głupie. I bardzo dobrze, że tanie sensacje nie przysłonią nam dziś potyczki drużyn z Ligi Mistrzów, którzy znaleźli swój kawałek podłogi w zupełnie inny sposób.


Mecz z Betisem rozpocznie się o 21:00 na Estadio La Cartuja w Sewilli. W Polsce spotkanie będzie można obejrzeć na CANAL+ SPORT 2 i CANAL+ SPORT 6 w serwisie CANAL+ Online [współpraca].

Czytaj kolejne newsy bez przeklikiwania

Jako Socio korzystasz z widoku Aktualności+, w którym kolejne artykuły wyświetlają się w całości, jeden pod drugim. Wystarczy przewijać.

  • Aktualności+
  • Bez reklam
  • Priorytetowy support
Zobacz Aktualności+ od 12,50 zł /mies.przy płatności rocznej

Ostatnie aktualności

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (8)

REKLAMA