REKLAMA
REKLAMA

Całe szczęście, Júnior

Ignacio Ruiz-Quintano to hiszpański felietonista, który jest krytykiem politycznym, kulturowym i sportowym. Przedstawiamy jego tekst dla dziennika ABC.

REKLAMA
REKLAMA
Całe szczęście, Júnior
Vinícius Júnior. (fot. Getty Images)

Całe szczęście, Júnior

Ignacio Ruiz-Quintano ABC

REKLAMA
REKLAMA

Oddali nam Mou, sprowadzili Diomandé – takiego Olise, którego dopiero trzeba rozpakować – i przedłużyli kontrakt z Viníciusem, ale… zostawili nas bez Rodriego! Nawet kibice Milanu nie płakali tak przy wielkim pożegnaniu Baresiego, jak dziś rozpaczają stadionowi piknikowcy po ucieczce Rodriego. Dla nich to przecież najlepszy piłkarz w historii: gdzieś między Pelé a Maradoną, a już na pewno znacznie lepszy od doktora Sócratesa. Tak właśnie działa medialny fentanyl, którym karmi się tych zombie.

Skoro w szatni Realu jest już Mou, chcieli jeszcze odtworzyć legendarny duet Xavi–Casillas – ten od Nagrody Księcia Asturii – tyle że tym razem w wersji Rodri–Dani Olmo, przy akompaniamencie niekończącego się gadania wokół reprezentacji Hiszpanii.

– Ależ okazja z tym Rodrim. I do tego Hiszpan.

Dlaczego ludzie, którzy na co dzień niespecjalnie przejmują się hiszpańskością samej Hiszpanii, tak bardzo martwią się o liczbę Hiszpanów w Realu Madryt? Nie twierdzę, że piknikowcom brakuje patriotyzmu. Znam nawet takiego, który nie wyprowadzi psa bez obroży w barwach hiszpańskiej flagi. To jednak patriotyzm bardzo przywiązany do symboli i drobnych gestów, który łatwo oburza się na widok zerwanej flagi czy wrogiego okrzyku.

REKLAMA
REKLAMA

Rodri, jeszcze jako piłkarz City, upominał się o hiszpański Gibraltar. Piknikowiec nie może więc zrozumieć, że teraz, kiedy Rodri miał do wyboru wiązkę siana w Madrycie i taką samą wiązkę w Barcelonie, wybrał właśnie Barcelonę – miejsce, w którym idea Hiszpanii bywa traktowana równie poważnie jak na Gibraltarze. Już wiele lat temu Fernández Flórez opisywał na tych łamach ten szczególny rodzaj hiszpańskiego patriotyzmu: trochę jarmarczny, wzruszająco dziecinny i z pewnością pełen dobrych intencji. Patriotyzmu, który skupia się na drobnych gestach i symbolach, a ich ostentacyjne naruszanie natychmiast wywołuje oburzenie, lamenty i groźby. Burzy się, gdy jakiś idiota zrywa flagę albo wykrzykuje coś przeciwko Hiszpanii, ale pozostaje spokojny i milczący, kiedy znacznie sprytniejsi ludzie, konsekwentnie kierowani niechęcią do tego kraju, nić po nici przecinają duchową więź z Hiszpanią.

W tym sensie Rodri powinien być dla prawdziwego madridismo liną rzuconą światu culé, żeby ten nadal pozostawał jakoś przywiązany do Hiszpanii Javiera Tebasa. Tyle że jest jeden problem: pod względem piłkarskim Rodri nie jest Cruyffem.

Cruyff, jak wiadomo, był już praktycznie piłkarzem Realu Madryt. Przestał nim być, gdy jego przedstawiciele zaczęli domagać się od Santiago Bernabéu dodatkowych pieniędzy. Prezes Realu przebywał wtedy w hotelu w A Coruñi i odpowiedział, żeby zatrzymali sobie zarówno zawodnika, jak i prowizje.

REKLAMA
REKLAMA

„Nigdy wcześniej tyle i tak dobrze nie opowiadano mi o żadnym piłkarzu, ale ani on, ani jego prezes nie byli ludźmi słowa. W hotelu Atlántico w A Coruñi, kiedy wszystko mieliśmy już uzgodnione, Van Praag zażądał miliona dolarów i zagroził, że pójdzie do Barcelony. Zwolniłem go więc z danego nam słowa, a on sprzedał Cruyffa Barcelonie w Santiago de Compostela. Gęba Van Praaga zupełnie mnie nie interesowała, ale gęba piłkarza miała dla mnie znaczenie”.

– Nie podoba mi się jego gęba! – tak Bernabéu podsumował całą sprawę.

I tak oto we Florencji tifosi witają Mastantuono niemal jak nowego Maradonę, podczas gdy w Madrycie piknikowcy kręcą nosem na przedłużenie kontraktu z Viníciusem. Vinícius zresztą, dzięki kolejnym kontraktom reklamowym, sam zarabia pieniądze, o które tak bardzo martwią się inni. Gdyby decyzja należała do piknikowców, sprzedaliby go, żeby sfinansować Operację Rodri – razem z jego więzadłem krzyżowym w pakiecie.

„Całe szczęście, Júnior”, świętował Toni Kroos. Mijatović, który niestrudzenie udziela rad ludziom, którzy nigdy go o nie prosili, poradził Viníciusowi, żeby został, nawet gdyby miał na tym stracić „pięć milionów”. Vinícius posłuchał go w kwestii pozostania, ale już nie w kwestii straty „pięciu milionów”, na które przeciętny piknikowiec jest przecież wyjątkowo wyczulony. Ten sam głupek potrzebuje biura rachunkowego, żeby wyliczyło mu, ile składek brakuje do emerytury w wysokości 1500 euro, ale pod wpływem medialnego fentanylu potrafi wykłócać się o każdy cent z prezesem, który z bankrutującego klubu zrobił najbogatszy klub świata.

REKLAMA
REKLAMA

Mbappé przyszedł do Realu Madryt po to, żeby grać nie z Rodrim, lecz z Viníciusem. I dopiął swego. Mnie do szczęścia brakuje już tylko Saliby albo Gvardiola. A jeśli miałbym dorzucić jeszcze jedno nazwisko – Angelo Stillera.

Ostatnie aktualności

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (26)

REKLAMA