REKLAMA
REKLAMA

El Confidencial: Florentino odsunął Laghrariego i delegował decyzje sportowe na innych

Agustín Marco to dziennikarz El Confidencial zajmujący się głównie sprawami biznesowymi. W ostatnich miesiącach Hiszpan zajmował się jednak także kampanią wyborczą w Realu Madryt, w tym podawał jako pierwszy wiele informacji o kandydacie Enrique Riquelme, który jak się okazało, jest jego bliskim przyjacielem. Teraz ten dziennikarz podał informacje o ruchach prezesa Królewskich. Przedstawiamy jego informacje.

REKLAMA
REKLAMA
El Confidencial: Florentino odsunął Laghrariego i delegował decyzje sportowe na innych
Florentino Pérez. (fot. Getty Images)

Agustín Marco podaje, że bliscy współpracownicy Florentino Péreza przekazują, że wybory na prezesa i pojawienie się Enrique Riquelme jako realnej opozycji dobrze zrobiło Realowi Madryt i samemu Florentino. Że fakt, iż po raz pierwszy od dwudziestu lat odbyły się wybory i pojawiła się realna alternatywa dla rządów prezesa, wywołała reakcję sternika Królewskich od lat zapatrzonego w Anasa Laghrariego, swojego człowieka z cienia i bankiera, który obłowił się na operacjach z Realem oraz Barceloną, którą uratował.

REKLAMA
REKLAMA

Główną reakcją Florentino było delegowanie, twierdzi dziennikarz El Confidencial. Najpierw na José Mourinho, którego zatrudnił ze swojego kaprysu, płacąc 15 milionów za wyciągnięcie go z Benfiki, ale któremu dał pełną władzę w budowaniu drużyny pod gust portugalskiego trenera. Żadnych gwiazd ani eksperymentów z nadziejami typu Mastantuono. Tylko pracusie od czarnej roboty, jak Bernardo, Dumfries, Konaté czy Cucurella. Ludzie zaprawieni w bojach, z doświadczeniem w Champions League, gotowi do natychmiastowego grania, by rywalizować z Barceloną od pierwszej kolejki. A wszystko po to, aby gdy nadejdzie moment, w którym Florentino Pérez ponownie stanie przed socios, czyli na Walnym Zgromadzeniu pod koniec listopada, Real był przed Barceloną, twierdzi Marco.

To samo prezes zrobił w koszykówce, gdzie odzyskał Juana Carlosa Sáncheza, dyrektora generalnego sekcji, którego sam odsunął rok temu. Sánchez, budowniczy jednej z najbardziej utytułowanych drużyn w Europie, ponownie przejął stery basketu kosztem Carlosa Ocañi, działacza drugiego szeregu w Realu, nagrodzonego za powiązania polityczne, bo jest chłopakiem umieszczonym przez premiera Pedro Sáncheza w Telefónice jako przedstawiciela rządu. Pierwszym, co zrobił Juan Carlos po roku bez trofeów, było zwolnienie trenera Sergio Scariolo, sprowadzonego przez Florentino, nawet jeśli trzeba było zapłacić ogromne odszkodowanie szacowane.

REKLAMA
REKLAMA

Dziennikarz podkreśla, że w w tym wszystkim niewiele do powiedzenia miał Laghrari. Podobnie jak podczas ostatniego „konklawe”, które Florentino odbył kilka dni temu w Zalacaín, swojej ulubionej luksusowej restauracji, z José Ángelem Sánchezem, dyrektorem generalnym klubu, oraz Manuelem Redondo, swoim szefem gabinetu prezesa i wiernym nadzorcą klubowej codzienności gotowym niemal na wszystko, byle ochronić prezesa. Nie chodzi o to, że już prawie 80-latek całkowicie stracił zaufanie do swojego bankiera, który nie pełni w klubie żadnej oficjalnej funkcji. Nic z tych rzeczy, podkreśla Marco. Ale jego reakcja na pojawienie się Riquelme jest taka, że jego chrześniak zyskał przeciwwagę, więc przestał panoszyć się po klubie według własnego uznania, wciągając Florentino i klub w projekty, które skończyły się porażką – jak Superliga, przebudowa Bernabéu czy Europejska NBA – i które skonfliktowały klub z La Ligą, UEFA, Federacją, a nawet z sąsiadami, z których wielu jest socios Madrytu.

Dwóch Sanchezów, czyli José Ángel i Juan Carlos, znów mają zdolność podejmowania decyzji, podobnie jak bankier Donato González, nowy członek zarządu, którego Anas uważa za swojego wroga, bo ten ma bezpośredni wpływ na Florentino. Wszyscy są zgodni w jednej kwestii i przekonali już Florentino, że ogłoszenie teraz referendum w sprawie sprzedaży do 10% klubu jest na ten moment bardzo dużym ryzykiem. Mógłby je przegrać, jeśli potrzebowałby kwalifikowanej większości. Przede wszystkim dlatego, że prawie głosy 12 tysięcy socios, którzy poparli Riquelme w ostatnich wyborach, zinterpretowano jako sprzeciw wobec zarządzania człowieka, który jako prezes najbogatszego klubu świata został prześcignięty przez gołą finansowo Barcelonę, która wystawia nastolatków z trądzikiem.

REKLAMA
REKLAMA

Dziennikarz dodaje, że Florentino musi jednak sięgnąć po tę, jak określa, finansową dźwignię, by zbilansować klubowe rachunki. Przede wszystkim, około 500 milionów euro na pokrycie przekroczenia kosztów stadionu. Dlatego uparcie chce sprzedać kawałek klubu, chociaż po wcześniejszej konsultacji z kibicami, żeby wszystko odbyło się jawnie i transparentnie. Ale przekonano go, że teraz nie jest na to czas. Po pierwsze, ze względu na atmosferę. Po drugie, dlatego że po prawie trzech latach nie udało się znaleźć jasnej formuły, dzięki której, jak mówił w ostatniej kampanii, socios pozostaliby właścicielami klubu. Jego doradcy prawni powiedzieli mu, że jest to dosłownie niemożliwe, ponieważ Real jest podmiotem non profit, więc nikt nie może otrzymać w nim akcji ani udziałów, jak zaproponował Anas, który stwierdził, że każdy socio otrzymałby za ten przywilej co najmniej 100 tysięcy euro.

Według propozycji innych osób, których słucha coraz częściej, najłatwiejszą drogą – tak jak zrobiono to z Real Madrid Estadio, spółką zależną eksploatującą Bernabéu, znajdującą się w rękach Sixth Street – jest stworzenie spółki, której część sprzedano by miliarderowi albo firmie technologicznej. Żąda się od nich 500 milionów za wejście w partnerstwo z klubem, za powiązanie swojego wizerunku i za zrobienie sobie selfie, ale to wszystko bez oczekiwania jakiejkolwiek dywidendy. W tym wszystkim najlepsze dla Realu jest to, że według tego, co mówią, chętnych jest kolejka, chociaż podobno „łatwy pieniądz” już dawno nie istnieje.

Ostatnie aktualności

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (2)

REKLAMA