REKLAMA
REKLAMA

Pedro Martínez: Ciekawi mnie, czy potrafię sprostać projektowi tej skali

Pedro Martínez udzielił wywiadowi dziennikowi Las Provincias. Bardzo szczegółowo opisał w nim, jak wyglądały ostatnie dni i jak przebiegał proces podejmowania decyzji o przenosinach do Realu Madryt.

REKLAMA
REKLAMA
Pedro Martínez: Ciekawi mnie, czy potrafię sprostać projektowi tej skali
Pedro Martínez. (fot. Getty Images)

Ogłoszenie twojego odejścia do Realu Madryt wywołało prawdziwe trzęsienie ziemi, ale sukcesy odniesione zaledwie chwilę wcześniej są wciąż bardzo świeże. Jak sobie radzisz z emocjami po tak wyjątkowym sezonie?

REKLAMA
REKLAMA

Zawsze odczuwa się pewien spadek nastroju, gdy sezon dobiega końca. Kiedy żyje się pod presją rywalizacji, człowiek potrafi znaleźć w sobie siłę nawet wtedy, gdy wydaje się jej już nie mieć. Jednak gdy wszystko się kończy, pojawia się zmęczenie, które przez cały czas było gdzieś ukryte. Nie pierwszy raz tego doświadczam i nie dotyczy to wyłącznie udanych sezonów. Gdy wreszcie można się rozluźnić, po wielu miesiącach ogromnego napięcia przychodzi naturalny spadek energii.

Czy jedną z największych sił tego zespołu była umiejętność podnoszenia się po każdym ciosie i wiara, że zawsze można wygrać następny mecz?

Spojrzałbym na to nieco szerzej. Powiedziałbym, że pierwszy sezon, który sam w sobie był już bardzo udany, pozwolił nam stworzyć solidne fundamenty, zarówno pod względem stylu gry, metod pracy, jak i kultury funkcjonowania na co dzień. W drugim roku podjęliśmy właściwe decyzje, aby wyeliminować pewne słabości dostrzeżone wcześniej, choć już wtedy byliśmy niezwykle konkurencyjnym zespołem. Najważniejsza była jednak znakomita atmosfera w szatni. Trafili się zawodnicy o świetnym nastawieniu, którzy bardzo dobrze się ze sobą dogadywali i codziennie ciężko pracowali. To zacieśniło więzi między nimi, dzięki czemu mogli prezentować znakomitą koszykówkę i po prostu czerpać z niej radość. Cieszyli się zarówno z gry, jak i z treningów. Właśnie to sprawiło, że poziom całej drużyny wzrósł wręcz wykładniczo.

REKLAMA
REKLAMA

Rozumiesz szok, jaki wywołała wiadomość o przejściu do Realu Madryt wśród kibiców Valencii i całego otoczenia klubu?

Tak, rozumiem. Z drugiej strony nie jest to coś, na co mam wpływ. Myślę, że poza elementem zaskoczenia ogromne znaczenie ma także fakt, do jakiego klubu odchodzę. Gdybym przenosił się do innego zespołu, reakcja zapewne nie byłaby aż tak silna. Rozumiem jednak wszystkie emocje. Każdy ma prawo myśleć, co chce, a ja nie jestem w stanie tego kontrolować. Ostatecznie są to decyzje zawodowe i osobiste. Nie podejmuje się ich po to, by kogokolwiek zranić, lecz by wybrać rozwiązanie najlepsze dla siebie, jednocześnie nie chcąc nikomu zaszkodzić.

Właśnie dlatego, że wybór Realu Madryt wywołał tak silne emocje, kibice zasługują na poznanie całej historii i dokładnej chronologii wydarzeń. Kiedy po raz pierwszy dotarła do ciebie informacja o zainteresowaniu Realu?

Nie mam żadnego problemu z podaniem konkretnych dat, choć wiem, że niektórzy już wyrobili sobie opinię i pewnie i tak mi nie uwierzą. Kiedy w marcu przedłużyłem kontrakt z Valencią, nie miałem agenta. Negocjacje prowadziłem bezpośrednio z dyrektorem generalnym Enrikiem Carbonellem. Wtedy postanowiłem kontynuować swoją karierę bez przedstawiciela. Doszliśmy do porozumienia na warunkach, które obie strony uznały za satysfakcjonujące. Byłem przekonany, że będzie to mój ostatni kontrakt jako trenera pracującego na najwyższym poziomie. Trenować chcę tak długo, jak pozwoli mi zdrowie, ale zawodowa praca w Eurolidze czy lidze ACB to zupełnie inna skala wymagań. Podczas fazy play-off, począwszy od serii z Joventutem, dwie bliskie mi osoby przekazały, że dwa kluby Euroligi są zainteresowane moim zatrudnieniem. Chciały wiedzieć, jakie jest moje nastawienie i, ponieważ miałem ważny kontrakt, jaka jest wysokość klauzuli odstępnego. Szczerze mówiąc, sam musiałem sprawdzić, ile ona wynosi. Nie negocjowałem jej osobiście, była to kwota ustalona przez klub. Nie przywiązywałem do niej większej wagi, ponieważ podpisując umowę z Valencią, w ogóle nie zakładałem, że ktoś będzie skłonny ją zapłacić. Przekazałem tym dwóm osobom wysokość klauzuli i na tym sprawa się zakończyła. Nie traktowałem tych informacji zbyt poważnie. Jednym z zainteresowanych klubów był Real Madryt, drugim – zagraniczny klub Euroligi. W trakcie play-offów graliśmy co dwa dni. Jedyną informacją, jaką otrzymałem przed zakończeniem finałów, było to, że Real Madryt nie uważa kwoty odstępnego za przeszkodę i rzeczywiście może być zainteresowany. Nie powiedziano mi jednak, czy jestem ich jedynym kandydatem. Podczas całych play-offów nie rozmawiałem z nikim z Realu Madryt i nikt z klubu nie kontaktował się ze mną bezpośrednio.

REKLAMA
REKLAMA

Kiedy poinformowałeś Valencię o zainteresowaniu ze strony Realu Madryt, które pojawiło się podczas półfinału i finału ligi ACB?

Natychmiast poinformowałem Luisa Arbalejo, że taka możliwość istnieje. Od razu zaznaczyłem, że nic nie jest jeszcze przesądzone i że nie oznacza to, iż na pewno odejdę. Uważałem jednak, że moim obowiązkiem jest poinformowanie klubu o takiej ewentualności, aby mógł podjąć odpowiednie decyzje lub przynajmniej być przygotowany na taki scenariusz. Nigdy nie powiedziałem – i oni doskonale o tym wiedzą – że decyzja została już podjęta. Tak po prostu nie było, ponieważ w czasie trwania rozgrywek żadna decyzja jeszcze nie zapadła.

Kiedy po raz pierwszy skontaktowałeś się bezpośrednio Real Madryt?

Mistrzostwo zdobyliśmy w środę, 24 czerwca. W czwartek, 25 czerwca, odbywały się uroczystości związane ze świętowaniem tytułu. Tego dnia, około południa, zadzwoniła do mnie osoba z Realu Madryt, pogratulowała sukcesu i powiedziała, że klub jest zainteresowany spotkaniem. Odpowiedziałem, że następnego dnia rano planuję wyjechać do Barcelony, ponieważ sezon już się zakończył. Ustaliliśmy więc spotkanie na piątek, 26 czerwca, po południu w Barcelonie.

REKLAMA
REKLAMA

Skoro już w czwartek otrzymałeś telefon z Realu Madryt, a więc istniała realna możliwość przejścia do tego klubu, czy przemówienie wygłoszone tego samego dnia w Roig Arenie nie powinno było wyglądać inaczej?

W tamtym momencie jedyne, co było ustalone, to fakt, że spotkam się z osobą zainteresowaną zatrudnieniem mnie. Nie znałem warunków, nie wiedziałem, jaka będzie oferta, i nie miałem podjętej decyzji o odejściu. Kiedy wygłaszałem przemówienie, nadal byłem trenerem Valencii, miałem ważny kontrakt i nie było niczego, co pozwalałoby mi przypuszczać, że na pewno odejdę. Również o planowanym spotkaniu od razu poinformowałem Luisa Arbalejo. Jeszcze raz podkreśliłem, że samo spotkanie nie oznacza mojej decyzji o odejściu. Chciałem po prostu wysłuchać propozycji, bo taki jest mój zawodowy obowiązek, a dopiero później zastanowić się nad przedstawionymi warunkami. Arbalejo podziękował mi za przekazanie tej informacji.

Biorąc pod uwagę ogromny szacunek, jakim darzyli ciebie kibice Valencii, i fakt, że możliwość przejścia do Realu już istniała, choć nie znałeś jeszcze oferty, czy nie należało wygłosić innego przemówienia? Wielu kibiców poczuło się zranionych twoimi słowami, a później ostateczną decyzją.

REKLAMA
REKLAMA

Bardzo mi przykro, że tak to zostało odebrane. Naprawdę nie taki był mój zamiar. Nie uważam się za najmądrzejszego człowieka na świecie, ale wydaje mi się oczywiste, że gdybym już wtedy był zdecydowany odejść, nigdy nie wygłosiłbym takiego przemówienia. W chwili, gdy przemawiałem w Roig Arenie, nie wiedziałem jeszcze, że opuszczę klub. Chciałbym podkreślić jedną rzecz, do ostatniej minuty byłem trenerem Valencii i do ostatniej minuty dawałem z siebie wszystko dla tego klubu. Dosłownie do ostatniej chwili. A wtedy nie byliśmy jeszcze nawet blisko tej ostatniej minuty. Było to piękne świętowanie, ale jednocześnie czuło się atmosferę pożegnania. Chciałem przede wszystkim przekazać przesłanie dotyczące kultury organizacyjnej klubu. Valencia jest profesjonalnym, świetnie zarządzanym klubem. Ma za sobą osobę, która ponosi ogromny wysiłek finansowy, dysponuje znakomitą halą, ma fantastycznych kibiców, ale wszyscy ludzie pracujący w klubie są tylko częścią jego historii. Bardzo ucieszyło mnie, że dzień po ogłoszeniu mojej decyzji dyrektor generalny użył podobnego przekazu, zachęcając wszystkich do patrzenia w przyszłość. Chciałem powiedzieć tylko tyle: profesjonaliści przychodzą i odchodzą. Naszym obowiązkiem jest dawać z siebie wszystko, dopóki tu jesteśmy, ale klub zawsze stoi ponad nami i nikt nie jest niezastąpiony. Od dwóch lat powtarzam coś, w co głęboko wierzę, jedyną naprawdę niezastąpioną osobą w Valencii jest Juan Roig. Wszyscy pozostali powinni po prostu wykonywać swoją pracę najlepiej, jak potrafią.

REKLAMA
REKLAMA

Czy Valencia zaproponowała tobie poprawę warunków kontraktu jeszcze przed otrzymaniem oficjalnej oferty z Realu Madryt?

Tak. W sobotę, 27 czerwca, około południa zadzwonił do mnie Enric Carbonell. Powiedział, że klub bardzo chce, abym został, i zamierza zaproponować mi lepsze warunki niż te, które uzgodniliśmy w marcu. Podziękowałem mu za to. Kilka godzin później przesłał mi wiadomość z konkretnymi warunkami nowej umowy. W tamtym momencie nadal nie miałem jeszcze pisemnej oferty z Realu Madryt. Ta dotarła dopiero później, tego samego popołudnia.

Czyli propozycja poprawy kontraktu od Valencii pojawiła się jeszcze przed formalną ofertą Realu. Czy była porównywalna z propozycją klubu Florentino Péreza?

To była bardzo dobra oferta. Jestem ogromnie wdzięczny Enricowi Carbonellowi za wysiłek, jaki podjął klub. Była to znacząca poprawa względem kontraktu podpisanego w marcu. Finansowo oferta była bardzo podobna do tej z Realu Madryt. Jedyną istotną różnicą było to, że Valencia proponowała umowę na dwa lata, a Real – na trzy.

Dlaczego zdecydowałeś się przejść do Realu Madryt?

To, co przedstawiono mi podczas spotkania 26 czerwca, bardzo mi się spodobało. Był to projekt oparty na maksymalnych ambicjach. Lubię stawiać sobie wyzwania. Chciałem sprawdzić siebie w klubie, który ma najwyższe możliwe cele, ale również największą presję. W swojej dotychczasowej karierze nigdy nie miałem okazji prowadzić zespołu o takich możliwościach i takich oczekiwaniach. Bardzo ciekawi mnie, czy potrafię sprostać projektowi tej skali.

REKLAMA
REKLAMA

Czy na decyzję wpłynęło również poczucie, że praca wykonana w Valencii osiągnęła już swoje maksimum? Trudno przecież będzie powtórzyć lub poprawić właśnie zakończony sezon.

Tak i nie. Gdyby nie pojawiła się możliwość pracy w Realu Madryt, zostałbym w Valencii z pełnym przekonaniem i ogromną motywacją. Muszę jednak przyznać, że wieczorem 25 czerwca, po świętowaniu z kibicami, Braxton Key powiedział mi, że podpisze kontrakt z Fenerbahçe, a Papi (Brancou Badio), że przejdzie do Panathinaikosu. Byłem już właściwie pogodzony z tym, że Jean Montero nie zostanie z nami. To była ogromna strata, ale liczyłem się z nią od dawna. Zakładałem również, że jeśli Sergio de Larrea zostanie wybrany w pierwszej rundzie Draftu NBA, prawdopodobnie nie będzie już grał w Valencii. To wszystko akceptowałem. Życie toczy się dalej. Razem z Luisem Arbalejo pracowaliśmy już nad tym, jak najlepiej zastąpić tych zawodników. Kiedy jednak Badio i Braxton Key poinformowali mnie, że nie przyjmą ofert Valencii, a kilka dni później kolejny zawodnik dał mi do zrozumienia, że również prawdopodobnie odejdzie, zacząłem się zastanawiać, jak to możliwe, że drużyna, która była tak wyjątkowa i z którą pracowało mi się tak dobrze, zaczyna się rozpadać. Muszę przyznać, że nie ułatwiło mi to podjęcia decyzji. Było mi po prostu bardzo przykro jako trenerowi, że zawodnicy, z którymi miałem świetne relacje i którym ufałem, nie będą już kontynuowali gry w Valencii.

REKLAMA
REKLAMA

Ale miałeś przecież wcześniej informacje o tych ruchach. Wszystkie decyzje podejmowaliście wspólnie – ty, Enric Carbonell i Luis Arbalejo. Wiedziałeś, że Valencia nie będzie w stanie wyrównać ostatniej oferty Panathinaikosu dla Badio i znałeś wszystkie działania podejmowane, aby zatrzymać Braxtona Keya.

Braxton Key był zawodnikiem, którego bardzo chciałem zatrzymać i wielokrotnie przekazywałem to klubowi. Jednak rynek jest, jaki jest, a ja nie znam wszystkich szczegółów negocjacji. Chciałbym, żeby Braxton został. Tak samo Badio i pozostali. Najchętniej nie zmienialibyśmy w składzie nikogo, ponieważ była to drużyna, z którą pracowało mi się znakomicie i która, moim zdaniem, miała przed sobą jeszcze duży potencjał rozwoju. Nie sądzę, aby odejście Braxtona Keya było wynikiem decyzji klubu. Po prostu rynek potoczył się w takim kierunku.

Obawiasz się przyjęcia przez środowisko Realu Madryt? Transfer nie został jeszcze oficjalnie ogłoszony, a już pojawiły się ogólnokrajowe debaty radiowe na temat tego, czy jesteś antimadridistą.

Szczerze mówiąc, ponad miesiąc temu zhakowano mi konto na Twitterze, więc jestem trochę odcięty od wszystkich tych publicznych dyskusji i debat w mediach społecznościowych. Nie śledziłem zbyt uważnie tego, co się tam mówi. Specjaliści pracują obecnie nad odzyskaniem mojego konta.

REKLAMA
REKLAMA

Zamknąłeś dwa etapy swojej kariery w Valencii – w 2017 i 2026 roku. W obu przypadkach odejściu towarzyszyły dość nietypowe okoliczności, a oba nastąpiły po zdobyciu mistrzostwa Hiszpanii. Czy skłania cię to do refleksji?

Rozumiem, że kibice patrzą na takie sytuacje przede wszystkim przez pryzmat emocji. My, profesjonaliści – mam tu na myśli zarówno trenerów, jak i klub – patrzymy na nie znacznie bardziej zawodowo. Każdy stara się dbać o własne interesy, oczywiście w granicach etyki. Dwa sezony temu miałem ważny kontrakt z Manresą, klubem, który bardzo cenię i któremu jestem ogromnie wdzięczny. Wtedy Valencia złożyła mi ofertę i konieczne było zapłacenie klauzuli odstępnego zapisanej w mojej umowie. To mój agent poinformował wtedy Manresę, że znalazł się klub gotowy zapłacić tę kwotę. Klauzula została opłacona i przeszedłem do Valencii. Dokładnie w taki sam sposób, w jaki teraz Real Madryt postąpił wobec Valencii, dwa lata wcześniej Valencia postąpiła wobec Manresy.

Ostatnie aktualności

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (0)

REKLAMA