Nostalgia madridisty oglądającego mundial: najczystszą radość daje mi tylko Cristiano Ronaldo
Miguel Riaño - El Mundo
Mundial wcale nie działa jak balsam po fatalnym sezonie. Kibicowi Realu Madryt też nie ogląda się go łatwo. Sukcesy naszych zawodników docierają do mnie jak przez ścianę, a radość przeżywam jak po znieczuleniu. Widzę Kyliana Mbappé w świetnej formie, szybkiego, lekkiego i zabójczego, i patrzę na niego z zazdrością rodzica, który odkrywa, że jego syn, w domu mrukliwy i nieznośny, poza domem nagle jest duszą towarzystwa. Nie bądź jak Mbappé.
I tak jest ze wszystkim. Wysłaliśmy Endricka do internatu Ancelottiego, ale tam też nie ma lekko. Vinícius radzi sobie lepiej. Szczerze mnie to cieszy, bo go wychowaliśmy i nauczyliśmy się żyć z jego wszystkimi rzeczami, ale ta radość od razu miesza się z lękiem. Oglądasz jego gole, a w głowie już widzisz agenta przeglądającego oferty z innych klubów. Myśl o jego odejściu odbiera mi powietrze. Mecze Brazylii oglądam już z nostalgią, a przy tym nie wiem, czego właściwie chcę: każdy gol siódemki podnosi cenę nowego kontraktu, za który klub nie bardzo chce płacić, a jednocześnie sprawia, że podpis staje się coraz bardziej konieczny. Radość nie wychodzi ze mnie czysta, pięść zaciska się z niedowierzaniem, niemal jak po golu Lamine Yamala.
Bellingham dostaje nagrody MVP nawet wtedy, gdy nie do końca na nie zasłużył, a ja próbuję zrozumieć, dlaczego w Stanach Zjednoczonych wygląda jak łabędź, a w Madrycie jak ociężały kulturysta. Czy telewizja pogrubia tylko w niektórych miejscach? Cały czas myślę też o Mourinho, który ogląda ten mundial z notesem w ręku i próbuje sobie poukładać w głowie nowy Real Madryt. Co zrobić z Cucurellą, który potrafi pójść odważnie do przodu, ale nie zawsze wiadomo, kto miałby później zrobić z tego użytek? Arda? On też miał wykorzystać ten turniej, a na razie przemyknął gdzieś w tle, w meczach rozgrywanych o czwartej albo szóstej rano, które mało kto w ogóle oglądał.
Najczystszą radość daje mi tylko Cristiano Ronaldo. Każdy jego gol jest pretekstem, żeby zaczepić Ruiego, mojego portugalskiego kolegę, który od lat bardziej zachwyca się Messim niż własnym rodakiem. I mam wrażenie, że za sto lat mundial w 2026 roku i tak będzie się wspominać przez pryzmat tej dwójki, nawet jeśli puchar podniesie ktoś zupełnie inny. Cristiano i Messi od dawna grają już przeciwko czasowi, a nie tylko przeciwko kolejnym rywalom. Są ostatnimi takimi piłkarzami i dlatego warto oglądać ich do samego końca, nawet jeśli w tej historii jest już więcej szaleństwa niż normalnej sportowej logiki. Cieszmy się tym, póki jeszcze można. Czy ktoś naprawdę wyobraża sobie Mbappé na mundialu w 2038 roku albo Lamine Yamala na turnieju w 2046 roku?
Komentarze (10)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się