Luis Figo był numerem 7 Barcelony i jednym z największych idoli kibiców Blaugrany, aż latem 2000 roku wszystko się zmieniło. Florentino Pérez został prezesem Realu Madryt, a Portugalczyk, zgodnie z jego wyborczą obietnicą, trafił do stolicy Hiszpanii i założył koszulkę z numerem 10. Po 26 latach Enrique Riquelme, kandydat na prezesa Realu Madryt, próbuje zadać własny wyborczy cios na podobnym schemacie, obiecując Erlinga Haalanda. Jak zauważa dziennik AS, podobieństwa istnieją, ale różnice między obiema sytuacjami są bardzo wyraźne.
Riquelme pojawił się w programie El Hormiguero i w najlepszym czasie antenowym pokazał koszulkę Realu Madryt na sezon 2025/26 z numerem 9 oraz nazwiskiem norweskiego napastnika Manchesteru City. Była to najbardziej dosłowna forma obietnicy transferowej. Problem w tym, że niemal natychmiast zdementowali ją agentka piłkarza Rafaela Pimenta oraz jego ojciec Alfie Haaland. Już ten element mocno odróżnia sprawę od przypadku Figo, gdzie za kulisami istniały konkretne zobowiązania i mechanizmy prawne, które później okazały się kluczowe dla całej operacji.
Najbardziej oczywiste podobieństwo dotyczy obietnicy opłacenia składek członkowskich. Riquelme powtórzył mechanizm, z którego Florentino skorzystał w 2000 roku. Jeśli wygra wybory, a Haaland nie trafi do Realu Madryt, kandydat ma opłacić całość składek wszystkim socios. „Jeśli nie dotrzymam słowa, zapłacę 100 procent składki wszystkich 100 tysięcy socios Realu Madryt. Haaland ma klauzulę i chce przyjść do Realu Madryt”, zapewniał Riquelme. Podobnie brzmiała deklaracja Péreza sprzed lat: „Jeśli zostanę wybrany, a Figo nie będzie grał w Realu Madryt, zobowiązuję się zapłacić wszystkim socios składkę za kolejny sezon”.
Podobieństwo jest jednak bardziej formalne niż realne. W przypadku Figo za obietnicą Florentino stał wcześniejszy kontrakt podpisany przez przedstawicieli piłkarza. Veiga i Futre zobowiązali się, że zawodnik przejdzie do Realu Madryt, jeśli Pérez wygra wybory. W razie niewykonania porozumienia przewidziana była kara w wysokości 30 milionów euro, czyli pięciu miliardów peset. Florentino nazwał później ten zapis w dokumencie Netflixa „klauzulą motywującą”. W przypadku Haalanda na razie nie ma potwierdzenia istnienia podobnego dokumentu. Jest publiczna deklaracja Riquelme, koszulka pokazana w telewizji i szybkie dementi najbliższego otoczenia piłkarza.
Drugi wspólny punkt to próba uderzenia w ważnego rywala. Oczywiście Manchester City w ostatnich latach stał się jednym z najważniejszych przeciwników Realu Madryt w Europie, a mecze obu klubów regularnie decydowały o układzie sił w Lidze Mistrzów. Mimo to trudno porównywać tę rywalizację z Klasykiem i polityczno-emocjonalnym ciężarem transferu kapitana Barcelony do Realu Madryt. Figo był symbolem Barcelony. Haaland jest wielką gwiazdą Manchesteru City, ale nie zajmuje w relacji City z Realem Madryt podobnego miejsca, jakie Figo zajmował w relacji Barcelony z Los Blancos.
Trzeci element dotyczy klauzuli odstępnego, choć tutaj także porównanie jest niepełne. Klauzula Figo wynosiła 60 milionów euro i nie zawierała dodatkowych warunków. Po zwycięstwie Florentino Real Madryt po prostu wpłacił odpowiednią kwotę, a Portugalczyk przeniósł się do stolicy Hiszpanii. W przypadku Haalanda sytuacja jest znacznie mniej przejrzysta. Według Asa klauzula istnieje, ale ma więcej zastrzeżeń, jest powiązana z przyszłością Pepa Guardioli i zmniejsza się z każdym kolejnym rokiem kontraktu. Nie podano jednak kwoty, którą trzeba byłoby zapłacić, a sam Manchester City nie potwierdza narracji Riquelme.
Największa różnica dotyczy samego sposobu działania. Florentino Pérez po latach utrzymywał, że nie chciał, aby sprawa Figo przedwcześnie przedostała się do mediów. „Informacja wyszła na jaw wbrew mojej woli”, mówił po kilku dniach doniesień prasowych. Riquelme poszedł w przeciwnym kierunku: sam pokazał w telewizji koszulkę Realu Madryt z nazwiskiem piłkarza mającego ważny kontrakt z Manchesterem City. Angielski klub zapowiedział już, że przeanalizuje możliwość podjęcia kroków prawnych w związku z tą sytuacją. To nie jest drobna różnica w stylu, lecz zupełnie inny poziom ostrożności i wiarygodności całej operacji.
Inaczej wygląda również komunikacja ze strony zawodnika i jego otoczenia. W przypadku Haalanda transfer zdementowali jego ojciec i agentka. W przypadku Figo to sam piłkarz, przebywający wtedy na wakacjach na Sardynii, zapewniał w rozmowie z dziennikiem Sport, że nie przejdzie do Realu Madryt. Tyle że później okazało się, iż za kulisami istniał już mechanizm, który bardzo mocno popychał operację do przodu. Przy Haalandzie takiego potwierdzenia na razie nie ma.
Istotny jest też kontekst relacji zawodnika z obecnym klubem. W sprawie Figo między piłkarzem a władzami Barcelony narastała nieufność, zwłaszcza wobec Joana Gasparta. Sam Portugalczyk mówił później w programie Universo Valdano: „W tamtym czasie kandydatem, który wygrał w Barcelonie, był Gaspart, a ja, logicznie rzecz biorąc, nie ufałem Gaspartowi ani trochę. Mógł mi obiecać złote góry, ale był osobą, która nic mi nie mówiła. Dlatego podjąłem decyzję, że biorę odpowiedzialność za przyjście do Realu Madryt”. W przypadku Haalanda nie ma sygnałów o podobnym pęknięciu w relacjach z Manchesterem City.
Dlatego porównanie Riquelme do Florentino z 2000 roku działa przede wszystkim jako wyborczy zabieg narracyjny. Owszem, są wspólne elementy: wielkie nazwisko, obietnica wobec socios, klauzula i próba uderzenia w silnego rywala. Różnica polega jednak na tym, że w przypadku Figo za publiczną obietnicą stała konkretna struktura prawna i polityczna, która ostatecznie doprowadziła do transferu. Przy Haalandzie na razie widać przede wszystkim efektowną deklarację, koszulkę pokazową, dementi otoczenia piłkarza i rosnące wątpliwości co do realnych podstaw całej operacji.
Komentarze (11)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się