Enrique Riquelme postawił kampanię na dwóch wielkich nazwiskach. Najpierw zapowiedział, że jeśli zostanie prezesem Realu Madryt, Rodri będzie grał na Santiago Bernabéu. Później w programie El Hormiguero ogłosił Erlinga Haalanda jako swój drugi wielki transfer. Kandydat mówił o klauzuli, chęci gry Norwega dla Królewskich i zabezpieczeniu swoich obietnic aktem notarialnym.
W Madrycie takie deklaracje od razu budzą jedno skojarzenie: wybory z 2006 roku i Ramóna Calderóna. To ostatnie głosowanie na prezesa Realu Madryt, w którym rzeczywiście doszło do rywalizacji między kandydatami. Calderón wygrał je po kampanii opartej między innymi na nazwiskach Kakí, Cesca Fàbregasa i Arjena Robbena. Brzmiało efektownie, ale później okazało się, że dwie największe obietnice nie zostały spełnione.
Kilka dni przed tamtymi wyborami dziennik El Mundo informował, że Calderón potwierdził „klepnięte porozumienie” z przedstawicielem Cesca Fàbregasa. Pomocnik Arsenalu miał podpisać z Realem Madryt pięcioletni kontrakt, jeśli kandydat wygra głosowanie. Calderón ponawiał też zapewnienia dotyczące Arjena Robbena i Kakí. Obaj również mieli zostać piłkarzami Los Blancos po jego zwycięstwie. Kandydat poszedł nawet dalej i przekonywał, że gdyby przegrał, nie miałby problemu z wyjaśnieniem nowemu prezesowi, jak sprowadzić tych zawodników.
Te deklaracje wzmacniał Pedja Mijatović, który w projekcie Calderóna miał zostać dyrektorem sportowym. Czarnogórzec mówił, że sprawa Cesca jest „zamknięta” z jego przedstawicielem. Zaznaczał, że nie można jeszcze dojść do porozumienia z Arsenalem, ponieważ jego grupa nie reprezentowała wtedy Realu Madryt, ale dodawał: „Jeśli wygramy, na pewno przyjdzie”. Przy Robbenie Mijatović mówił o podpisanym porozumieniu, a przy Kace przyznawał, że operacja będzie trudna, bo trzeba jeszcze dogadać się z Milanem. Jednocześnie zapewniał, że rozmawiano z zaufanymi ludźmi Brazylijczyka i że piłkarz chce trafić do Realu Madryt.
Calderón nie dowierzał wtedy w wiele transferów ogłaszanych przez rywali, ale sam również prowadził kampanię na bardzo mocnych deklaracjach. Zapowiadał, że drużyna potrzebuje pięciu lub sześciu wzmocnień i liczył, że jeszcze przed wyborami uda mu się ogłosić kolejnego piłkarza. W tle cały czas wisiała też sprawa głosowania korespondencyjnego. Calderón mówił, że najlepiej byłoby unieważnić wszystkie głosy oddane tą drogą, aby uniknąć głosów wymuszonych czy inspirowanych przez kandydatów.
Ostatecznie 2 lipca 2006 roku liczono tylko głosy oddane osobiście. Wybory zakończyły się minimalną wygraną Calderóna. Zdobył 8344 głosy, Juan Palacios 8098, Juan Miguel Villar Mir 6712, Lorenzo Sanz 2377, a Arturo Baldasano 1581. Różnica między Calderónem a Palaciosem wyniosła więc zaledwie 246 głosów. W tak wyrównanej walce każda obietnica mogła mieć znaczenie.
Nie da się dziś dokładnie policzyć, ilu socios zagłosowało na Calderóna właśnie przez Kakę, Cesca i Robbena. Trudno jednak udawać, że były to nazwiska dopisane do kampanii gdzieś na marginesie. Obok powrotu Fabio Capello i roli Mijatovicia w pionie sportowym to one budowały najważniejszą część przekazu Calderóna. Po końcu pierwszej ery Florentino Péreza Real Madryt szukał nowego otwarcia, a kandydat obiecywał je przez trenera z mocną ręką i wielkie transfery.
Pozostali kandydaci też składali głośne deklaracje. Juan Palacios, wspierany sportowo przez José Antonio Camacho, mówił między innymi o Joaquínie, Pablo Ibáñezie i José Antonio Reyesie. Juan Miguel Villar Mir budował projekt wokół Arsène’a Wengera, a wśród jego nazwisk pojawiali się Cristiano Ronaldo, Fabio Cannavaro, Ricardo Carvalho, David Trezeguet i Zlatan Ibrahimović. Lorenzo Sanz zapowiadał transfery Fernando Gago, Gianluki Zambrotty, Emersona, Michaela Carricka i Francka Ribéry’ego, a Arturo Baldasano łączony był między innymi z Waynem Rooneyem, Joaquínem, Reyesem i Mahamadou Diarrą.
Rzeczywistość szybko zweryfikowała kampanię Calderóna. Kaká został w Milanie, Cesc został w Arsenalu, a Robben trafił na Santiago Bernabéu dopiero rok później. Już kilka tygodni po wyborach ton nowego prezesa zaczął się zmieniać. Milan nie chciał słyszeć o sprzedaży Kakí i ostro reagował na działania Realu Madryt. Sam Brazylijczyk publicznie mówił o swoim przywiązaniu do włoskiego klubu.
Jeszcze wyraźniejszy odwrót przyszedł w sierpniu. Po powrocie z amerykańskiego tournée Calderón tłumaczył, że przyszłość kadry zależy od Capello i Mijatovicia, a Cesc, Robben i Kaká „nie są teraz priorytetami”. Przyznawał, że chciałby sprowadzić całą trójkę, ale jednocześnie podkreślał, że nie będzie ingerował w decyzje trenera i dyrektora sportowego. Nazwiska, które kilka tygodni wcześniej były filarami kampanii, po wyborach przestały być przedstawiane jako bezwarunkowe zobowiązania.
Po latach Calderón tłumaczył tę historię inaczej. W rozmowie z Jot Down Sport przekonywał, że sprowadzenie całej trójki było możliwe, ale ostatecznie udało się doprowadzić tylko do transferu Robbena. W sprawie Cesca mówił, że piłkarz później przyznał mu, iż miał zbyt silną emocjonalną więź z Barceloną. Przy Kace wskazywał natomiast na Silvio Berlusconiego, który jego zdaniem obawiał się, że taki transfer dałby nowemu prezesowi Realu Madryt zbyt mocną pozycję już na początku kadencji.
Nie wszystko z tamtego projektu pozostało jednak wyłącznie kampanijną zapowiedzią. Capello rzeczywiście wrócił do Realu Madryt, Mijatović został dyrektorem sportowym, a Robben ostatecznie podpisał kontrakt z klubem w 2007 roku. Za kadencji Calderóna Królewscy zdobyli dwa mistrzostwa Hiszpanii i Superpuchar Hiszpanii. Do drużyny trafili też między innymi Ruud van Nistelrooy, Fabio Cannavaro, Mahamadou Diarra, Gonzalo Higuaín, Marcelo, Pepe, Wesley Sneijder i właśnie Robben.
Tamta prezesura zakończyła się jednak w sposób, który do dziś wraca w politycznych sporach wokół klubu. Calderón podał się do dymisji 16 stycznia 2009 roku po skandalu związanym z grudniowym zgromadzeniem. W zgromadzeniu miały uczestniczyć osoby nieuprawnione, które głosowały, podszywając się pod socios. Calderón zapewniał, że nie brał udziału w tej sprawie, ale presja okazała się zbyt duża. Tymczasowo zastąpił go Vicente Boluda, a kilka miesięcy później do klubu wrócił Florentino Pérez.
Florentino regularnie wraca dziś do tamtego okresu, gdy mówi o Riquelme. W jednym z ostatnich wywiadów stwierdził: „To synowie, szwagrowie i byli działacze tamtego zarządu Ramóna Calderóna, który doprowadził do największego wstydu w historii Realu Madryt”. Obecny prezes próbuje więc pokazać dzisiejszy spór nie tylko jako rywalizację dwóch kandydatów, ale też jako ostrzeżenie przed powrotem do czasów, które zakończyły się skandalem i dymisją prezesa.
W tym kontekście zapowiedzi Riquelme dotyczące Rodriego i Haalanda brzmią szczególnie znajomo. Kandydat ogłosił, że jeśli zostanie prezesem, sprowadzi obu piłkarzy. W sprawie Haalanda mówił o klauzuli i chęci gry Norwega dla Realu Madryt. Bardzo szybko przyszły jednak dementi. Najpierw ojciec piłkarza i jego agentka Rafaela Pimenta przekazali, że „to wszystko jest dobrą rozrywką”, ale nie jest prawdziwe. Później Manchester City stwierdził, że Haaland nie ma żadnej klauzuli umożliwiającej taki transfer i że klub rozważa kroki prawne w związku z wykorzystaniem wizerunku zawodnika.
Historia Calderóna pokazuje, jak ryzykowne potrafią być takie kampanie. Wielkie nazwisko może pomóc w wyborach, ale po głosowaniu bardzo szybko staje się ciężarem. W 2006 roku Cesc miał być „klepnięty”, Kaká miał chcieć przejść do Realu Madryt, a Robben miał podpisane porozumienie. Do klubu trafił tylko Holender, i to dopiero po roku. Dzisiaj Riquelme próbuje przekonać socios Rodrim i Haalandem, ale zanim jeszcze doszło do głosowania, jedna z tych obietnic została publicznie podważona przez otoczenie piłkarza i jego klub.
Komentarze (28)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się