La Liga i Superpuchar. Jak oceniasz obecny sezon?
Prawda jest taka, że był bardzo dobry. Zdobyliśmy dwa bardzo piękne trofea. Nad La Ligą pracowaliśmy przez cały rok, a Superpuchar miał wyjątkowy smak, bo wygraliśmy go z naszym największym rywalem. Zabrakło nam najważniejszego, czyli Ligi Mistrzów, ale jesteśmy na dobrej drodze. Mamy młody zespół, który cały czas rośnie i prędzej czy później to przyjdzie.
Co było kluczem do tak dużej przewagi w La Lidze?
Regularność. Byliśmy regularni przez cały sezon. Staliśmy się bardzo mocni u siebie, wygraliśmy 19 meczów na 19. Wygrywaliśmy też na boiskach, na których trudno to zrobić. Kluczem była jednak regularność.
Co oznacza dla ciebie, w wieku 27 lat, bycie kapitanem Barcelony i podniesienie trofeum za mistrzostwo Hiszpanii?
Dumę. Czuję się uprzywilejowany. Bycie kapitanem takiego zespołu jak Barcelona jest czymś niesamowitym. To oczywiście także wielka odpowiedzialność, ale czuję, że potrafię ją udźwignąć.
Czy ten chłopak, który zaczynał grać w piłkę w Urugwaju, marzył o czymś takim?
Marzyć zawsze się marzy. Jeśli od dziecka kochasz futbol, marzysz o tym, żeby zostać piłkarzem i zajść daleko. Nigdy jednak nie wyobrażałem sobie czegoś takiego: trafienia do klubu takiego jak Barça, gry w reprezentacji… Czuję się uprzywilejowany.
To nie była droga usłana różami, prawda?
Nie była. Przeżyłem bardzo trudne momenty. Wszystko jest owocem wielkiej pracy i wielu wyrzeczeń. Nie tylko moich, lecz także mojej rodziny i ludzi, którzy towarzyszyli mi przez te wszystkie lata. W mojej karierze zawsze były osoby, które okazywały się kluczowe i popychały mnie do przodu w potrzebnych momentach. Nie było łatwo, ale właśnie dlatego człowiek bardziej docenia to, co ma teraz.
W tych pierwszych chwilach w Rentistas albo Boston River przechodziłeś przez biedę?
Tak, oczywiście. Przeżyłem bardzo trudne momenty. Czasami brakowało jedzenia, czasami pojawiały się kontuzje. To jednak sprawia, że człowiek dorasta i docenia wszystko, co ma dzisiaj. Były trudne chwile. Moi rodzice zawsze robili wszystko, co możliwe, żebyśmy mieli się dobrze, ale mieliśmy swoje potrzeby. Oni próbowali dać nam wszystko. Bywało na przykład tak, że moja mama kładła się spać bez jedzenia, żebyśmy my mogli zjeść. Takie rzeczy uczą, żeby wszystko bardziej doceniać i wyciągać z nich wnioski. Wiele rzeczy, które robię, wyniosłem właśnie od nich, z tego wysiłku, jaki wkładali. Dlatego wszystko doceniam znacznie bardziej.
Co pomyślałeś, gdy powiedzieli ci, że chce cię Barça?
To było coś szalonego. Grałem wtedy w Bostonie i dobrze mi szło. Wiedziałem, że mam jakąś szansę na wyjazd do Europy. Przepłynięcie oceanu to marzenie każdego piłkarza, ale nigdy nie wyobrażałem sobie, że chodzi o Barcelonę. Zadzwonił do mnie mój agent – pamiętam, że był czwartek, a ja spałem po południu – i powiedział, że muszę lecieć do Europy. „Dokąd mam jechać?”, zapytałem. Odpowiedział, że nie może mi powiedzieć, bo sprawa nie jest jeszcze zamknięta i jeśli wymieni mi wielki klub, a potem będzie to mniejszy, to go zabiję. Poleciałem więc. Przyleciałem do Madrytu, nie wiedząc, dokąd ostatecznie trafię.
Trafiałeś jednak do Barçy B i odrzucałeś oferty innych zespołów, które grały w pierwszej lidze. Nie bałeś się takiego ryzyka?
Zadzwonił do mnie następnego dnia i powiedział, że chodzi o Barçę B, ale muszę podjąć decyzję, bo interesowały się mną też inne kluby z pierwszej ligi, choć nie te największe. Do tego płaciły pensję z pierwszej ligi, a nie taką jak Barça B. Nigdy się nie wahałem. Jeśli pojawiła się szansa na Barçę, trzeba było iść. To był najlepszy klub na świecie i trzeba było spróbować. Z drugiej strony, jeśli poszłoby mi źle, miałbym inne zespoły. Gdybym wybrał inny klub i tam nie wyszło, cofnąłbym się. Wierzyłem w siebie i w pracę. Dzięki Bogu wyszło dobrze.
Jak przechodzi się z gry na pozycji napastnika do roli środkowego obrońcy?
To było trochę dziwne i działo się stopniowo. Lubiłem grać z przodu i strzelać gole. W miarę jak dorastałem, ustawiano mnie jednak coraz bardziej z tyłu. Trafiłem do pierwszej drużyny jako profesjonalista i trener na jednym treningu zapytał mnie, czy mogę przez chwilę zagrać jako stoper. Zagrałem 20 minut i nikt mnie nie minął. Od tego momentu zostałem środkowym obrońcą. Zawsze pamiętam, co powiedział mi trener: „Jeśli chcesz grać z przodu, będziesz normalnym piłkarzem, ale jeśli chcesz być zawodnikiem z topu, musisz być stoperem”. Przekonał mnie. Później już się uczyłem.
Zostawałeś po godzinach, żeby nauczyć się gry na środku obrony?
I nadal to robię. Dużo pracuję. Bóg dał mi talent, ale muszę go szlifować, pracować nad nim i się uczyć. To był klucz do tego, że dotarłem tam, gdzie jestem: nigdy nie przestawać pracować.
W tym sezonie odpadliście w Pucharze Króla i Lidze Mistrzów z Atlético, które nie zdobyło w tym roku żadnego trofeum. Co takiego mają Los Rojiblancos, że znaleźli na was sposób?
Atlético to wielki zespół z zawodnikami z topu. To jedna z największych drużyn w Europie. To były bardzo wyrównane dwumecze, które rozstrzygnęły szczegóły, a oni potrafili je wykorzystać. W Pucharze Króla mieliśmy u siebie szansę na awans. W Lidze Mistrzów mieliśmy wiele okazji… Było bardzo równo, ale oni potrafili wykorzystać te detale i ostatecznie awansowali.
Obwiniasz sędziów za te dwie eliminacje?
Nie. Nie lubię mówić o sędziach. To trudny zawód. My musimy skupiać się na sobie, na tym, co mamy poprawić, a nie obwiniać arbitrów.
Wygranie La Ligi na Camp Nou i przeciwko Realowi Madryt to szczyt?
Powiedziałbym, że tak. To był historyczny mecz, bo nigdy wcześniej nie wydarzyło się to w taki sposób.
Powiedz teraz, z perspektywy czasu: wolałeś szpaler czy wygranie La Ligi tak, jak to zrobiliście, w tym meczu na Camp Nou? Jakie było ogólne odczucie w szatni?
Ja wolę wygrać na boisku, tak jak to zrobiliśmy. Takie było moje zdanie, bo szatnia była trochę podzielona: niektórzy chcieli zostać mistrzami jak najszybciej. Ja wolałem wygrać na naszym stadionie. I bardzo pięknie było osiągnąć to u siebie.
A tak przy okazji, naprawdę poszedłeś do kina w wieczór meczu Espanyol – Real Madryt?
Tak, tam oglądaliśmy mecz na wypadek, gdyby udało się zdobyć tytuł. Tak jak było z Arsenalem, gdy wszyscy oglądali mecz City. Gdybyśmy zostali mistrzami, fajnie byłoby, żebyśmy byli wtedy wszyscy razem.
Real Madryt przyjechał w środku burzy po spięciu między Valverde a Tchouaménim. Zaskoczyło cię to, tym bardziej że zamieszany był twój rodak Fede?
Takie rzeczy zawsze zaskakują, gdy się zdarzają. Tak naprawdę jednak nie wiem, co się stało. Czytam, co mówią ludzie, ale bardziej niż czytać wolę zapytać samą osobę, żeby wiedzieć, co wydarzyło się naprawdę. Nie mogę niczego wyjaśniać, bo nie rozmawiałem z nim o tej sprawie. A kiedy go zobaczę, nie wiem, czy rzeczywiście zapytam go o ten temat.
Po tym incydencie wiele osób mówiło, że takie rzeczy zdarzają się w szatniach stosunkowo często. Tak jest?
Przez cały rok żyjesz z innymi ludźmi. A w futbolu jest rywalizacja, treningi, spięcia, tarcia… Takie rzeczy się zdarzają. Ważne jest to, jak zarządza się takimi sytuacjami. To jest klucz. Ludzie ze środowiska piłkarskiego wiedzą jednak, że takie rzeczy w szatniach są dość normalne.
Bez nazwisk możesz opowiedzieć jakiś przypadek?
Zostawię to dla siebie.
Jak czujesz się na poziomie osobistym po sezonie, który indywidualnie nie był łatwy?
Czuję się bardzo dobrze i jestem bardzo szczęśliwy. Cieszę się grą w piłkę i treningami. Patrzę na rzeczy z innej perspektywy. To nie był łatwy sezon, musiałem przyjąć inną rolę, ale powiem ci, że to jeden z sezonów, w których najwięcej się nauczyłem i najbardziej urosłem. Mogłem popracować nad sobą, nauczyłem się patrzeć na wszystko inaczej i nabierać dystansu. Bardzo w siebie wierzę i czuję, że nadchodzą moje najlepsze lata.
Jak podjąłeś decyzję, żeby zatrzymać się po meczu z Chelsea?
To był splot wielu rzeczy. Wiedziałem, że coś się ze mną dzieje, bo nie czułem się dobrze. Nie byłem szczęśliwy. W domu nie byłem ani takim mężem, ani takim ojcem, jakiego potrzebowali moi bliscy. Byłem w takim stanie od dłuższego czasu, gromadziłem różne rzeczy, nie rozmawiałem o nich, wszystko trzymałem w sobie, aż nadszedł moment, w którym wybuchłem. To ta akcja przeciwko Chelsea sprawiła, że zacząłem się nad tym zastanawiać i zrozumiałem, że coś się ze mną dzieje. Wiedziałem, że potrzebuję pomocy i pracy, żeby wyjść z tego trudnego momentu.
Jak człowiek wybucha?
To są rzeczy, które się nakładają. Nie tylko na poziomie piłkarskim, bo są też sytuacje z dzieciństwa, które z czasem narastają. Ta akcja przeciwko Chelsea była kluczowa. Miałem już żółtą kartkę i nie mogłem zaatakować w taki sposób. Było oczywiste, że głowa nie była w dobrym miejscu. Pamiętam, że sam poszedłem do szatni i tam powiedziałem sobie: „Dość”. Zrozumiałem, że muszę porozmawiać o tym z żoną, z klubem i poprosić o pomoc. To była najlepsza albo jedna z najlepszych decyzji w moim życiu.
Piłkarze spędzają wiele godzin na treningach na boisku. Głowę trenuje się za mało?
Bez wątpienia. Trenuje się ją zdecydowanie za mało. Powinno się nad nią pracować więcej, bo głowa jest kluczem. Ja na przykład dużo trenuję, dbam o ciało, ale nie dbałem o najważniejsze, czyli o głowę, która wszystkim zarządza. Trzeba dużo więcej inwestować w ten temat, bo to będzie dobre dla klubu jako instytucji i dla zawodników, żeby czuli się dobrze i mogli dawać z siebie to, co najlepsze. Trzeba więcej rozmawiać.
Jak zareagowali twoi koledzy i Flick?
To było niesamowite. Bardzo mnie zaskoczyli, bo przyjęli to w bardzo naturalny i pełen szacunku sposób. Deco, z którym porozmawiałem jako pierwszym, Alejandro, Bojan, prezes i wszyscy bliscy ludzie zachowali się wobec mnie bardzo dobrze. Zawsze będę wdzięczny im, Barcelonie i moim kolegom, którzy byli kluczowi od momentu, gdy podjąłem tę decyzję. Dodawali mi otuchy, wysyłali wiadomości i we mnie wierzyli. To było bardzo piękne i dało mi wielką motywację, żeby iść do przodu.
Czy od tamtego czasu Ronald Araújo się zmienił?
Jestem inną osobą. Znowu cieszę się grą w piłkę, czyli tym, co lubię najbardziej. Cieszę się czasem z żoną, dziećmi i przyjaciółmi. Mam do wszystkiego znacznie większy dystans. Bardzo urosłem w tym czasie. Mocno wierzę, że w mojej karierze nadchodzą wielkie lata.
Istnieje jakakolwiek możliwość, że odejdziesz tego lata, czy zostajesz w Barcelonie?
Mam kontrakt do 2031 roku, dopiero co go przedłużyłem i jestem bardzo szczęśliwy w Barcelonie.
Trzecia kolejka mundialu, Urugwaj – Hiszpania. Jak chciałbyś podejść do tego meczu?
W najlepszy możliwy sposób. To będzie piękny mecz przeciwko wielkiej reprezentacji. Chcę być w dobrym momencie i mieć odpowiedni rytm. Jestem pewny siebie.
Jesteś w stanie ułożyć jedenastkę Hiszpanii na ten mecz?
Hiszpania ma wielkich zawodników, wielu z nich gra w klubie. Sam wystawiłbym Gaviego i dziesięciu innych. Decyzja należy do selekcjonera.
Spotkasz wielu kolegów, ale na boisku, jeśli Lamine ucieka i trzeba wejść ostro, to wchodzi się ostro, prawda?
Każdy broni swojej reprezentacji i chce dla niej jak najlepiej. Po meczu wszyscy jesteśmy przyjaciółmi, ale tam będziemy grać o mundial. Trzeba dać z siebie wszystko dla reprezentacji. Zobaczymy, jakie będą okoliczności, ale zawsze w granicach szacunku i profesjonalizmu.
Jakie szanse mają Urugwaj i Hiszpania?
To dwie wielkie reprezentacje. Hiszpania właśnie wygrała mistrzostwo Europy i ma duże szanse. To jeden z faworytów do wygrania mundialu. My też mamy jednak swoje atuty i wielkich zawodników. Jedziemy po wszystko i na pewno sprawimy niespodziankę.
Komentarze (12)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się