REKLAMA
REKLAMA

Dlaczego Bernabéu gwiżdże?

„Kibice gwiżdżą tam od zawsze, bo jeśli Real Madryt ma jakąś cechę, która naprawdę odróżnia go od innych, to właśnie tę: tam nikomu nie słodzi się do ucha, niezależnie od tego, czy nazywa się Raúl, Casillas, Sergio Ramos, Del Bosque czy Plácido Domingo”, zapowiada swój tekst Rafa Cabeleira, felietonista El País.

REKLAMA
REKLAMA
Dlaczego Bernabéu gwiżdże?
Vinícius Júnior. (fot. Getty Images)

Jest coś, co nie składa się w spójną całość w narracji Realu Madryt z ostatnich sezonów: skoro La Liga jest zepsuta, skoro z Europy wyrzucają cię sędziowie, a nie rywale, a Klubowy Mundial storpedował ci jakiś urzędnik, który nie chciał dostosować krajowego kalendarza do twoich uniwersalnych potrzeb, to dlaczego Bernabéu bierze na celownik własnych piłkarzy, a czasami, w pojedynczych momentach, nawet prezesa? To zagadka, którą dałoby się rozwiązać chyba tylko wtedy, gdyby przepytać kibiców Realu jednego po drugim, choć i do tego nie wystarczyłby już pewnie żaden sondaż.

Warto przypomnieć, zanim wyciągnie się błędne wnioski, że na tym stadionie wygwizdywano Zidane’a, a jednocześnie nagradzano brawami pracowitość Makélélé. Podważano też pozycję Fernando Redondo, bo spora część trybun była przekonana, że za kierowanie grą tamtego Realu powinien odpowiadać Luis Milla. Na Bernabéu od zawsze się gwiżdże i od zawsze się dyskutuje, bo jeśli klub z Madrytu czymś naprawdę różni się od innych, to właśnie tym: tam nikomu nie słodzi się do ucha, niezależnie od tego, czy nazywa się Raúl, Casillas, Sergio Ramos, Del Bosque czy Plácido Domingo. Niewykluczone, że któregoś dnia, korzystając z telebimu 360 stopni, Bernabéu zacznie wygwizdywać samo siebie, uznając, że nie dorosło do wymagań stawianych przez najbardziej utytułowany klub świata.

REKLAMA
REKLAMA

Wyciąganie sprawy Negreiry dobrze brzmi w rozmowach przy kawie albo na konferencjach prasowych: na chłodno każdy potrafi zbudować niezłą teorię spiskową, a nawet podeprzeć ją tabelkami i wykresami, bo we współczesnej Hiszpanii nie brakuje ani argumentów szytych pod tezę, ani ludzi sprawnych w obsłudze Excela. Tyle że na stadionie, gdy emocje sięgają zenitu, a przy każdej akcji odzywa się duma i ambicja, dużo mniej liczy się to, co ktoś opowiada w telewizji o gabinetach i układach, a dużo bardziej to, co kibic widzi własnymi oczami na boisku. Właśnie wtedy zasłony dymne, kiepskie wymówki i opowieści o lepszym jutrze przestają mieć znaczenie. Bo kibic wszędzie na świecie karmi się przede wszystkim dumą, a wszystko wskazuje na to, że dusza Bernabéu na tym etapie sezonu ledwo trzyma się już na stadionowych panini, które na dodatek wcale nie są tanie.

W ostatnich dniach głównym celem gniewu na Bernabéu stał się Vinícius, wobec którego lista zarzutów stale się wydłuża. Wielu nie chce mu wybaczyć transmitowanego przez kamery gestu wobec Xabiego Alonso, tego ostentacyjnego „odchodzę, odchodzę”. Innym po prostu nie odpowiada jego sposób bycia i przesada, która często mu towarzyszy. Jest też grupa tych, którzy nie widzą już w Brazylijczyku tamtego głodnego sukcesu lidera, który brał drużynę na barki wtedy, gdy robiło się naprawdę źle, a potem prowadził ją do triumfów. Być może właśnie w tym tkwi sedno: Bernabéu nie gwiżdże z kaprysu ani z przyzwyczajenia, tylko z instynktu przetrwania. Bo kiedy wszystko zaczyna się rozmywać, ktoś musi w końcu zapalić światło. I tym kimś, na dobre i na złe, wciąż pozostają trybuny.

Ostatnie aktualności

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (14)

REKLAMA