Doprowadził pan Barçę do ruiny?„”
Słyszałem to wiele razy, ale to nieprawda. To część bardzo interesownej narracji obecnego zarządu. Mogę to akceptować przez rok czy dwa, ale minęło już ponad 5,5 roku, a oni wciąż mówią to samo. Dlatego stanowczo mówię nie. Prawdą jest natomiast to, że Barça ucierpiała z powodu COVID-u, podobnie jak większość wielkich klubów w Europie i przez to w ciągu 18 miesięcy straciła przychody rzędu około 500 milionów euro. To potężny cios i nie mówię tego ja, lecz raporty La Ligi.
La Ligi?
Tak. La Liga wydała raport w październiku 2021 roku, w którym wskazywała, że COVID wpłynął na Barçę w kwocie ponad 500 milionów euro. W tym właśnie tkwi problem, ale Barça nie jest zrujnowana. To część interesownej narracji. Barça potrzebowała odpowiedniego zarządzania i nowych przychodów. Prawdą jest natomiast to, że Barça do dziś jeszcze nie przezwyciężyła tamtej sytuacji i jest to jeden z problemów, z jakimi klub obecnie się mierzy.
Jaki byłby obraz sytuacji bez pandemii?
Taki, że tamten rok obrachunkowy 2020 zakończyłby się ponownie rekordowymi przychodami w wysokości ponad 1,1 miliarda euro, najwyższymi w Europie, oraz zyskiem. A w następnym roku odbyłyby się wybory, zgodnie z planem i doszłoby do zmiany zarządu, ponieważ kończyła się moja druga kadencja i nie mogłem już ponownie kandydować.
Zasłania się pan pandemią, ale to dotknęło wszystkich, a Real Madryt wygrał przecież dwie Ligi Mistrzów…
Jedna rzecz to finanse, a druga to sfera sportowa. To prawda, że Real wygrał dwie Ligi Mistrzów w tych latach po pandemii. Barça zdobywała mistrzostwa Hiszpanii, Puchar Króla wygrany przez Koemana, Superpuchary wygrane przez Xaviego… Problemem Barçy była zmiana pokoleniowa. W Barcelonie przez 12 lat, od 2008 do 2020 roku, przeżywaliśmy okres spektakularnego pokolenia, które dało nam wiele tytułów.
[...]
Czy czuł się pan osądzany?
Przeżyłem w historii dwa bardzo trudne momenty. Jednym był „Procés” niepodległościowy w Katalonii. Przeżyłem ten okres w Barcelonie z jednym głównym celem: nie upolityczniać decyzji Barçy. Drugim był COVID. To rzeczywiście był powszechny problem dla całego światowego sportu, ale Barça ucierpiała z jego powodu jako jeden z najbardziej dotkniętych klubów. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że byliśmy klubem o najwyższych przychodach na świecie. Po drugie dlatego, że jako klub w niewielkim stopniu zależymy od praw telewizyjnych, być może stanowią one 25% naszych przychodów. Reszta to inne obszary działalności klubu, takie jak muzeum, szkółki piłkarskie, sklepy, sprzedaż biletów… I to wszystko załamało się gwałtownie z powodu COVID-u. Skutkiem dla Barçy w tamtych 18 miesiącach była utrata przychodów w wysokości niemal 500 milionów euro.
Pandemia…
W 2020 roku magazyn Forbes, specjalizujący się w tematyce gospodarczej, po raz pierwszy w historii przyznał Barçy tytuł najbardziej wartościowego klubu na świecie przed wielkimi klubami ze świata sportu. Pomimo tego rzekomego spadku czy tego złego prezesa… Istniało zarządzanie, które pozwoliło nam dojść do pozycji numer jeden.
W 2021 roku wygrywa Laporta i zapewnia, że zostawił pan straty w wysokości 555 milionów euro…
Rok obrachunkowy 2021 należy do Laporty, nie można go przypisywać poprzedniemu zarządowi. To część jego pierwszego roku kadencji. I to właśnie w tym roku obrachunkowym przedstawia on Walnemu Zgromadzeniu socios straty w wysokości 555 milionów euro.
Czy te straty zostały zawyżone?
Zostały zawyżone. Zostały zawyżone. I nie mówię tego ja, mówi to audyt. Audytor stwierdza w swoim raporcie, że istnieje szereg pozycji, które zarząd chce dodać. I zawyża się straty, które wynosiły 283 miliony euro. To były rzeczywiste straty. I to również wynika z rozliczeń podatkowych. Kiedy Barça przedstawiła swoje roczne sprawozdania do urzędu skarbowego, w podatku dochodowym od osób prawnych, dokonała korekt i obniżyła te 555 milionów, które zatwierdzono na Zgromadzeniu, do 283 milionów.
Pana zdaniem, z jakiego powodu to zrobiono?
O to trzeba by zapytać Laportę. Uważam, że ma to związek z poręczeniem. W 2021 roku przedstawiają poręczenie, aby móc zostać zarządem po wygraniu wyborów i sądzę, że pomyśleli o zawyżeniu strat w tamtym roku obrachunkowym po to, by potem, jeśli nic się nie wydarzy, odwrócić to w następnym roku, móc wykazać zyski i uwolnić się od poręczenia.
To decyzja, która doprowadziła do utraty finansowego fair play.
Tak, chociaż La Liga sporządza raport, w którym zapewnia, że te straty nie są takie, a ponadto zostały spowodowane przez COVID, to nacisk na to, że straty wynoszą 555 milionów, jest tak duży, że La Liga jest zmuszona zastosować te straty właśnie w takiej wysokości i one rozwalają finansowe fair play. Gdyby zastosowano rzeczywiste straty, te zgłoszone fiskusowi i wynikające z COVID-u, zostałyby zamortyzowane w ciągu pięciu lat, po 57 milionów rocznie…
[...]
Przejdźmy do sprawy Negreiry...
Myślę, że postępowanie śledcze zbliża się już do końca. Składałem zeznania kilka tygodni temu i wyjaśniłem, że podczas mojej kadencji płaciłem Javierowi Enríquezowi, synowi Negreiry, jako wynagrodzenie za raporty. Nie widzę w tym żadnego przestępstwa. Nie było kupowania sędziów ani meczów, to nieprawda.
Zakończył pan tę relację kontraktową w maju 2018 roku. Zbiegło się to z odejściem Negreiry z Komitetu Arbitrów i Federacji. Przestał już być potrzebny?
To nieprawda. Javierowi Enríquezowi na początku 2018 roku powiedziano, że będzie to jego ostatni rok współpracy. Była to inicjatywa Pepa Segury, dyrektora sportowego, oraz Óscara Graua, dyrektora generalnego, którzy zdecydowali się zrezygnować z jego usług, aby robić to wewnętrznie i zaoszczędzić trochę pieniędzy.
Czy nigdy nie pomyślał pan, że płacenie wiceprzewodniczącemu Komitetu Arbitrów było czymś niewłaściwym?
Nie, nie wiedzieliśmy, że za tym stoi ojciec. Javier Enríquez był sprawdzonym profesjonalistą, który pracował dla bardzo wielu klubów, dla wielu ludzi ze świata sportu, ale nie, nie wiedziałem, że ojciec, Enríquez Negreira, był wspólnikiem tej spółki. Tego nie wiedziałem.
A co by pan pomyślał, gdyby to Real Madryt zatrudnił Negreirę?
Wszystkie kluby piłkarskie, nie tylko w Hiszpanii, przygotowują raporty o pracy sędziów. W Barçy robiono to już od bardzo dawna. Kiedy przyszedłem z Rosellem, to Javier Enríquez sporządzał raporty i uznaliśmy to za właściwe, ponieważ było to coś, co klub robił regularnie i co zostało zarządzone przez pion sportowy. W przypadku Realu, na przykład, zatrudniony jest były sędzia, który jest mężem kobiety odpowiedzialnej za sędziowanie w piłce kobiet, a ponadto jest ona obserwatorem sędziowskim [chodzi o Yolandę Pargę - odpowiedzialną za sędziowanie kobiet w Komitecie Arbitrów - oraz Megíę Dávilę - byłego sędziego La Ligi, a dzisiaj delegata boiskowego Realu Madryt]. Cóż, uważam, że to jest w porządku, o ile działają w sposób profesjonalny i nie ma żadnej, powiedzmy, relacji wykraczającej poza małżeństwo.
Czy nie powie pan także, że to wszystko zostało wykorzystane do atakowania Barcelony?
Bardzo, bardzo, bardzo. Zostało to wykorzystane w ogromnym stopniu w sposób niesprawiedliwy, ponieważ ostatecznie są to raporty skautingowe, płyty DVD, wszystko zostało przedstawione. Nie ma niczego, co wskazywałoby, że służyło to kupowaniu sędziów, meczów… Absolutnie nie, nic, nic. Ani nigdy nie było to zamiarem w tym względzie, nigdy.
Podziela pan określenie „socjologiczny madridismo”, które utworzył Laporta?
Wszyscy mamy w głowie to, kto chce nam zaszkodzić, kto jest wrogiem, rywalem i to normalne, że każdy robi to, co uważa za konieczne. Ale to, co trzeba robić, to wygrywać z rywalem na boisku. A poza boiskiem powinno być fair play, choć prawdą jest, że to kosztuje bardzo wiele wysiłku. Ja wolę zawsze mówić o rywalizacji na boisku i o: „Pokonamy ich”.
Komentarze (6)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się