REKLAMA
REKLAMA

Z klatki marazmu

Siła przyzwyczajenia bywa niepozorna, ale gdy jej macki obejmą nas w pełni, nieraz trudno się z nich już wyswobodzić.

REKLAMA
REKLAMA
Z klatki marazmu
Vinícius. (fot. Getty Images)

Mallorca – Real Madryt: Przewidywane składy

Zdolność adaptacji ludzkiej psychiki do obiektywnie niekomfortowych sytuacji w wielu przypadkach może być z boku trudna do pojęcia na logikę. Choć nie jest to oczywiście reguła, człowiek czasem jest w stanie umeblować się wygodnie w obrębie okoliczności będących nie do przyjęcia nawet na krótkim dystansie dla kogoś pozbawionego zaburzeń.

REKLAMA
REKLAMA

Więźniowie potrafią z czasem postrzegać zakład karny jako swoje naturalne środowisko, poza którym nie umieją egzystować. Osoby funkcjonujące w silnie kontrolujących strukturach, jak sekty czy zamknięte społeczności, mogą z czasem uznać narzucone ograniczenia za naturalny porządek rzeczy. Dochodzi nawet do sytuacji, w których porwany zaczyna odczuwać emocjonalną więź z oprawcą, ponieważ ten poprzez samo zaspokajanie podstawowych potrzeb gwarantujących przeżycie wytwarza w nim poczucie bezpieczeństwa. Syndrom sztokholmski jest zresztą fenomenem od lat fascynującym speców od głowy.

Dla większości z nas powyższy schemat działania ludzkiego umysłu wydawać się może skrajnie absurdalny. Jeśli jednak głębiej się nad tym pochylić, możemy dojść do wniosku, że przecież i my sami przez długi czas stanowiliśmy trybik podobnego mechanizmu. Real Madryt na długie miesiące uwięził nas w klatce marazmu, frustracji i bezsilności. Mimo to jednak odpalaliśmy kolejne mecze, choć doskonale wiedzieliśmy, czego najpewniej możemy się spodziewać. Z jednej strony wiedzieliśmy, że można żyć lepiej, z drugiej spełnianie potrzeb z dołu piramidy skutecznie odwodziło nas od decyzji o porzuceniu Królewskich i próbie przekonania się, że można żyć inaczej, lepiej.

REKLAMA
REKLAMA

Álvaro Arbeloa po objęciu pogrążonego w kryzysie zespołu postanowił zastosować się z początku do naczelnej zasady etyki medycznej. Po pierwsze po prostu nie chciał szkodzić. I zasadniczo trzeba przyznać, że mu to wyszło. Zespół nie przeszedł z dnia na dzień cudownej metamorfozy, zaliczał bolesne wpadki, przy czym jednocześnie spełniał minimum niezbędne do pozostania przy życiu. Spartanin doskonale zdawał sobie jednak sprawę, że działanie w ten sposób na dłuższą metę nie będzie możliwe. Terminarz coraz bardziej przesuwał się bowiem w stronę momentu faktycznej weryfikacji jego i jego podopiecznych. Weryfikacji, która na swoim pierwszym etapie wypadła… bardzo dobrze.

Jakkolwiek niewiarygodnie zabrzmiałoby to jeszcze choćby miesiąc temu, miniona przerwa na reprezentacje była w stanie obudzić w nas tęsknotę za Los Blancos. Niepodszytą żadnymi toksynami, mentalnymi zwichrowaniami i zaburzonym postrzeganiem rzeczywistości, lecz autentyczną i zdrową. W nieco ponad miesiąc Arbeloa rozbroił dwukrotnie Mourinho i Guardiolę, a na koniec dorzucił jeszcze Diego Simeone. O ile w przypadku Portugalczyka należy wziąć pod uwagę, że prowadzi on obecnie zespół o znacznie mniejszym potencjale niż Real Madryt, o tyle dwukrotne rozprawienie się z City i wygraną w derbach zdecydowanie można uznać za zaliczenie prawdziwej próby ognia.

REKLAMA
REKLAMA

Każdy z trzech aktów tej próby miał też zupełnie inne oblicze. W pierwszym z nich ujrzeliśmy drużynę, która w meczu z rywalem z absolutnego topu nagle rozegrała mecz, jakiego nie widzieliśmy od wielu miesięcy, a Fede Valverde zaliczył występ będący trudnym do powtórzenia już do końca kariery. W rewanżu na Etihad swoje na pewno zrobiła czerwona kartka, ale z drugiej strony zwyczajnie nie da się pominąć faktu, że była ona w pełni zasłużona i wynikała bezpośrednio z wypracowanej sytuacji bramkowej. Na koniec zaś przyszedł dowód dawno niewidzianej niezłomności w derbach. Real był w stanie się w nich podnieść pomimo niekorzystnego wyniku do przerwy, braku obecnych od pierwszej minuty filarów zespołu w postaci Courtois i Mbappé i gry w osłabieniu przez łącznie ponad kwadrans.

Tak, to zdecydowanie był Real Madryt zasługujący na naszą szczerą tęsknotę przez przerwę reprezentacyjną. Po długich dwóch tygodniach i ze zdecydowanie lepszym nastawieniem dziś znów jednak ponownie ujrzymy drużynę w akcji. Zdajemy sobie sprawę, że – co zrozumiałe – myślami jest nam dużo bliżej tego, co czeka nas we wtorek na Santiago Bernabéu niż do dzisiejszego starcia ze znajdującą się w strefie spadkowej Mallorcą.

REKLAMA
REKLAMA

Tak czy inaczej, popołudniowa konfrontacja na Balearach także ma swoje konkretne znaczenie, nawet jeśli w tego rodzaju sytuacjach opiera się ono na tym samym schemacie, co zawsze. Po pierwsze, nie możemy zniwelować efektów ostatniej fali wznoszącej i po rozbudzeniu na nowo nadziei madridismo robić sobie w lidze jeszcze większych pleców. Po drugie zaś należy unikać psucia sobie smaku przystawką przed podaniem dania głównego.

San Moix to – tak, tak, zgadliście – trudny i wyjątkowo nieprzychylny nam teren. Liczymy jednak na to, że po prostu zrobimy tam swoje, by potem już tylko móc ograniczyć się do wyczekiwania z niecierpliwości i ekscytacją przyjazdu Bayernu. Jeśli dziś faktycznie znów zobaczymy ten sam Real, za którym zdążyliśmy się przez minione dwa tygodnie stęsknić, ponownie będziemy mieli okazję poczuć to coś trudnego do opisania w oczekiwaniu na kolejny magiczny wieczór na Bernabéu.

* * *

Spotkanie z Mallorcą rozpocznie się o 16:15 i będzie można obejrzeć je na kanale Eleven Sports 1 w serwisie CANAL+ Online.

Ostatnie aktualności

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (5)

REKLAMA