Dlaczego chce pan teraz zabrać głos?
Na początku nowy zarząd zaczął mówić o fatalnym spadku, o sytuacji finansowej… tak było za każdych rządów w Barcelonie. Zaskoczyło mnie jednak to, że znów zaczęto mówić o mnie w tych wyborach, pięć lat później. [Laporta] uzasadniał wiele decyzji, które sam podjął, właśnie tym spadkiem. To wymówka i wydało mi się to przesadzone. Miałem ochotę się wytłumaczyć.
Czym się pan dziś zajmuje?
Tym samym, czym zajmowałem się, gdy byłem prezesem Barcelony. Swoją firmą Adelte, zajmującą się inżynierią portów i lotnisk. Wcześniej byłem jej dyrektorem zarządzającym, a dziś jestem prezesem. Bycie działaczem Barcelony to przywilej, ale nie wiąże się z żadnymi dochodami. Musiałem więc pracować.
Wrócił pan na Camp Nou od czasu dymisji?
Przed rozpoczęciem prac, tak. Odkąd znów je otwarto, nie. Byłem za to w Palau.
Co mówią panu ludzie?
Niektórzy patrzą na mnie krzywo, inni mnie wspierają, ktoś poprosi o zdjęcie… Także na ulicy zdarzają się osoby, które mnie rozpoznają i czasem zatrzymujemy się, żeby porozmawiać, a nawet się nie zgodzić.
Często określa się pana jako najgorszego prezesa w historii Barcelony.
Bardzo mnie to bawi, gdy ktoś tak mówi. Zapytałbym: według jakiego kryterium? Bo jeśli chodzi o wyniki sportowe, to w trakcie mojej sześcioletniej kadencji zdobyliśmy trzynaście trofeów. Jeśli o kwestie ekonomiczne, to w sześć lat zarobiliśmy dla Barcelony ponad sto milionów. A gdyby nie pandemia, wybory odbyłyby się w czerwcu 2021 roku i zapewne zacząłbym już przebudowę stadionu.
W trakcie pana kadencji tworzono fałszywe konta, finansowane z pieniędzy klubowych, by próbować zdyskredytować przeciwników, dziennikarzy, a nawet piłkarzy pierwszej drużyny.
To nie do końca prawda. W 2017 roku, po odejściu Neymara i po 1 października, w mediach społecznościowych było bardzo dużo szumu i rozmów, nad którymi Barcelona nie miała kontroli. Czuliśmy presję sponsorów i zleciliśmy monitoring, żeby wiedzieć, co się mówi i móc budować własne strategie. Intencją było jednak zawsze działanie poprzez pozytywne komunikaty. Nieprawdą jest, że Barcelona zdecydowała się tworzyć fałszywe profile.
Ale jednak je utworzono.
To jest przedmiotem postępowania sądowego, na etapie śledztwa. Już wyjaśniałem i zeznałem, że nie wiedziałem o istnieniu tych profili.
Żałuje pan, że zlecił tę usługę?
Nie, bo bardzo ważne było wiedzieć, co dzieje się w mediach społecznościowych. Zresztą obecnie Barcelona nadal prowadzi taki monitoring.
Kolejna kontrowersyjna sprawa. Wstrzymał pan płatności dla Negreiry, kiedy przestał być wiceprezesem Komitetu Technicznego Arbitrów.
To nieprawda, już wyjaśniałem to przed sądem. Poinformowaliśmy go w marcu, że zdecydowaliśmy się zrezygnować z jego usług, ponieważ restrukturyzowaliśmy budżet i chcieliśmy przygotowywać raporty wewnętrznie. Poza tym miał wejść VAR i uznaliśmy, że te usługi nie będą już potrzebne. Negreira odszedł z Komitetu Technicznego Arbitrów później. Ta decyzja przyniosła istotne oszczędności, bo płacona kwota była wysoka.
Nigdy nie mieliście wątpliwości co do konfliktu interesów, skoro firma należała do Enríqueza Negreiry?
Dowiedziałem się o tym później, kiedy ojciec wysłał burofaks. Zapytałem, o co chodzi i wtedy powiedziano mi, że w firmie Dasnil jednym ze wspólników jest pan Negreira. Nie wiedzieliśmy tego, sądziliśmy, że firma należy do syna. Rozumiem, że to wszystko jest dość trudne do wyjaśnienia.
Barçagate, Negreira, forensic… ma pan pięć otwartych spraw dotyczących okresu, gdy był pan prezesem.
Najciekawsze wydaje mi się to, że w żadnej z tych spraw nie jestem badany pod kątem wzbogacenia się, tylko złego zarządzania. To rzecz niespotykana, bo zazwyczaj, gdy bada się kogoś za nadużycia w zarządzaniu, chodzi o przywłaszczenie pieniędzy. A to oczywiście nie było moim przypadkiem.
Jaki był najpoważniejszy błąd, jaki popełnił pan jako prezes?
Być może zwolnienie Zubizarrety. Było mi z tym źle. A także to, że nie zacząłem wymiany pokoleniowej w 2019 roku, po Liverpoolu.
Barcelona z 2026 roku jest w lepszym czy gorszym stanie niż ta z 2020?
To zależy. Sportowo zrobiliśmy krok naprzód. Bardzo mnie cieszy, że doszło do zmiany pokoleniowej i że Flick ją utrwalił. Chwalę obecny zarząd za pierwszą drużynę piłkarską. W innych sprawach klubowych mam jednak zastrzeżenia.
W jakich?
W finansach, relacji z socios, sportach zawodowych w Palau, sportach amatorskich… Jest wiele braków. To rzeczy, które regularnie pojawiają się w mediach.
Częścią krytyki ze storny Laporty dotyczy przedłużenia kontraktów z Ter Stegenem, Lengletem, De Jongiem i Piqué tuż przed pana dymisją. Według Laporty mocno obciążyło to finanse klubu.
Cofnijmy się. W marcu 2020 roku zaczyna się lockdown i w tamtym momencie musimy zamknąć klub. Klub przestaje zarabiać, a z piłkarzami uzgadniamy obniżkę o 14%, co daje dziewięćdziesiąt milionów oszczędności. Rozmawiamy z Procicatem i słyszymy, że prawdopodobnie będziemy mogli ponownie otworzyć stadion wraz z nowym sezonem, ale w sierpniu mówią nam, że jednak nie. Wtedy rozmawiamy z piłkarzami, informując ich, że pensje zostaną obniżone o 20%. I dochodzi do zderzenia, bo oni się nie zgadzają. Musimy więc otworzyć stół negocjacyjny. Równolegle mówimy piłkarzom, że ci, którzy chcą, mogą odroczyć płatności na później, kiedy klub odzyska przychody. I tylko czterech mówi: „Chcemy to zrobić, chcemy pomóc”. Przygotowano dla nich nowe kontrakty, w których przez pierwsze dwa lata zarabiali mniej, a więcej mieli zarabiać w ostatnich latach.
Niezależnie od covidu, od lat było już widać tendencję wzrostową w płacach. Uważa pan, że za daleko poszliście z tymi przedłużeniami?
To prawda, że masa płac rośnie z 365 do 521 milionów w sezonie 2017/18 po nowych umowach Messiego, Alby, Piqué i Busquetsa. Wzrosły jednak także przychody. Oczywiście funkcjonowaliśmy na granicy limitu Finansowego Fair Play La Ligi, ale mogliśmy sobie na to pozwolić, bo klub miał bardzo wysokie przychody.
Z zewnątrz sprawiało to wrażenie, że straciliście kontrolę nad szatnią.
To nieprawda. Bardzo mnie to bawi, bo słyszałem też, że Messi rządził, że szatnia decydowała… to wszystko nie jest prawdą. Oczywiście Messi miał prawo mówić, co chciał i zapewne to on rządził w szatni, ale nie w klubie.
Przedłużenie kontraktu Messiego w 2017 roku było astronomiczne. Czy żałuje pan, że zrobił to akurat wtedy, w nerwowym momencie po odejściu Neymara?
To nie był nerwowy moment. Prawdą jest, że był pewien strach, że ktoś będzie chciał nam zabrać Messiego, który miał wtedy klauzulę w wysokości 400 milionów, podniesioną potem do 700. A przedłużenie kontraktu oznaczało wypłacanie mu większych pieniędzy po to, by chronić nasz najważniejszy klubowy atut.
Jak przeżył pan burofaks od Messiego?
Kiedy powiedział, że chce odejść, wyjaśniłem jasno jemu, jego rodzinie i agentom, że to niemożliwe. Barcelona go potrzebowała nie tylko ze względów sportowych, ale też ekonomicznych. Chciał karty wolnego zawodnika. Ostatecznie to zrozumiał i został, czekając na zmianę po wyborach w 2021 roku.
Ale wtedy klub miał już problemy z Finansowym Fair Play i jego odejście uwolniłoby sporą część masy płac.
Zawsze mówiłem, że Messi zarabiał mało w stosunku do tego, co dawał – sportowo, ekonomicznie i komercyjnie. I nie był jeszcze u kresu kariery, bo dwa lata później wygrał mundial. Wiem, że Messi bardzo chciałby uczestniczyć w przebudowie kadry razem z tymi młodymi piłkarzami, którzy dziś tam są i którzy również są częścią tej słynnej spuścizny. Tyle że został pożegnany i nie mogło do tego dojść.
Został pożegnany czy nie udało się go zatrzymać przez tę spuściznę?
To nie jest wina spuścizny. To wina Finansowego Fair Play, bo nowy zarząd zawyżył straty do 555 milionów. Kiedy La Liga to dostała, zdecydowała o przeprowadzeniu drugiego audytu i uznała, że straty nie są tak wysokie, bo uwzględniono rezerwy o wartości 283 milionów. Barcelona postanowiła jednak podtrzymać swoją propozycję, La Liga to zastosowała i klub stracił limit Finansowego Fair Play, którego do dziś nie odzyskał. Gdyby zrobiono to, co należało zrobić, Leo Messi mógłby bez problemu przedłużyć kontrakt, a klub mógłby też sprowadzić piłkarzy.
Co pan sądzi o nowym Camp Nou?
Cieszę się, że już wróciliśmy, choć wciąż zostało jeszcze dużo prac do wykonania. Jeśli chodzi o zmiany w projekcie – zachowanie pierwszego poziomu trybun i budowę nowego trzeciego, z lożami VIP umieszczonymi wyżej – myślę, że lepiej będzie to oceniać, gdy wszystko zostanie już całkowicie ukończone.
Laporta uzasadniał te zmiany dwunastoma tysiącami karnetowiczów, którzy mieli zostać przeniesieni z pierwszego na trzeci poziom trybun, oraz tym, że trzeci poziom miał problemy konstrukcyjne.
Kwestia karnetów była już uwzględniona. Gdybyśmy budowali od nowa pierwszy poziom, to po to, by poprawić nachylenie trybun. W ostatnich latach kadencji wszystkie osoby z listy oczekujących kierowaliśmy na trzeci poziom, bo zachowywaliśmy miejsca na pierwszym i drugim poziomie dla socios, których trzeba było przenieść. Nikt nie trafiłby na trzeci poziom, który, nawiasem mówiąc, nie miał żadnych problemów konstrukcyjnych. Jedyne, co wiem, to to, że nowy zarząd zmienił projekt i koszt wzrósł z 830 milionów do 1,5 miliarda… a jeszcze zobaczymy, czy nie będzie wyższy.
Dlaczego zapłacono półtora miliona Laietà z tytułu kurzu i hałasu, a nie wyjaśniono tego, dopóki nie ujawniło tego Cadena SER?
Przy każdej zmianie planu metropolitalnego zawiera się szereg ustępstw i porozumień i z Laietà osiągnięto takie porozumienie. Zresztą początkowo chcieliśmy kupić teren klubu, ale oni odmówili. Później zaproponowali kwotę, której nie zaakceptowaliśmy. Ostatecznie doszliśmy do tego porozumienia. Problem polegał na tym, że w tamtym momencie nie mogliśmy tego ujawnić, bo prowadziliśmy wspólne negocjacje z sąsiadami, sklepami…
Jeśli klub należy do socios, to dlaczego jest w nim tyle klauzul poufności? Pozew w sprawie transferu Neymara wziął się właśnie stąd, że nie chciano przekazać informacji jednemu z socios.
Socio nie może po prostu powiedzieć: „Proszę mi dać umowę dotyczącą transferu Neymara”. Wtedy wszystkie informacje, które mielibyśmy w Barcelonie, byłyby publiczne. Poufność jest podstawowa, żeby nie dawać przewagi rywalom. Jestem przekonany, że wielkie kluby, takie jak Arsenal, Manchester United, Juventus czy PSG, także nie mogą udostępniać takich informacji swoim socios czy akcjonariuszom.
W sprawie Neymara podpisaliście ugodę, w której klub przyznawał się do winy.
To była dobra decyzja dla klubu i bardzo zła dla Sandro [Rosella] i dla mnie, bo w tle była jeszcze sprawa Neymar 2 i to nam szkodziło. Ugoda na 5,5 miliona została podpisana, ponieważ prawnicy zapewniali nas, że klub zostałby skazany na 22,5 miliona, bo urząd skarbowy uznawał, że 40 milionów wypłacone rodzicom za prawa ekonomiczne zawodnika stanowiło wynagrodzenie, a nie kwotę transferu.
Patrząc z perspektywy, czuł się pan osamotniony politycznie jako prezes Barcelony?
Tak. W zarządzie było nas 20 i byli tam ludzie prawicy, lewicy, jedni niepodległościowcy, inni nie… Bardzo zależało mi na tym, żeby decyzje, które podejmowaliśmy, nie były pod wpływem polityki. To sprawiało, że wiele razy mówiliśmy „nie” rzeczom, których od nas oczekiwano. A kiedy mówi pan „nie”, zyskuje pan grupę ludzi, którym nie podoba się to, co pan robi. Politycznie nigdy nie mieliśmy niczyjej osłony ani ochrony. Ani medialnej ochrony ze strony niektórych mediów, które były bardziej upolitycznione. Wręcz przeciwnie. Kiedy sprawy zaczęły iść źle, wszystko obróciło się przeciwko nam.
Komentarze (11)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się