Laporta: Przez 72 lata Komitetowi Technicznemu Arbitrów przewodzili byli socios, działacze albo piłkarze Realu
Joan Laporta pojawił się w nocy w studiu Cadena COPE, gdzie wziął udział w programie Partidazo i udzielił wywiadu Juanmie Castaño. Przedstawiamy pełne tłumaczenie tej rozmowy z kandydatem na prezesa Barcelony.
Joan Laporta. (fot. Getty Images)
Ktoś powiedział mi dziś wieczorem, że to ostatni wywiad, jaki przeprowadzam z panem jako kandydatem, bo rozmawia pan ze mną tylko wtedy, gdy startuje w wyborach, a skoro już nie będzie pan ponownie kandydował, to więcej wywiadów z panem nie będzie. Panie Laporta, jak się pan ma? Dobry wieczór.
Dobry wieczór. Wie pan przecież, że tak nie będzie. Korzystajmy z tego „ostatniego” wywiadu.
Będzie ich jeszcze więcej, mam nadzieję. Przez ostatnich pięć lat nie było jednak ani jednego.
Tak się po prostu ułożyło. Byliśmy tak zajęci ratowaniem Barçy i poświęcaliśmy temu tyle energii… Natomiast kwestie wywiadów akurat kontroluję ja. Tego mi nikt nie narzuca. Dziękuję jednak bardzo za to, że możemy spotkać się przy okazji otwarcia nowego studia COPE Barcelona.
My skończyliśmy budowę na czas i zgodnie z planem. Gratulacje.
Dziękuję, gratuluję i życzę powodzenia, bo studio wygląda świetnie. Oby w Barçy spotkało nas tyle szczęścia, co państwa i oby wreszcie wydano nam brakujące pozwolenia.
Jak się pan czuje? Włączam rano debatę – jest pan. Po południu kolejny wywiad – znowu jest pan. Teraz jeszcze spotkania i ten program. Ile godzin śpi Joan Laporta?
Sześć.
Sześć? Dobrze przespanych czy źle?
Pięć albo sześć, ale dobrze przespanych.
W tym tygodniu musi pan mocno przyspieszyć. Czuje pan, że walka może być bardziej wyrównana, niż wcześniej się wydawało?
W zeszłym tygodniu mieliśmy mnóstwo wydarzeń i w tym utrzymujemy to samo tempo. Nie odczuwam jakiegoś szczególnego wzrostu intensywności naszej kampanii. Na razie radzę sobie dobrze.
Widziałem pana wcześniej, jak robił pan makaron, kroił szynkę w Mercabarnie i bawił się na mechanicznym byku, a teraz widzę już prawdziwą walkę. Jakby kampania weszła właśnie w fazę meczu po rozgrzewce.
To prawda. Był moment, w którym chciałem w prosty i naturalny sposób tłumaczyć zwykłym kibicom Barçy, o co chodzi. Wie pan przecież, że w Mercabarnie są culés, którzy wstają bardzo wcześnie do pracy i jeżdżą wózkami, inni w Mollerussie pracują na traktorach, bo to ich narzędzie pracy. Jest też bar Bar Bocata, gdzie jest mnóstwo kibiców Barçy i gdzie robią świetny makaron. W takim codziennym otoczeniu rozmawialiśmy o Barçy, tłumaczyłem, co już zostało zrobione i prawda jest taka, że spotkało się to z bardzo dobrym odbiorem. Dobrze się czuję blisko culés i w takich miejscach.
Pański rywal, Víctor Font, raczej nie odnajduje się w takich klimatach.
To nie jest jego środowisko. On siedzi za komputerem, zbiera dane z tego, co robimy my i potem przedstawia je jako własne. To po prostu dwa zupełnie różne style działania i bycia.
Miał pan dziś debatę. Kto ją wygrał?
O tym zdecydują socios 15 marca. Ja czułem się dobrze, a z tego, co słyszę, idzie nam bardzo dobrze.
Jak często robicie sondaże? Jak często aktualizowane są dane?
Tym zajmuje się dyrektorka kampanii.
Czyli pana siostra. Spytał ją pan dziś, czy sprawa Xaviego wam zaszkodziła czy pomogła?
Wygląda na to, że w całej tej historii z Xavim było widać tak wyraźną chęć zaszkodzenia nam, iż mam wrażenie, że panu Fontowi ten manewr się nie udał. To, co boli mnie najbardziej, to fakt, że wykorzystał legendę barcelonismo po to, by szkodzić i dzielić środowisko Barçy. Myślę, że ten plan im nie wyszedł. Zwłaszcza że dla prezesa rozstanie się z legendą, taką jak Xavi, nawet jeśli mówimy o trenerze, jest decyzją bolesną. Tyle że to nie działało. Szczerze mówiąc, dobrze się stało, że przestaliśmy z nim współpracować, bo fakty są bardzo wymowne. Praktycznie z tą samą drużyną za Xaviego przegrywaliśmy, a z Flickiem wygrywamy. W tamtym momencie widziałem, że dynamika pracy Xaviego była przegrana, a Flick wniósł dynamikę zwycięską. Dla prezesa takie decyzje zawsze są najtrudniejsze, lecz Barça musi być ponad legendami, ponad trenerami, piłkarzami, prezesami i działaczami.
Xavi kłamie w sprawie Messiego?
Szczerze mówiąc, nie rozumiem, dlaczego Xavi to powiedział, bo sprawa Messiego była całkowicie przejrzysta. Leo miał wrócić, przynajmniej tak się wydawało po jego etapie w Paris Saint-Germain. Jorge Messi przyszedł do mojego domu. Wcześniej wysłałem mu projekt kontraktu, zgodnie z ustaleniami. Przyszedł i powiedział mi: „Ostatecznie uznaliśmy, że będzie nam lepiej w Miami niż w Arabii, która złożyła nam ogromną ofertę, albo w Barcelonie, gdzie presja byłaby bardzo duża”. Zrozumiałem to doskonale i na tym sprawa się zakończyła. Nie było nic więcej. Dorzucanie teraz tego wątku służy wyłącznie zaognieniu lub zniekształceniu wyborów, a poza tym niczego do debaty nie wnosi.
Xavi mówi, że nie sprowadził pan Messiego, bo bał się pan wojny między sobą a Messim w klubie.
To kłamstwo. To nieprawda. Jestem przekonany, że Xavi jest tu po prostu wykorzystywany przez Víctora Fonta i właśnie to jest smutne. Problem polega też na tym, że nic z tego nie wnosi do debaty wyborczej, bo to nie jest żadna propozycja programowa. Gdyby jeszcze Xavi powiedział: „Potraktowano mnie źle”, choć i to nie byłoby prawdą, bo wobec Xaviego zawsze byłem szczery i zawsze brałem za niego odpowiedzialność… To człowiek, do którego mam sympatię, bo znamy się od wielu lat. Taki sposób działania rozczarowuje. Zresztą sam Xavi w tym wywiadzie wyjaśnia, dlaczego rozstaliśmy się z nim. Mówi, że się rozluźnili – my też to zauważyliśmy. Mówi, że trudno było mu pogodzić życie zawodowe z rodzinnym – my też to widzieliśmy. Do tego po tym, jak powiedział mi, że w stu procentach wierzy w drużynę, że zrobi z niej mistrza i dlatego chce zostać, a ja zgodziłem się zmienić wcześniejsze ustalenia, tydzień później publicznie mówił już, że Barça nie będzie mogła rywalizować z Realem ani w Europie przynajmniej przez dwa lata. Spytałem go: „Co się dzieje? Powiedzieli, że przekręcono twoje słowa”. A on odpowiedział: „Wydaje mi się, że jednak je powiedziałem, bo tak czuję”. Potem Deco mówi mi: „On prosi o istotne zmiany w kadrze”, a tak się nie umawialiśmy. Ostatecznie podjąłem decyzję, zadzwoniłem do niego, pojechałem do ośrodka treningowego i powiedziałem mu, że to koniec.
Ale z Flickiem rozmawiał pan już wcześniej?
Z Flickiem rozmawiałem od samego początku. Już w 2021 roku mieliśmy go w głowie. Problem polegał na tym, że był związany z reprezentacją Niemiec i nie mógł zerwać umowy, mimo że Barça bardzo mu się podobała. Od chwili, gdy Xavi w lutym, chyba po meczu z Villarrealem, zapowiedział, że odejdzie po sezonie, zaczęliśmy działać. Wtedy Flick zaczął analizować Barçę. To trener niemieckiej szkoły, ale bardzo cruyffista, z mocno przyswojonym stylem Barçy, oczywiście z pewnymi wariantami. Pod koniec sezonu Xavi poprosił mnie, by jednak został. Z uwagi na to, kim jest, odpowiedziałem: „Dobrze, ale mam jedno pytanie: czy wierzysz w ten zespół?”. Powiedział: „W stu procentach, zrobię z niego mistrza”. Potem wydarzyło się to, o czym już mówiłem – to, co powiedział, nie miało związku z tym, co robił później. I wtedy uznałem, że nie może dalej prowadzić drużyny.
Doprecyzujmy temat Messiego. Javier Tebas powiedział dziś, że liga w żadnym momencie nie dała zielonego światła na ten transfer. W 2023 roku pan mówił jednak, że miał pan zgodę ligi na sprowadzenie Messiego.
Nie, nie do końca. Powiedziałem wtedy, że skoro Messi chce wrócić, a Xavi uważa to za dobry pomysł, przygotujemy kontrakt. Uznawaliśmy, że przy określonych warunkach mógłby się zmieścić w limitach ligi, choć z Finansowym Fair Play byliśmy bardzo blisko granicy. Kontrakt został wysłany Jorge Messiemu do analizy. Być może była potem jakaś drobna korekta, może dotycząca klauzuli, teraz już dokładnie nie pamiętam, bo mówimy o 2023 roku. Czekaliśmy na odpowiedź Jorge i pod koniec maja powiedział mi: „Podjęliśmy taką decyzję, spotkajmy się. Przyjadę do ciebie do domu i opowiem ci to osobiście”. Przyjechał i wszystko zakończyło się tak, jak już mówiłem.
Boicie się, że w najbliższych dniach Messi albo Jorge Messi zabiorą głos?
Nie, absolutnie nie mam z tym żadnego problemu.
Gdyby Jorge Messi jutro zabrał głos w mediach, przedstawiłby tę samą wersję?
Jestem przekonany, że tak, bo właśnie tak było. Nie sądzę, by Jorge zmienił wersję, bo zawsze dobrze się rozumieliśmy. Poza tym w tych wyborach nie chcemy odwracać uwagi od tego, co dla culés jest naprawdę ważne. Wybierany jest prezes i zarząd na najbliższe pięć lat. W tym kontekście wątek Xaviego nie wnosi absolutnie nic.
Czyli uważa pan, że Xavi nie odebrał panu dziś ani jednego głosu?
Zobaczymy to w niedzielę.
Mówi pan, że zastał klub w ruinie. Ile Barça była winna, gdy pan przyszedł, a ile jest winna teraz?
W ciągu tych pięciu lat zredukowaliśmy zadłużenie o 200 milionów euro, co brzmi szybko, ale jest bardzo dużym osiągnięciem. Było operacyjne zadłużenie rzędu około 680 milionów euro, a do tego dochodziło finansowanie Espai Barça, czyli około 1,5 miliarda euro. Dług operacyjny możemy stopniowo zmniejszać wraz z pełnym uruchomieniem stadionu i dzięki codziennemu zarządzaniu, jeśli będziemy osiągać dodatnie wyniki operacyjne. Z kolei dług inwestycyjny związany z Espai Barça spłaci się sam w ciągu trzydziestu lat z dodatkowych przychodów generowanych przez stadion.
Kiedy Barça będzie z powrotem w zasadzie 1:1 i będzie mogła normalnie sprowadzać piłkarzy, wydać pieniądze i ruszyć po wielką gwiazdę?
To już możemy robić i robiliśmy to, gdy proszono nas o danego piłkarza. Wykonywaliśmy operacje konieczne, by to sfinalizować. Z ogromnym wysiłkiem obniżyliśmy sportową masę płac, która stanowiła 98% całkowitych przychodów klubu, a dziś wynosi 54%. Przeszliśmy od -14 milionów do +432 milionów. Łącznie wygenerowaliśmy 576 milionów dodatniego efektu w kwestii płac. To bardzo ważne, bo zarówno La Liga, jak i Komisja Kontroli Ekonomicznej widzą, że Barça idzie w dobrą stronę, a to klucz do uzdrowienia marginesu płacowego. Jak wygląda to dziś? Ponieważ przedłużyliśmy wiele kontraktów, a Deco wykonał świetną pracę, odnawiając umowy młodych piłkarzy, a także Frenkiego, Raphinhi i kolejnych graczy – Cubarsíego, Pedriego, Fermína, Olmo, Lamine’a, Bernala, Casadó, Koundé, De Jonga, Alejandro Balde, Araújo – masa płac wzrosła i chwilowo wyszliśmy poza 1:1, ale jesteśmy bardzo blisko powrotu do tej zasady. To poziom, który da się odzyskać. Z nowymi wzmocnieniami, nie chcę tu pominąć choćby Joana Garcíi czy Olmo, wykonywana jest bardzo dobra praca. To nas nie martwi – jednym z naszych celów jest utrzymanie się w 1:1 bez napięć.
Pańskim wielkim atutem jest dziś bez wątpienia Flick. W ostatnich godzinach brzmi pan momentami tak, jakby ostrzegał pan, że jeśli pan nie wygra, Flick może odejść. Czy taki scenariusz jest możliwy?
Nie jestem człowiekiem od gróźb ani ostrzeżeń.
Jednak mniej więcej pan to zasugerował.
Czasem potrafię uderzyć mocniej, ale nie jestem od ostrzegania.
Dobrze, ale konkretnie: jeśli nie zostanie pan prezesem, istnieje ryzyko, że Flick odejdzie?
Flick sam już o tym mówił. Jest szczęśliwy, pracując w Barçy, mieszkając w Barcelonie, mając takie warunki, taką szatnię i takich ludzi wokół. I to wszystko nadal będzie miał.
No właśnie, niekoniecznie, bo Víctor Font mówi, że pozbędzie się Deco.
Koordynacja Deco i Flicka jest bardzo dobra. Flick sam powiedział, że jeśli Deco odejdzie, nie będzie czuł się komfortowo. To jego słowa, nie moje. Ze mną też utrzymuje bardzo dobrą relację. Zrobiliśmy wszystko, by ta współpraca Deco i Flicka działała. Chodzi nie tylko o Deco, ale też o Bojana, Alesanco, cały sztab Flicka, Alejandro Echevarríę i wszystko, co robi dla równowagi w szatni i harmonii w zespole. Jest wiele powodów, dla których Flickowi jest tu dobrze.
Czyli Víctor Font stał się dziś największym zagrożeniem dla sportowego projektu Barçy?
To nie kwestia złośliwości, tylko tego, że nie ma projektu. Chce zastąpić Deco trzema osobami, które miałyby robić to, co dziś robi jeden człowiek. Powstrzymam się od opinii o tych ludziach, bo nie chcę być bardziej agresywny, niż trzeba, ale sugerowanie, że są na poziomie Deco, jest obrazą. To pokazuje, że projektu sportowego po prostu nie ma. Tymczasem mamy projekt, który działa i culés są z niego zadowoleni. Jesteśmy liderem ligi z przewagą czterech punktów. Jutro gramy z Newcastle, liczymy na dobry mecz i ustawienie dwumeczu. Jesteśmy w jednej ósmej finału Ligi Mistrzów. Zdobyliśmy Superpuchar, jak to ostatnio bywa, pokonując Real po świetnym meczu. W Pucharze przegraliśmy z Atlético po kapitalnym dwumeczu, który oznaczał powrót na Camp Nou z trybuną dopingującą, a po spotkaniu kibice przez dziesięć minut oklaskiwali zespół za wysiłek. To wszystko działa. Gdyby oni przedstawiali jakiś porywający, nowy projekt, można by o tym rozmawiać. Tyle że nie ma projektu, nie ma nazwisk, a kiedy opisują strukturę profesjonalną, wychodzi na to samo, co mamy dziś. Nie możemy oddać Barçy w ręce Víctora Fonta.
W ostatnich tygodniach dużo mówi się też o wpływach Alejandro Echevarríi. To pański były szwagier, przyjaciel i człowiek zaufany. Upiera się pan, że nie pracuje dla klubu, ale pracuje z panem.
Nie, nie. On pracuje dla klubu. Alejandro to człowiek, do którego mam największe zaufanie, zwłaszcza w sprawach ligi i Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej, bo bardzo dobrze się w tym porusza. Dba też o równowagę w szatni. Robił to zawsze, nie tylko teraz. To jedna z najlepszych osób, jakie znam – inteligentny, odważny, uczciwy, umiejący się zachować, mający wielką umiejętność rozwiązywania konfliktów. To normalne, że prezes ma ludzi, którym ufa. Ja mam Alejandro, mam Enrique Masipa, mam innych współpracowników.
Ale Alejandro nie pobiera wynagrodzenia.
To prawda. Są ludzie z mojego gabinetu, którzy zarabiają, a Alejandro nie. Tyle że on ma własną działalność zawodową i może sobie na to pozwolić. Zawsze miałem obok siebie doradców, których potrzebowałem. Pamiętam Armanda Carabéna, pamiętam też Johana Cruyffa, który dawał mi najlepsze rady. Zdarzają się osoby, które budzą zaufanie dzięki swoim umiejętnościom. Alejandro jest jedną z nich. Dobrze zna się też z Deco, jeszcze z pierwszego etapu.
No dobrze, ale kto właściwie rządzi?
Każdy, kto mnie zna, wie, że ja prowadzę i prowadzę z przyjemnością. Decyzje podejmuję po wysłuchaniu opinii ludzi, którzy mnie otaczają i którym ufam. Tutaj rządzi zarząd i prezes. Inni pomagają nam zarządzać, pomagają podejmować decyzje, ale nie pomagają rządzić. Alejandro Echevarría jest jedną z takich osób z otoczenia gabinetu prezesa.
To dlaczego tak mocno go atakują?
Bo chcą uderzyć we mnie. To celowy sposób na szkodzenie mi poprzez atak na osobę, do której jestem przywiązany. To bardzo podłe. Tym bardziej jeśli spojrzymy na sprawę rozstania z Xavim, to dwiema osobami, które najdłużej broniły go, kiedy obrona była już praktycznie niemożliwa, byli Rafa Yuste, człowiek, do którego mam ogromne zaufanie i który świetnie odgrywa dziś obowiązki reprezentacyjne, oraz Alejandro Echevarría. Trwali przy nim do momentu, gdy powiedzieliśmy: „To się rozluźniło, to nie działa”. Pod wodzą Xaviego pojawił się problem pogodzenia życia rodzinnego z zawodowym, do tego sam mówił, że nie będziemy konkurencyjni, a przez cały sezon powtarzał, że jest niezadowolony z kadry. Próbowaliśmy wierzyć, że jednak wierzy, ale skoro chciał wymieniać piłkarzy, nie mogliśmy na to przystać. Ostatecznie musiałem ja powiedzieć: „To już koniec, dłużej nie da się tego ciągnąć”. I zrobiłem to z bólem, bo Xavi to osoba, którą darzę sympatią.
Nadal darzy go pan sympatią?
Oczywiście.
Gdyby spotkał go pan teraz, co by pan powiedział?
Spróbowałbym zrozumieć, dlaczego to zrobił. Uważam, że pozwolił się wykorzystać w absurdalny sposób. Najbardziej irytuje mnie jednak to, że ten, kto go wykorzystał, chce podzielić barcelonismo, zatruć te wybory i nic nie wnosi do debaty programowej.
Kiedy mówi pan: „Wygramy przeciw wszystkiemu i wszystkim”, co jest tym „wszystkim” i kim są „wszyscy”? Proszę mi to powiedzieć tutaj, nie wiem, czy dla pana to już „jaskinia”, czy coś z pogranicza „jaskini”.
To wyrażenie ma zobrazować to, przez co Barça przechodziła w ostatnich latach. Klub był ograniczany, podporządkowany, poddany naciskom.
Przez własne błędy. Chyba nie chce pan powiedzieć, że sytuacja ekonomiczna Barçy to wina Realu Madryt?
Nie, tego nie mówię. Mówię, że pozwolono na pewne rzeczy, jakby z zamiarem doprowadzenia do tego stanu, bo kiedy przyszliśmy, zobaczyliśmy coś niewyobrażalnego.
Chce pan powiedzieć, że gdy na przykład Bartomeu dostał 222 miliony za Neymara i wydał je tak, jak wydał, to pozwolono mu na to po to, by klub upadł?
Nie chodzi o tę operację, tylko o inne rzeczy, choćby o niemożliwe do utrzymania kontrakty dla piłkarzy, przy których nie zadziałała kontrola ekonomiczna. Gdy widzi się, jak rygorystycznie i surowo potraktowano nas, trudno uwierzyć, że poprzedników traktowano tak samo.
Czyli uważa pan, że pozwolono Barcelonie stoczyć się ze skarpy?
To jeden element hasła „przeciw wszystkiemu i wszystkim”. Drugi to kampania instytucjonalnego oczerniania Barçy prowadzona z Madrytu przy okazji sprawy Negreiry. To było wyjątkowo podłe.
Gdyby zobaczył pan, że Real przez 17 lat wydaje ponad 8 milionów euro na raporty sędziowskie…
Powiem tak: wszystkie kluby wydawały wtedy na to pieniądze.
Ale mówimy o 17 latach.
Tak, a do tego były raporty, które zresztą przedstawiliśmy. Valverde i Luis Enrique mówili, że ich nie czytali albo nie wiedzieli, gdzie są, ale w klubie byli też specjaliści, którzy z nich korzystali. Były raporty, wideo, analizy. Dziś wiele z tych zadań zostało przeniesionych do wewnątrz klubu. U nas pracuje już 30 osób zajmujących się takimi sprawami.
Nadal będzie pan bronił tego, że to było właściwe?
To, co robiła Barça, było całkowicie legalne.
Nie pytam, czy legalne. Pytam, czy etyczne. Płacenie wiceszefowi sędziów nie może być etyczne.
W tamtym czasie, przynajmniej za mojej pierwszej kadencji, płacono firmie, którą już zastaliśmy po wejściu do klubu w 2003 roku. Powiedziano nam, że przygotowuje raporty sędziowskie, analizuje pracę arbitrów i robi bardzo przydatne opracowania.
Wiedział pan, czyja to firma?
Nigdy nie widziałem pana Negreiry osobiście, ale powiedziano nam, że to firma jego syna. Miał wykonywać podobne usługi także dla Atlético i innych klubów.
A gdyby robił to Real, co by pan powiedział?
Jestem przekonany, że Real też robił podobne rzeczy. Choćby teraz ma u siebie byłych arbitrów i osoby związane z tym środowiskiem. Cała ta historia polegała na tym, że osądzono nas przed wyrokiem i doszukiwano się dziury w całym.
Czy gdyby był pan dziś prezesem, jeszcze raz dopuściłby pan do tego, by Barça zatrudniała wiceszefa sędziów?
Dziś mamy doradców w tych sprawach.
Zakładam jednak, że niezależnych, a nie wiceszefa sędziów czy federacji.
Trzeba pamiętać, że ten wiceprzewodniczący Komitetu Technicznego Arbitrów nie miał w tamtym czasie aż tak istotnej roli, a gdy to przejęliśmy, ta firma już działała. Robili raporty, wideo, scouting i wiele innych rzeczy. Prowadził ją syn, Javier Negreira, o ile dobrze pamiętam. To były inne czasy, z takich usług korzystano częściej, a dziś wiele z nich wykonuje się już wewnętrznie.
Wewnętrznie, czyli jak? Wpisuje się nazwisko sędziego w ChatGPT?
Nie, proszę tego nie obracać w żart. To bardzo poważna praca wykonywana przez profesjonalistów, którzy się na tym znają. W tamtym czasie robił to człowiek, który nie pełnił funkcji kierowniczej w federacji. Każdy ma swoją specjalizację. Syn Negreiry najwyraźniej się na tym znał i wykonywał dobrą pracę.
Syn Negreiry twierdzi, że nie widział z tych pieniędzy ani euro.
Ja wiem tylko tyle, że płaciliśmy firmie, która wykonywała te usługi.
Nie mówię, że Barça wygrywała trofea dzięki sędziom. Mówię tylko, że płacenie wiceszefowi sędziów jest niegodne.
A czy nie wydaje się panu niegodne, że przez 72 lata Komitetowi Technicznemu Arbitrów przewodzili byli socios Realu, byli działacze Realu albo byli piłkarze Realu? To panu nie przeszkadza? A to, co robiła Barça, to było doradztwo sędziowskie, a nie korupcja sportowa. Do tego dochodził scouting. Odkąd pamiętam, odkąd chodzę na mecze od piątego roku życia, wszystko było zdominowane przez Real. Może oni nie musieli nikogo zatrudniać do doradztwa sędziowskiego, bo i tak mieli to zapewnione. Czyli to, co inni dostawali za darmo, Barça musiała sobie kupić.
Czyli uważa pan, że to, co innym przychodziło za darmo, Barça musiała opłacać?
Barça musiała płacić za doradztwo sędziowskie i scouting. A inni mieli swoje układy.
Jakie są dziś te układy?
Dziś jest człowiek, co do którego wolę być pozytywnie nastawiony – przewodniczący Komitetu Technicznego Arbitrów, Fran Soto. Chcę wierzyć, że robi wszystko, by środowisko sędziowskie funkcjonowało lepiej. Na razie nie do końca mu się to udaje, ale widzę, że się stara.
Uważa go pan za niezależnego, czy to nadal madryckie układy?
Chcę wierzyć, że jest niezależny. Dodam też, że prezes Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej to człowiek otwarty na dialog. Sądzę, że podejmują wysiłki, by to działało lepiej. Na przykład po tamtym nadepnięciu Koundé przeciwko Gironie przyznano, że był to błąd. To oczywiście za mało, ale jednak coś.
Zdarza się też, że sędziowie mylą się na korzyść Barçy, prawda?
Niestety nie zdarza się to często. Zwłaszcza gdy Barça przeżywa gorszy moment, nikt nam nie pomaga – raczej próbuje się sprawić, by ten kryzys był jeszcze głębszy. Z kolei gdy nasz bezpośredni rywal ma problem, zawsze pojawia się decyzja, która mu pomaga.
Nigdy już pan tego sobie z głowy nie wyrzuci?
Chciałbym, żeby ktoś mnie przekonał, że jest inaczej. Zawsze jestem gotów przyznać się do błędu, sprostować coś, jeśli rzeczywistość okaże się inna. Tyle że na razie jej tak nie widzę. Dziś widzę, że sędziowie z reguły nie szkodzą Realowi, jak twierdzi ich telewizja, tylko szkodzą Barçy.
A tego o telewizji Realu nie mówił pan Florentino, kiedy byliście przyjaciółmi?
Nie rozmawialiśmy o tym. Był temat Superligi i on nas wtedy zajmował.
Byliście nierozłączni.
Bez przesady. Zgadzaliśmy się po prostu w sprawie projektu, który mógł być dobry dla europejskiego futbolu i dla klubów walczących wtedy z klubami-państwami, które miały nieograniczone źródła pieniędzy.
Gdy pojechał pan spotkać się z Al-Khelaïfim i Čeferinem, już reprezentując pojednanie Barçy z UEFA, uprzedził pan Florentino, że idzie się pan z nimi ściskać?
Tak. Najpierw pojechałem do Madrytu, porozmawiałem z Florentino i powiedziałem: „Od trzech lat ciągniemy ten projekt i to nie idzie. Albo dogadamy się z UEFA, albo będzie coraz gorzej”. Ustaliliśmy, że porozmawiamy z Čeferinem o platformie Unify, która była dla Superligi ważna, bo miała potencjalnie przynosić 4 miliardy euro przychodów – jako uniwersalna platforma, przez którą można by oglądać mecze i zarabiać na reklamie. Poza tym był jeszcze format rozgrywek i kwestia zarządzania. Mówiłem im, że formatu nie da się nikomu narzucić, bo zależy od wielu klubów i dziś rozmawia się o tym w EFC, dawniej ECA, gdzie decyzje podejmuje się większością głosów. UEFA częściowo dostosowała format Ligi Mistrzów do tego, co kiedyś proponowaliśmy w Superlidze. To nie było to samo, ale było blisko. W sprawie zarządzania powiedziałem wprost: jeśli zaczniemy tego żądać, dostaniemy kategoryczną odmowę. Ustaliliśmy więc, że spróbujemy osiągnąć minimalne porozumienie – w sprawie platformy i formatu. Kiedy miałem lecieć na spotkanie z Čeferinem, powiedziano mi, że lepiej będzie, jeśli polecę sam, bo Florentino był z nim mocno skonfliktowany. Čeferin powiedział tak: „Nie odrzucam pomysłu 4miliardów przychodu z platformy. Jeśli chodzi o format, przyjdźcie z Barça i Realem do EFC, przedstawcie sprawę, a jeśli będzie sensowna, nie zamkniemy się na to”. Dodał, że nowy format daje według nich około 20% więcej przychodów, a problemem jest samo istnienie Superligi, które komplikowało im relacje z nadawcami.
Gdy był pan już po tym spotkaniu, prawa telewizyjne były praktycznie sprzedane. Co na to Florentino?
Później dowiedziałem się, że wysłannicy Realu powiedzieli: „To, co uzgodniliście z prezesem Barçy, nas nie obowiązuje”. Wtedy powiedziałem: „Panowie, ja już wcześniej zapowiadałem, że jeśli tak to będzie wyglądało, Barça odejdzie”. I tak się stało. Przeszliśmy pełną procedurę wyjścia z Superligi bez kary, odczekaliśmy miesiąc przewidziany w statutach, a potem wróciliśmy do UEFA i EFC, kiedy nas przyjęto. Wygląda na to, że Real też poszedł później tą drogą i tak zakończyła się historia Superligi. Mam nadzieję, że po powrocie do UEFA sama UEFA dostrzeże zalety projektu, który mógł wspierać finansową stabilność europejskiej piłki.
Rozmawiał pan jeszcze później z Florentino?
Tak, widzieliśmy się w finale Superpucharu. Przywitaliśmy się, ale bardzo chłodno. Takie „dzień dobry, do widzenia”. W czasie Superligi nasza relacja rzeczywiście była inna.
Czy to prawda, że Florentino pomógł panu przy dźwigniach? Że pomógł też Anas Laghrari?
Pomogło to, że fundusz powiązany z Superligą zainteresował się operacją z dźwigniami. W pewnym momencie powiedziałem wprost: „Barçy obiecano 300 milionów euro za pozostanie w Superlidze i tych pieniędzy nie ma. Jeśli one nie przyjdą, odchodzę z projektu”. Byliśmy wtedy pod ogromną presją ligi i UEFA, a sytuacja ekonomiczna była bardzo delikatna. Uratowaliśmy klub między innymi dzięki tym działaniom. I wtedy Florentino pomógł.
Pomogła Superliga czy konkretnie fundusz? Przecież za Superligą stoi Anas Laghrari.
Nie, nie. Anari Capital to firma, która bardzo dobrze pracuje.
Tyle że pieniądze wyłożyło Sixth Street.
Tak, to fundusz związany z Alanem Waxmanem. Inwestuje w futbol, także kobiecy. Żaden fundusz nie działa z sympatii czy dla sportu. Apollo inwestuje w Atlético, ale inwestuje też gdzie indziej. Blackstone podobnie. Sixth Street działa bardzo dobrze i uznało tę operację za korzystną.
Wczoraj Florentino obchodził urodziny. Napisał mu pan życzenia?
Nie, ale nie mam żadnego problemu, by złożyć mu życzenia stąd. Nie wiedziałem, że miał urodziny.
79 lat. A pan ile ma?
Urodziłem się w 1962 roku, mam 63 lata.
Chce pan dokończyć tę kadencję i skończyć ją jako sześćdziesięcioośmiolatek?
Tak. Chciałbym, by socios ponownie mi zaufali i żebym dokończył te pięć lat.
A potem emerytura?
Nie mogę już ponownie kandydować.
A zawodowo? Pracuje pan przecież.
Pracuję całe życie, od 18. roku życia. Mam kancelarię adwokacką, która działa od 36 lat i żyję z niej. Uwielbiam swoją kancelarię. Kiedy odszedłem z Barçy po najlepszej drużynie w historii w 2010 roku, wróciłem właśnie tam. Mam szczęście, bo mój wspólnik pozwala mi być prezesem Barçy. Nawet gdy jestem w klubie, codziennie rano bywam w kancelarii. To mnie utrzymuje przy życiu i daje kontakt z prawdziwym światem. Mamy kancelarię wielobranżową, prowadzoną przez dwóch wspólników. Nie mogę już występować w sądach ani robić pewnych rzeczy, bo urząd prezesa Barçy narzuca swoją dynamikę, ale mogę doradzać w sprawach, które nie są sprzeczne z tym, czym zajmuje się klub.
Cały czas dostaję wiadomości, by zapytać pana o kontrowersyjne sytuacje. Najbardziej ludzi kręci to, czy przy golu Realu było wcześniejsze przewinienie.
Dla mnie to oczywiste, że był wcześniej faul. Tymczasem Barcelonie na Anoecie odgwizdano przewinienie przy golu Lamine’a, bo uznano, że Olmo nadepnął zawodnika Realu Sociedad, a w tamtej sytuacji faul piłkarza Realu na graczu Celty był bardzo wyraźny.
A widział pan ostatnio zagranie Rüdigera – kolano w Diego Rico z Getafe?
Tak, oglądałem ten mecz. Szczerze mówiąc, jako culé cieszyłem się z wyniku. Co do samego starcia, rzeczywiście było tam kolano. Arbiter spokojnie mógł uznać to za czerwoną kartkę. Myślałem jednak, że pyta mnie pan o inną sytuację, o takie przepychanki w polu karnym, po których często dyktuje się karne dla Realu.
Wielu socios Barçy słucha też COPE, nie tylko katalońskie media. Dlaczego socios mieszkający poza Barceloną nie mogą głosować zdalnie?
Mogą przyjechać do siedzib terytorialnych. Ktoś z Huelvy może się zdziwić, ilu ludzi naprawdę przyjedzie oddać głos. Jesteśmy z tego bardzo zadowoleni i pozdrawiamy wszystkich z Palos.
[Do rozmowy dołączają pozostali komentatorzy] Zacznę od pytania, czy uraziło pana, że Arbeloa nazwał pana ostatnio „kandydatem Laportą”?
Może mówić, co chce, to mnie nie rusza, bo rozumiem, że takie opinie są trochę sterowane. Być może ktoś mu powiedział: „Mów kandydat, mów kandydat, bo to go zaboli”. Ja jednak nie odebrałem tego jako brak szacunku. Jestem kandydatem, więc nie mam z tym problemu.
Kto jest lepszy – Messi czy Lamine?
Na dziś Lamine jest geniuszem i jednym z punktów odniesienia w Barçy, obok Pedriego i innych piłkarzy pierwszej drużyny. Messi był najlepszym piłkarzem wszech czasów. Dał nam wszystko i Barça też dała wszystko jemu. Dziś Barça to Cubarsí, Pedri, Lamine, Fermín, Raphinha, mam nadzieję, że zaraz wrócą też Gavi, są Bernal, Joan García… Przy takich pytaniach typu „albo-albo” staram się odpowiadać nieco szerzej.
Gdyby ktoś powiedział: „Oddaj nam Flicka, a damy wam Guardiolę”?
To Flick dziś zachwyca Barçę i wszyscy jesteśmy z niego bardzo zadowoleni. Guardiola świetnie prowadzi City, ale Flick znakomicie kieruje drużyną, którą współtworzył wspólnie z Deco. Flicka bym nie zamienił.
Pedri będzie lepszy niż Xavi?
Pedri to połączenie Xaviego i Iniesty.
Chce pan, by Hiszpania wygrała mundial? I kto jest bardziej indepe – pan czy Víctor Font?
Nie rozdajemy legitymacji indepe ani nie organizujemy takich zawodów. Mogę powiedzieć jedno: jeśli Hiszpania będzie grała najlepszy futbol, a będzie go grała z piłkarzami Barçy, to niech wygra mundial.
Czyli powiedziałby pan wtedy: „Niech żyje Hiszpania”?
Nie będę udawał czegoś, czego nie czuję. Jeśli Hiszpania zagra finał w New Jersey, być może będę miał taki odruch, ale tego nie wiem. Ucieszy mnie raczej radość ludzi, tak jak mnie cieszą zwycięstwa Barçy. Nigdy nie czułem szczególnego związku z reprezentacją Hiszpanii.
A jednak na wyjazdach Barçy świetnie dogaduje się pan z ludźmi z całej Hiszpanii.
Bo bardzo dobrze mnie traktują i jestem im za to wdzięczny. Katalończycy, jeśli uznaje się nasze prawa, kulturę i język, czują się dobrze. Nie jesteśmy problemem. Zdarzało się jednak, że bywaliśmy traktowani w pewnych momentach historycznych tak, iż to naturalne, że bronimy naszego języka, kultury, instytucji i sposobu patrzenia na życie.
Jeśli wygra pan wybory, jak będzie pan świętował?
Nie myślałem o tym. Skupiam się na wygraniu wyborów i na zmobilizowaniu jak największej liczby culés do głosowania w niedzielę. Chciałbym, by zwycięzca, a mam nadzieję, że będę nim ja, dostał bardzo mocny mandat i byśmy przez te pięć lat mogli przeżyć najpiękniejszy okres życia związanego z Barçą.
Jeśli pan wygra, przedłuży pan kontrakt Lewandowskiego czy nie?
Bardzo chciałbym, żeby Lewandowski został. To temat dla Deco, ale z mojej strony zrobię wszystko, by jeśli Robert będzie chciał zostać, mógł to zrobić. Zasłużył na to. Przyszedł w bardzo ważnym momencie i bardzo pomógł nam się podnieść. Odrzucił klub, który bardzo szanuję i podziwiam, czyli Bayern Monachium, i wybrał Barçę w istotnym momencie swojej kariery, bo ten klub zawsze go pociągał. Wiem, że ma oferty z Arabii, ale wydaje mi się, że nie chce tam iść. Jeśli będzie chciał zostać w Barçy, postaram się, by tak się stało. Oczywiście ostatecznie zrobię to, co uzna Deco, ale będę starał się przekonać go do tej sytuacji, a jestem pewien, że on doskonale ją rozumie.
Skąd u pana taka słabość do robienia gestu Kozakiewicza? Widzieliśmy to choćby przy świętowaniu sprawy Daniego Olmo.
Zrobiłem ten gest może dwa razy i oba zostały uchwycone. To nie jest tak, że chodzę i cały czas go wykonuję. W przypadku Daniego Olmo było to w pełni uzasadnione, bo bardzo nas męczono. To złe traktowanie, o którym mówię, a które czasem płynie ze stolicy, trwało przez dwa miesiące. Liga, federacja, kolejne przeszkody… a ostatecznie dopięliśmy swego. Byłem wtedy na trybunach, w atmosferze, za którą bardzo tęskniłem, bo w życiu częściej stałem na trybunie niż w loży. Poszło spontanicznie i nie było wymierzone w konkretną osobę. Przy Olmo było to skierowane bardziej do tych, którzy snuli katastroficzne prognozy, że nie zarejestrujemy Daniego, że będzie wotum nieufności i do tych, którzy nas tym tematem męczyli. To była spontaniczna reakcja, bez złej intencji.
Czyli gest Kozakiewicza to prawie ładny gest?
Nie, nie powiedziałbym, że ładny. Raczej niewinny w tym sensie, że to gest niegrzeczny, ale jednak tylko gest. Nie przywiązuję do niego większej wagi.
A jak z gotowaniem? Widzieliśmy pana przy makaronie.
Jestem fatalnym kucharzem.
Czyli wygrywam ten pojedynek kulinarny?
Ja lubię jeść, ale gotować… Widząc, jak przewracałem makaron, można było dojść do wniosku, że nigdy nie trzymałem patelni w ręku. Choć odkąd mieszkam sam, bo dzieci już poszły swoją drogą, jakoś sobie radzę. Mam też przyjaciela Fermína, który bardzo dobrze gotuje i często przygotowuje mi świetne dania.
Mnie nie martwią ani Xavi, ani Messi, ani Alejandro Echevarría. Martwi mnie Camp Nou. Sam pan powiedział, że atmosfera na meczu z Atlético była niesamowita, ale w pozostałe dni na stadionie było wręcz cmentarnie. Gdy siedzę wśród kibiców, mam wokół samych turystów i niewiele chęci do dopingu. Podziela pan tę obawę? Co z trybuną dopingującą?
Teraz już nie podzielam tej obawy, bo widzę rozwiązanie. Zgadzam się, że trzeba było to uporządkować. Rozpoczął się dialog z trybuną dopingującą. Wiecie, że w poprzednim sezonie pojawiły się naruszenia ustaleń i relacje zaczęły się pogarszać. Teraz jednak wszystko wraca na właściwe tory, są rozmowy i dialog. Mecz z Atlético był spektakularny. Chcę, żeby każdy mecz Barçy wyglądał właśnie tak. Proszę sobie wyobrazić, jak to będzie wyglądało przy 105 tysiącach widzów, a nawet wcześniej, gdy uruchomimy już Gol Nord, na który – jak słyszę – wkrótce mają zostać wydane pozwolenia. To wiąże się też z pozwoleniem dla trybuny dopingującej. Jeśli zachowamy normy współżycia i odpowiednie zasady, będziemy mieli wzorową i spektakularną trybunę.
Tylko turyści zostaną, a ich odsetek nadal będzie duży.
Tutaj się nie zgadzam. Mówienie o „samych turystach” to narracja Víctora Fonta. Jesteśmy kosmopolitycznym miastem. Niech przyjeżdżają turyści, nawet jeśli nie wszyscy dopingują. Byłem ostatnio na trzech meczach w różnych częściach trybun i na spotkaniu z Atlético turyści też dopingowali. Problem polegał raczej na tym, że brakowało tej zorganizowanej trybuny, która pociąga resztę stadionu. Socios mają zniżki i będą ich mieli coraz więcej wraz z poprawą sytuacji finansowej. Mówiliśmy już, że pojawi się 5 tysięcy nowych karnetów dla osób z listy oczekujących, bo przez lata wielu socios chciało nimi zostać, ale ograniczała ich pojemność stadionu. Teraz po zwiększeniu pojemności będzie to możliwe. 80% miejsc przypadnie socios z karnetami, a karnet Barçy nadal będzie najtańszy spośród wielkich klubów Europy. Nie zamierzamy podnosić obecnych cen ponad indeks kosztów życia – dla kieszeni socios będzie to oznaczało właściwie to samo, co wcześniej na Camp Nou.
Czy finał mundialu 2030 powinien zostać rozegrany na Camp Nou?
Bardzo bym chciał. Powiedział to już zresztą także burmistrz Barcelony. Uważam, że to stadion najlepiej nadający się do organizacji finału mundialu. Problem polega na tym, że miasto musi przyspieszyć, bo cała reorganizacja otoczenia stadionu – nowy Palau, Petit Palau, lodowisko, całe zagospodarowanie terenu – wymaga zmiany planu zagospodarowania. Złożyliśmy już odpowiedni wniosek, sprawa jest w toku, ale wszystko musi pójść szybciej, bo inaczej FIFA i Infantino powiedzą: „To nie jest gotowe, tam wciąż trwa budowa”.
To nie pierwszy pana pojedynek z Víctorem Fontem. Czy poprawił się względem poprzednich wyborów? Jest dziś groźniejszym rywalem niż cztery lata temu?
To rywal, którego szanuję – tak samo jak szanowałem go cztery czy pięć lat temu. Tyle że przez te lata opozycji nagromadził sporo rzeczy i dziś, mam wrażenie, nie uznaje oczywistych faktów, takich jak to, że Barça jest dziś w dużo lepszej sytuacji niż pięć lat temu. Rzuca klubowi kłody pod nogi. Robił to choćby przy sprawie Olmo. To nie podoba się barcelonismo. Do tego uprawia demagogię i powtarza kłamstwa, mówiąc od pięciu lat, że przekształcimy Barçę w spółkę akcyjną, choć fakty temu przeczą. Pracował przez dwanaście lat, ale nie przedstawia niczego, co byłoby realną alternatywą. Wszystko, co proponuje, to w gruncie rzeczy to samo. Mówi: „Barça będzie miała miliard sześćset milionów przychodu w 2030 roku”. Jak? Dzięki stadionowi, który zrobiliśmy my. Dzięki kontraktom i globalnym partnerstwom z Nike, UNICEF-em czy Spotify, które także przygotowaliśmy my. Nie widzę nic nowego. Jeśli chodzi o kwestie społeczne, przez trzy lata przygotowywaliśmy wielką reformę statutów, by zabezpieczyć model własnościowy klubu referendum wymagającym trzech czwartych głosów socios. On przychodzi, wkłada to do komputera i przedstawia jako swoje. Nie widzę świeżości ani zmiany. Przyszłość to stadion, który będzie generował cztery razy większe wpływy niż dziś. Przyszłość to La Masía, która wciąż wychowuje nowych piłkarzy. To my jedziemy na tej przyszłości. Z pokorą powiem, że zrobiliśmy to my – ciężką pracą, trudnymi decyzjami, dzięki świetnym ludziom w klubie, ich talentowi, odwadze i poczuciu przynależności. To uratowało Barçę, postawiło ją finansowo na nogi i sprawiło, że dziś na ławce mamy Flicka, a na boisku zespół, który zachwyca.
Font może mieć jednak rację w sprawie sponsorowania przez Republikę Konga, tak jak pan kiedyś krytykował to, co znajdowało się na koszulce Barçy.
Każdą sprawę trzeba rozpatrywać w jej kontekście. Rozumiem tę krytykę. Umowa z Kongiem została zawarta w ramach traktatu pokojowego między Kongiem a Rwandą. Przynosi nam 44 miliony euro, więc to bardzo dobra operacja, szczególnie że wciąż jesteśmy w fazie odbudowy ekonomicznej. A co robimy w zamian? Najpierw compliance. Mamy podwójną certyfikację AENOR, która gwarantuje maksymalną rzetelność, uczciwość i odpowiedzialność naszych działań. Jesteśmy z tego bardzo dumni. Po drugie, przez fundację chcemy pomagać. Jedna rzecz to pieniądze, a druga to stworzenie młodym ludziom w Kongu alternatywy, by nie musieli pracować w kopalniach złota czy koltanu, w nieludzkich warunkach. Chcemy tworzyć bezpieczne przestrzenie, programy edukacyjne i inicjatywy związane ze sportem. W Afryce prowadzimy już wiele takich projektów i działają dobrze. Rozumiem krytykę, zwłaszcza że ten traktat pokojowy nie rozwinął się tak, jak wszyscy chcieli. Chciałem tylko pokazać kontekst.
A skoro już mówimy o kontekście humanitarnym – czy może pan powiedzieć coś nowego o UNHCR?
Tak jak kiedyś z UNICEF-em podjęliśmy, moim zdaniem, jedną z najważniejszych decyzji pozaboiskowych w historii klubu, tak później bardzo mocno współpracowaliśmy i nadal współpracujemy z UNHCR. Co innego jednak mieć coś za darmo na koszulce, a co innego zarządzać miejscem, które można sprzedać komercyjnie. Tego właśnie teraz szukamy. Być może w jednych rozgrywkach nie można tego używać, w innych tak, dlatego chwilowo pojawi się Fundacja FC Barcelona. Nie oznacza to jednak, że ograniczyliśmy czy zakończyliśmy współpracę z UNHCR. Nadal prowadzimy programy na granicy Wenezueli i Kolumbii, a także, jeśli dobrze pamiętam, w Rwandzie. Współpraca trwa, tylko nie eksponujemy jej już w ten sam sposób.
A teraz pytanie z Madrytu. W sprawie słynnej prowizji Darrena Deina przy umowie z Nike: czy prezes Barcelony naprawdę nie mógł po prostu sam zadzwonić do Nike i załatwić tego bez pośrednika?
Relacje z Nike były wtedy całkowicie zerwane. Toczyliśmy spór sądowy, Nike wstrzymało nam 18 milionów euro, a konflikt trwał już trzy lata. W pewnym momencie powiedzieliśmy, że albo sami będziemy produkować koszulki, albo przechodzimy do innej marki. Darren Dein to człowiek ze świata sponsoringu, syn Davida Deina, którego znam od lat, bo był właścicielem Arsenalu, a sam David to jeden z najwybitniejszych działaczy w historii europejskiej piłki. Zakładaliśmy razem ECA – Arsenal, Barça i Bayern. Gdy relacje z Nike były zerwane, mieliśmy już alternatywną markę, którą właśnie Darren nam przedstawiał, a sprawa z Nike była praktycznie zamknięta. Tyle że Darren znał się z prezesem Nike Europe, Nico Barthezem, bo razem studiowali, i dzięki temu doszło do ostatniego podejścia. Dodatkowo Nike zasiadało też w radzie Spotify. Darren miał z nimi dobre relacje. To on przyprowadził nam również Spotify zamiast Polkadot, a wybór Spotify okazał się znakomity, bo Polkadot, mimo że oferowało więcej pieniędzy, dziś praktycznie zniknęło, a umowa ze Spotify to jeden z najlepszych kontraktów, jakie podpisaliśmy. W tej ostatniej fazie powiedzieliśmy: skoro między nami wszystko jest zerwane, upoważnijmy Darrena, by spróbował zbliżyć stanowiska. Mówię o tym teraz w pięć minut, a w rzeczywistości była to praca dwóch lat, z czego dwa ostatnie miesiące były szczególnie intensywne. Dzięki mediacji Darrena odzyskaliśmy 18 milionów euro, poprawiliśmy sytuację w Finansowym Fair Play i całkowicie przeprojektowaliśmy umowę. Dziś Barça ma własny e-commerce, który generuje nam dużo pieniędzy. Jesteśmy obecni w stu siedemdziesięciu krajach. Odzyskaliśmy międzynarodową ekspansję sklepów, odzyskaliśmy monobranding, czyli pełną swobodę korzystania z marki Barça na produktach, oraz inne obszary, które wcześniej kontrolowało Nike. To kontrakt, którego wartości nie mogę ujawnić ze względu na klauzulę poufności, bo Nike prosiło o to z uwagi na swoje pozostałe umowy sponsorskie. Darren wykonał znakomitą pracę jako mediator. Otrzymał wynagrodzenie w wysokości 1,65% wartości całej umowy od Barçy i 1,25% od Nike. Mówiłem o tym na Walnym Zgromadzeniu i we wszystkich miejscach, w których mnie o to pytano. Jesteśmy z tej umowy bardzo dumni. To najlepszy kontrakt sprzętowy na świecie i ma obowiązywać przez 14 lat. Dziś usłyszałem, że podobno zapłaciliśmy Darrenowi 50 milionów euro. To nieprawda. To wynagrodzenie rozłożone na 14 lat, a kwota była w kampanii celowo zawyżana. Víctor Font robi wszystko, by zatruwać debatę wyborczą, zamiast uznać fakty. Gdy nie ma Konga, jest Limak. Gdy nie ma Limaku, jest Darren. Gdy nie ma Darrena, znajduje się następny temat.
Chciałabym poznać bardziej prywatnie kandydata i byłego prezesa. Zrobimy szybki test. Gdyby był pan anonimową osobą, co robiłby pan, czego nie może robić dziś jako Joan Laporta?
To samo, co robię teraz. Bycie osobą publiczną nie odbiera mi rzeczy, które lubię robić. Wspomninaliście o makaronie w Bar Bocata czy o jeździe traktorem. Robiłbym to samo. No może miałbym więcej czasu na opiekę nad kurami i kozami, bo już teraz to robię. Te młode kury mają imiona po finałach.
Ile ich już jest?
Sześć, a pewnie będzie ich jeszcze więcej.
Czy uważa pan, że był pan najlepszym prezesem w historii Barçy?
Dla mnie najlepszym prezesem w historii Barçy był Joan Gamper. Staram się, na ile mogę, iść jego śladami.
Proszę podać jedną rzecz ze swojego życia, której pan żałuje. Pierwszą, jaka przyjdzie panu do głowy.
Chciałbym, żeby moje małżeństwo, które rozpadło się wiele lat temu, przetrwało. Zawsze odbieram to jako porażkę i być może mogłem coś zrobić lepiej albo czegoś nie zrobić.
Z kim chętniej poszedłby pan na kolację – z Víctorem Fontem czy z Florentino Pérezem?
Nie mam problemu, żeby zjeść kolację z każdym cywilizowanym człowiekiem, z którym można normalnie porozmawiać.
A z kim bawiłby się pan lepiej?
Skoro lubię ostre dyskusje, z Florentino pewnie bardziej byśmy się posprzeczali i mogłoby być zabawniej. Z Fontem też dziś trochę się ścieraliśmy. Natomiast jeśli rozmowa miałaby dotyczyć barcelonismo, pewnie wcześniej poszedłbym na kolację z Víctorem Fontem.
Liga Mistrzów czy niepodległość?
Liga Mistrzów dla Barçy. Dziś mnie zajmuje i motywuje przede wszystkim Barça. A jeśli chodzi o niepodległość, Katalończycy – moim zdaniem, na podstawie doświadczeń – powinni mieć ją zawsze gdzieś z tyłu głowy, a właściwie bardziej prawa i wolności Katalonii niż samą niepodległość. Nie trzeba jednak bez przerwy o tym mówić, bo wtedy wszystko się banalizuje. Powiedziałbym raczej, że im bardziej państwo będzie nas do siebie przekonywać, tym lepiej będziemy się w nim czuć. A Liga Mistrzów wydaje mi się jednak czymś bardziej namacalnym i realnym.
Powiedział pan „państwo” i wskazał na mnie.
Bo przy tym stole to pan reprezentuje państwo. Tylko że pańskie państwo kojarzy mi się z Don Pelayo i rekonkwistą. Taki z pana jaskiniowiec.
Czy Flick kiedykolwiek zrobił panu burę za spóźnienie?
Flick denerwuje się raczej wtedy, gdy po lądowaniu samolot mocno uderza o płytę albo kiedy schodki do samolotu nie podjeżdżają od razu. To jego niemiecka mentalność – jest bardzo wymagający i zdyscyplinowany. Za spóźnienie raczej nie, bo chyba nigdy się nie spóźniłem. Może dlatego, że wiem, iż jeśli spóźnisz się 17 sekund, nie grasz, więc wtedy pewnie by mi się dostało.
Jaka jest najlepsza życiowa rada?
Bądź sobą, staraj się czynić dobro i nie patrz, komu pomagasz. Oglądałem ostatnio film z Charlie’em Chaplinem i padło tam zdanie, że tajemnicą szczęścia jest służenie innym.
Napisał pan książkę Salvar el Barça. Jaką dedykację wpisałby pan naszemu programowi?
Napisałbym: „Dziękuję za to, że rozumiecie, iż kochamy Barçę i że bronimy jej przeciw wszystkiemu i wszystkim, bez złych intencji, oraz za to, że być może w jakiś sposób pomogliście nam uratować ten klub”.
I na koniec – jedna obietnica, jeśli wygra pan wybory.
Że przeżyjemy z Barçą najlepsze lata naszego życia.
Panie Laporta, powodzenia. Dziękuję za tę „ostatnią” rozmowę w mojej karierze dziennikarskiej, skoro rozmawiam z panem tylko wtedy, gdy jest pan kandydatem.
Jeśli wygram i zostanę prezesem, a pan będzie chciał, to zrobimy jeszcze jeden wywiad, żebym mógł panu powiedzieć, że jednak nie miał pan racji.
To byłby bardzo dobry finał. Dziękuję, panie prezesie. Powodzenia.
Dziękuję bardzo. Do widzenia.
Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.
Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!
Komentarze