Wszystkie oczy ponownie skierowane są na Real Madryt. Ale nie w sposób, do którego przywykli 15-krotni zdobywcy Ligi Mistrzów, ponieważ ponownie muszą grać w barażach. Każdy kibic oczekuje, że klub o takich nazwiskach i przy takich inwestycjach będzie wśród ośmiu najlepszych drużyn Europy. Tymczasem dodatkowa runda zaczyna stawać się normą, bo Real przystępuje do niej już po raz drugi. Porażka 2:4 z Benficą była dziewiątą przegraną od ostatniego triumfu w 2024 roku pod wodzą Carlo Ancelotti. Od tamtej pory Real na arenie międzynarodowej przegrywa niemal co drugi mecz.
Z perspektywy czasu jeszcze wyraźniej widać, jak wielki był wpływ Carlo Ancelottiego, co można również powiedzieć o Zinédinie Zidanie. Między 2014 a 2024 rokiem obaj wygrali z Realem po trzy Ligi Mistrzów. Dlaczego tak dobrze pasowali do tego wyjątkowego klubu? Bo sami kiedyś grali u boku wybitnych piłkarzy. Ancelotti występował pod wodzą Arrigo Sacchiego w Milanie. Zidane strzelał zwycięskie gole w finałach mistrzostw świata i Ligi Mistrzów. Ludzie z taką aurą są szanowani przez najlepszych. Ancelotti i Zidane przez całe życie byli częścią drużyn kipiących talentem. Potrafią więc precyzyjnie ocenić jakość czołowych piłkarzy i radzić sobie z ich słabościami. Z własnego doświadczenia wiedzą, co musi się wydarzyć, by z tak silnych osobowości stworzyć jedność.
Xabi Alonso ma podobny profil. Jako zawodnik był instytucją na pozycji defensywnego pomocnika, który z klubami oraz reprezentacją zdobył wszystko. Jest właściwie Ancelottim bez dwóch dekad doświadczenia. Do tej pory Alonso z rozwagą planował swoją karierę. Myślę, że wiedział, jakie ryzyko podejmuje, przechodząc do Realu. Ten eksperyment na razie się nie powiódł, ale dostarczy mu cennej wiedzy na dalszą drogę.
W Bayerze Leverkusen Alonso był jedyną gwiazdą i cieszył się absolutnym autorytetem w drużynie. Ukształtowany przez własny styl gry, zapewnił drużynie stabilność. Zespół z pasją realizował jego pomysły, nawet jeśli w kwestii budowania akcji i posiadania piłki nie wszystko było jeszcze dopracowane. Po zwycięstwach na początku sezonu przekonanie przerodziło się w wiarę. Dodatkowo w klubie, który sam siebie nazywał Vizekusen, nikt nie oczekiwał tytułów. Pod wodzą Alonso Leverkusen po raz pierwszy zostało mistrzem Niemiec i sięgnęło po krajowy dublet bez ani jednej porażki.
To nie były złe referencje, tyle że Real to nie Leverkusen. Duch Alfredo Di Stéfano, który w latach 1956–1960 poprowadził Real do pięciu triumfów w Pucharze Europy, wciąż unosi się nad Santiago Bernabéu. Real jest klubem piłkarzy, jeszcze bardziej niż Bayern Monachium. Prezes Florentino Pérez to niezwykle wpływowy człowiek, który wydaje ogromne pieniądze na gwiazdy. Tylko w Arabii Saudyjskiej Kylian Mbappé czy Vinícius Júnior mogliby zarabiać więcej. Jeśli któryś z jego zawodników nie zdobędzie Złotej Piłki, prezes potrafi się obrazić i odwołać galę.
Trenerów natomiast uważa za wymiennych, co czyni to stanowisko największym wyzwaniem w światowym futbolu. Wypracowanie współpracy wśród Los Galácticos graniczy z cudem. To, co piłkarze z Leverkusen chłoną jak gąbka, zawodnicy Realu odbierają jako ograniczenie swojej indywidualności i wolności.
O te zasady połamał sobie zęby nawet sam José Mourinho, dzisiejszy rywal Realu w barażach, który również pracował kiedyś w Madrycie. Gdy obejmował drużynę w 2010 roku, znajdował się u szczytu swojej kariery. Chwilę wcześniej zdobył z Inter Mediolan potrójną koronę.
Jego popisowym dokonaniem było wyeliminowanie Barçy Pepy Guardioli, gdy na Camp Nou, jak to się dziś mówi „zaparkował autobus”. Zrobił to konsekwentniej niż ktokolwiek przed nim i po nim. Po końcowym gwizdku pędził jak szalony przez murawę. Z twarzy pokonanych można było wyczytać jedno: kto tak celebruje defensywną bitwę, musi być szczególnym „estetykiem”.
Mourinho symbolizuje silne przywództwo. Swoje zasady uważa za co najmniej równie ważne jak samych piłkarzy. Było dla niego jasne, że dominującą Barcelonę można pokonać wyłącznie jego metodą. Ale Real nie jest drużyną, która zamuruje bramkę. Aby przekonać zawodników do swojej taktyki, sięgnął po wszelkie środki. Pozwolił im rzucić się do ataku na Barçę i wpaść w otwartą pułapkę, by udowodnić: w ten sposób nic nie wygracie. Real przegrał 0:5.
Ta kompromitacja pomogła trenerowi przez dwa lata konsekwentnie realizować futbol oparty na wyniku. W złotym okresie Barcelony raz zdobył mistrzostwo Hiszpanii, a 100 punktów wywalczonych w tamtym sezonie pozostaje do dziś rekordem ligi. Futbol Mourinho bywa niezwykle skuteczny, ale jest obciążający dla ciała i duszy. Zmuszanie Realu do defensywy na dłuższą metę po prostu nie jest możliwe.
W 2013 roku, krótko przed odejściem Mourinho, jego rozczarowana i sfrustrowana drużyna przegrała półfinał w Dortmundzie 1:4. Podczas tej kompromitacji Xabi Alonso zszedł z boiska po 80 minutach. Co za osobliwy zbieg okoliczności. Osobiście doświadczył więc, jak ryzykowne jest dręczenie piłkarzy Realu ideami sprzecznymi z ich poczuciem tożsamości.
Real symbolizuje wolność
Teraz interesujące będzie obserwowanie, jak klub zdefiniuje się na nowo. Aby zdominować Europę, potrzebne są wyjątkowe okoliczności. W zakończonej niedawno erze wybitne postaci, jak Sergio Ramos, Luka Modrić, Toni Kroos, Karim Benzema i Cristiano Ronaldo tworzyły całość, w której suma była większa niż poszczególne części. To była królewska forma współdziałania. Dziś jednak tak doskonałego połączenia obrony, pomocy i ataku nie widać.
A trener, który miałby odpowiedni profil dla Realu, jak 50-letni Carlo Ancelotti czy inna wybitna osobowość, nie jest dostępny na rynku. Najlepsi szkoleniowcy obecnych czasów to Pep Guardiola, Mikel Arteta oraz Luis Enrique. Mają charyzmę, gen wielkiego trenera i piłkarską przeszłość, bez której na najwyższym poziomie niewiele da się osiągnąć i bez której trudno zyskać autorytet wśród zawodników Realu. Są jednak ideowymi wyznawcami określonej wizji, ukształtowanymi przez szkołę Barcelony.
To prawdopodobnie nie jest właściwa droga dla Realu. Zderzyłyby się tu dwa przeciwieństwa. Real oznacza wolność. Florentino Pérez ma więc problem. Musi wzmocnić skład na rynku transferowym i znaleźć zawodników do pomocy oraz obrony, którzy będą w stanie rzucić wyzwanie Mbappé i Viníciusowi. Tak, by znów powstała wataha, która sama ustanowi porządek i hierarchię, która będzie wyostrzać zmysły z meczu na mecz, z polowania na polowanie. I która pod względem jakości dorówna Realowi z czasów Alfredo Di Stéfano oraz ekipom prowadzonym przez Ancelottiego i Zidane’a.
Komentarze (5)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się