The Special One
Życie wspomnieniami nie ma większego sensu. Nie oznacza to jednak, że o niektórych rzeczach powinno się zapominać.
José Mourinho. (fot. Getty Images)
Łatwo nieraz stwierdzić, że ktoś rozmienia się na drobne, gdy jedynym kryterium obranym przy tego typu osądzie jest czyjaś dawna wielkość. Perspektywa często bywa w takich przypadkach mocno zaburzona. To, co dla kogoś będącego niegdyś na samym szczycie, może być postrzegane jako odcinanie kuponów od dawnej sławy, dla wielu innych wciąż może bowiem pozostawać szklanym sufitem. Kiedy zaś przychodzi co do czego, przebrzmiała gwiazda i tak wypełnia dużą salę koncertową, a nazwisko aktora wciąż przyciąga przed ekran, nawet jeśli nie jest to hitowa produkcja. Ktoś taki nie musi być już na topie i wyznaczać trendów. Wystarczy, że po prostu jest za dobry, by zejść poniżej pewnego poziomu.
Jako przebrzmiała gwiazda trenerki postrzegany może być niewątpliwie José Mourinho. Z jednej strony trudno nie przyznać racji tym, którzy wytykać mu będą, słowa sprzed półtorej dekady, gdy wbił szpilkę Manuelowi Pellegriniemu. „Czy może mnie spotkać to samo, co Pellegriniego? Nie. Wiesz dlaczego? Jeśli Real Madryt mnie zwolni, to nie pójdę do Málagi. Trafię do wielkiego klubu w Anglii lub we Włoszech”, stwierdził w 2011 roku The Special One. Przez długi czas wychodziło zresztą na jego. Mimo to trudno było nie odnieść wrażenia, że czterokrotnie wybierany światowym trenerem roku Mourinho coraz bardziej wyhamowuje. Manchester United, Tottenham czy Romę rzecz jasna wciąż można śmiało nazywać wielkimi klubami z Anglii i Włoch, ale, jakkolwiek patrzeć, od lat daleko im do miana faworytów Premier League i Serie A.
Jeśli spojrzeć na to, że dziś Mourinho jest trenerem Benfiki, a wcześniej spędził rok w Fenerbahçe, trudno nie odnieść wrażenia, że 63-latka pokryła patyna czasu. Raczej nikt nie wymieni go dziś w gronie czołowych nazwisk w swoim fachu. Prędzej niż objęcie jeszcze jakiegoś klubu ze ścisłego topu wróżono by mu pewnie wypad na ostatni tłusty kontrakt do Arabii Saudyjskiej. Trzeba też jednak uczciwie przyznać, że i Benfica, i Fenerbahçe, to w swoich krajach giganci. Z lig z drugiego szeregu, ale o mimo wszystko uznanej w światowej piłce marce.
Niezależnie od tego, jak ostatnimi czasy toczy się kariera Mourinho, na koniec o jej prawdziwej wartości poza gablotą z trofeami w dużej mierze zawsze i tak będzie stanowić to, jak jest on pamiętany w poszczególnych klubach. I tutaj dochodzimy do sedna. Bo choć od zwolnienia Portugalczyka z Realu Madryt minęło prawie 13 lat, jego wspomnienie w stolicy Hiszpanii pozostaje żywe. W chrześcijańskim ducha można by było śmiało napisać, że to on wywiódł Królewskich z ziemi egipskiej, z domu niewoli.
The Special One trafiał na Bernabéu jako prawdziwa transferowa bomba tuż po triumfie w Lidze Mistrzów z Interem. I choć sam po uszaty puchar w Madrycie nie sięgnął, to jednak zdołał przygotować grunt pod nadrobienie tego z nawiązką. To Mourinho zerwał z klątwą 1/8 finału Champions League. To Mourinho walczył jak równy z równym z fenomenalną Barceloną Guardioli. To Mourinho sięgnął po ligę rekordów. W końcu to Mourinho trwale rozpalił w zespole ogień, który pozwolił Los Blancos rozdawać karty w Europie przez następne lata. W swoim działaniu często balansował na granicy, bywał arogancki, szedł po trupach do celu i niejednokrotnie tworzył show (legendarne „dlaczego?”). W tamtym czasie tak jednak trzeba było, może z wyjątkiem palca w oku Tito Vilanovy.
Nie wiemy, czy dzisiejsza potyczka wyzwoli w José chęć nostalgicznej podróży we wspomnienia. Z takiej okazji postanowiliśmy mimo to skorzystać my, bo uważamy, że Portugalczyk zwyczajnie zasługuje na to, by poświęcić mu te parę chwil. Wiemy, że nie jest to pierwsze spotkanie Mourinho z Realem Madryt od czasu jego odejścia. Królewscy mierzyli się bowiem z prowadzonym przez niego Manchesterem United w ramach meczu o Superpuchar Europy w Skopje w sierpniu 2017 roku (zwycięstwo 2:1). Wtedy stawką było co prawda konkretne trofeum, ale pod względem samej symboliki to wieczorna potyczka ma znacznie ciekawsze drugie dno.
Na ławce obok zasiądzie bowiem Álvaro Arbeloa, czyli jeden z najwierniejszych żołnierzy Mourinho z czasów jego pracy w stolicy Hiszpanii. Świeżo upieczony szkoleniowiec Królewskich nigdy nie krył swojego podziwu względem Mourinho. Na przedmeczowej konferencji wyznał, że to dla niego ktoś więcej niż trener i akurat w tym przypadku nie doszukiwalibyśmy się wyłącznie zwyczajowej kurtuazji. Arbeloa był jednym z tych, którzy za José byli w stanie wskoczyć w ogień, nawet wtedy, gdy jego relacje z innymi ważnymi zawodnikami, zwłaszcza Casillasem, ulegały systematycznemu rozpadowi.
Wieczorem obaj będą mieli okazję spotkać się po latach już w zupełnie innych okolicznościach. Z jednej strony Mourinho, który pomimo stopniowego wygaszania kariery absolutnie nie musi nikomu niczego udowadniać. Z drugiej zaś Arbeloa, trener dopiero początkujący, ale już na starcie rzucony na najgłębszą futbolową wodę. Hiszpan i Portugalczyk przez dwie godziny stać będą po przeciwnych stronach barykady, później jednak dalej będą po prostu przyjaciółmi, których lata temu połączyła wspólna historia.
Na dużą szkodę dla fabuły działa jedynie fakt, że dzisiejsze starcie nie odbędzie się na Santiago Bernabéu. Liczymy jednak na to, że trafi się jeszcze okazja ku temu, by madrycka publiczność mogła godnie przywitać tego, który położył kamień węgielny pod późniejsze historyczne wyczyny.
***
Mecz z Benficą rozpocznie się o godzinie 21:00, a w Polsce będzie można obejrzeć go na kanale CANAL+ 360 w serwisie CANAL+ Online.
Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.
Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!
Komentarze