Advertisement
Menu
/ elmundo.es

Spotkanie z Mourinho dla nostalgików bezczelności, dumy i gniewu

Orfeo Suárez, redaktor naczelny działu sportowego w Madrycie i felietonista dziennika El Mundo, podzielił się swoimi spostrzeżeniami na temat José Mourinho. Przedstawiamy pełen tłumaczenie jego tekstu.

Foto: Spotkanie z Mourinho dla nostalgików bezczelności, dumy i gniewu
José Mourinho na Santiago Bernabéu w 2013 roku. (fot. Getty Images)

Spotkanie z Mourinho dla nostalgików bezczelności, dumy i gniewu: dziedzictwo, schyłek i więź z prezesem
Orfeo Suárez – El Mundo

„Nigdy nie kochamy kogoś konkretnego. Kochamy jedynie ideę, jaką sobie o kimś tworzymy”. Madridismo, które kocha José Mourinho, a zaczyna się to od prezesa, robi to zgodnie z tym, co zapisał Fernando Pessoa: kocha to, co Mou znaczył w krytycznym momencie. W czasie, gdy na Bernabéu oklaskiwano Ronaldinho, dziś już głównie wspominanego pana z wąsikiem, a później oglądano, jak ten sam stadion zostaje zrównany z ziemią przez Attylę w baletkach. Chodziło o Pepa Guardiolę. Mourinho też to przeżył, lecz ostatecznie doprowadził swoje przeciwieństwo do implozji i w końcu je pokonał, co rozpaliło dumę sporej części madridismo, nawet jeśli odbyło się kosztem zaminowania boiska bezczelnością i gniewem. Portugalczyk odszedł, wypalony własną krucjatą, lecz gniew został z nami. Nostalgia nie zawsze bierze się z miłości.

Saudade, nostalgia, to uczucie bardzo portugalskie. Jest obecne u bohaterów Pessoi, tak samo jak u Eçy de Queirosa i innych wielkich pisarzy portugalskich, choć Mourinho ma niewiele wspólnego z introwertycznym Bernardem Soaresem, protagonistą Księgi niepokoju. Mou to The Special One, najlepszy aktor futbolu, choć dziś jest już tylko bardzo dobrym trenerem w swojej zimie.

Tęsknota za „białą” przeszłością jest większa u legionu wiernych kibiców Realu Madryt niż u samego szkoleniowca, którego saudade dotyczy wyłącznie jego czasów chwały. Prawda jest taka, że nie przeżył ich na Bernabéu, i to nie tylko ze względu na trofea. Równie ważne było porozumienie, chemia. Mou czuł się jak ryba w wodzie w Premier League, bo w Anglii był bohaterem komedii. U nas zrobiliśmy z niego bohatera tragedii, co jest bardzo hiszpańskie. To był nasz błąd.

Moralna wyższość Barçy
Epoka Mourinho w Realu Madryt to nie były wyłącznie obelgi ani skrajny, twardy futbol. To był także bunt przeciwko Barçy, która poza dominacją na boisku ustawiła się w pozycji moralnej wyższości. Marketing wartości. Sprawa Negreiry i nagrania Piqué z Rubialesem o „dzieleniu” saudyjskiego złota pokażą, że ci, którzy przemawiają z moralnych ambon, często stoją po kostki w ściekach.

Powrót Realu do spotkania z Mou, w środę w Lizbonie, przywołuje więc tę nostalgię w czasie, który pod pewnymi względami przypomina moment, gdy Portugalczyk obejmował ławkę na Bernabéu. Kryzys sportowy i dominacja Barcelony w poprzednim sezonie budzą potrzebę odwrócenia trendu, choćby trzeba było w tym celu „podłożyć bombę”. Tak Mou powiedział prywatnie, widząc ówczesną przewagę Blaugrany. Bombę podłożył. Skutki były oczywiste: rywal został rozmontowany, choć nie udało się zrealizować wszystkich zakładanych celów. Były też efekty uboczne: pogorszenie wizerunku klubu i podziały.

Real Madryt wybrał na wyjście z obecnego kryzysu małego mourinhito, po zwolnieniu kolejnego trenera, który jako piłkarz miał z Portugalczykiem wyjątkowo mocną więź. Mimo to, jak powiedział Arbeloa w jednej ze swoich najtrafniejszych wypowiedzi, gdyby próbował naśladować Mou, poniósłby porażkę. W swoim fachu jest jedyny, „cholerny szef”.

Zobaczymy tego Mourinho przed meczem, w jego trakcie i po nim, bo ta postać bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje swoich sztuczek, biorąc pod uwagę dzisiejszą różnicę między Benficą a Realem Madryt, nawet jeśli Los Blancos grają nierówno. Pierwszą uszczypliwość Mou zostawił już wtedy, gdy wyraził zdziwienie, że trenerzy bez doświadczenia obejmują ławki wielkich klubów. Arbeloa nie odpowiedział. I dobrze.

Doradca na odległość
„Nie liczcie na mnie w telenowelach” – stwierdził Portugalczyk, zapytany, czy jest rozważany przez Real Madryt po zwolnieniu Xabiego Alonso. W rzeczywistości nie był rozważany jako realna opcja, choć nigdy nie przestał być czymś w rodzaju mokrego snu Florentino Péreza, zwłaszcza w burzowe noce. Kontakt między nimi pozostał, czasem nawet w formie doradzania z oddali.

Florentino odniósł sukces już po epoce Mou. Właściwie największy w swojej kadencji: trzy Ligi Mistrzów z Ancelottim w dwóch etapach i trzy z Zidane’em, dwie jego decyzje i dwie postacie z „jego” kręgu. Ani Francuz, ani Włoch nie podążali jednak za argumentacją w wojnach prezesa i klubu. Nie poszli też w manicheizm i dzielenie świata. Podział na madridistas i pseudomadridistas ukuł właśnie Mou.

Portugalczykowi po odejściu z Madrytu szło gorzej. Najlepsze w jego karierze, triumfy w Lidze Mistrzów z Porto i Interem, wydarzyły się wcześniej. Wygrał jeszcze Premier League z Chelsea, klubem o żarliwej publiczności, gdzie jego styl pasował idealnie, lecz nie sięgnął po chwałę w jednym z najbardziej wyczekiwanych miejsc, na Old Trafford, nie znalazł też momentu, by objąć reprezentację Portugalii. EURO wygrane w 2016 roku byłoby jednym z jego największych sukcesów. Zamiast niego zdobył je ktoś, kto nie przypomina Mou w niczym. Fernando Santos naprawdę wyglądał tak, jakby wyszedł z książki Pessoi.

Benfica to na razie jego ostatni przystanek, lecz nie byle jaki, bo Mou jest benfiquistą z serca. To klub jego początków, miejsce, w którym się ukształtował. Trener, który dziś kończy 63 lata, był wyborczą kartą przetargową obecnego prezesa Benfiki, byłego piłkarza Ruiego Costy. Duże nazwisko na ławkę klubu, który w kraju najmocniej tworzy „stan emocji” i opinię publiczną. Wyniki jednak nie przyszły, Benfica jest daleko za liderującym Porto. Kontuzje osłabiły zespół, a Mou przychodząc, ślubował ostrożność, tylko że nikt nie wygra z własną naturą.

To właśnie powiedział Arbeloa o swoich piłkarzach po zwycięstwie na La Cerámice, teście jakości, który szkoleniowiec zdał. W tej deklaracji jest i rozsądek, i odrobina kapitulacji u trenera, który chce budować własne dzieło. Jakby Real Madryt był Księgą dżungli, choć Vinícius nie ma w sobie nic z Mowgliego, a w tej dżungli dziś nie rozbrzmiewa już krzyk taki jak Mou, na dobre i na złe.

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!