Etykieta kontra skład
Dobrze mieć świadomość, że czasami mimo wszystko można jeszcze trafić na produkt zawierający w sobie sto procent tegoż produktu.
Kylian Mbappé. (fot. Getty Images)
Politycy, dziennikarze lub media społecznościowe. Z dużym prawdopodobieństwem, właśnie któraś z tych odpowiedzi padłaby odruchowo, gdyby zadano nam pytanie, kto najczęściej stara się nas okłamać, oszukać lub sprzedać nam półprawdę. Choć każdy z tych wyborów byłby całkowicie zrozumiały i logicznie uzasadniony, to jednak chyba nie do końca doceniamy w tym aspekcie jedną branżę.
Prawdziwe arcymistrzostwo i złoty laur manipulatora należałoby bowiem przyznać sektorowi spożywczemu. Sklepy zalane są rzeczami, które na dobrą sprawę celniej określałoby miano produktów przemysłowych nadających się do spożycia. Wszystko jednak podane jest tak sprytnie, że nawet jeśli zdajemy sobie z tego sprawę, staramy się do siebie nie dopuszczać niewygodnych faktów.
Na etykiecie widzimy ZERO CUKRU, ale syrop glukozowo-fruktozowy jest już wspomniany niewielkim drukiem dopiero w składzie. Jogurt jagodowy z jagodą tylko na obrazku, wystarczy przecież aromat. Dżem malinowy w praktyce jest dżemem w większości z jabłek. Moda na karmel to tak naprawdę moda na cukier plus barwnik E150. Szynka babuni? Babunia podobno sama dosypywała fosforany. Tymbark kaktusowy? 1% kaktusa to wciąż kaktus. Niby człowiek najczęściej, wie, że jest robiony w konia, ale i tak wrzuca do koszyka.
Przez kilkanaście tygodni w bardzo podobnym schemacie tkwiliśmy również i my. Oglądaliśmy kolejne mecze, ponieważ na etykiecie wciąż jak byk widniał herb Realu Madryt, a po boisku biegali piłkarze wyglądający, jak gracze Królewskich. W miarę świadomy konsument futbolu szybko zdawał sobie jednak sprawę, że to tylko ładne opakowanie produktu, w którego składzie dominowała gra oddzielana mechanicznie o niskiej zawartości jakości. Tydzień w tydzień serwowano nam tę samą papkę, którą jednak z przyzwyczajenia i tak postanowiliśmy konsumować. Aż w końcu przyszedł mecz z Levante i pora na wymioty.
Choć Álvaro Arbeloę zatrudniono w roli odpowiedzialnego za zmianę składu, po dwóch pierwszych potyczkach pod jego wodzą raczej mało kto spodziewał się jednak tego, co zobaczyliśmy w konfrontacji z Monaco. Przeciwko Klubowi z Księstwa zaserwowano nam bowiem sto procent Realu Madryt w Realu Madryt. Coś, czego nie widzieliśmy naprawdę od dawna. Mamy oczywiście świadomość, że mierzyliśmy się z rywalem pogrążonym w głębokim kryzysie. Bez względu na to, od dawna potrzebowaliśmy tego rodzaju odtrutki.
Królewscy wyglądali w miniony wtorek na zespół, który spuszczony ze smyczy po prostu chce się wyhasać. Widać było, że piłkarze mają ochotę na grę i się nią zwyczajnie cieszą. Tkwił tym w pierwiastek dzikości i nieuporządkowania, bo przecież Monaco również stworzyło sobie sporo sytuacji. Koniec końców o ostatecznym wyniku przeważyła jakość. Widzieliśmy Real Madryt, który zdawał się mówić przeciwnikowi „jeśli chcecie też pograć, zapraszamy, ale na końcu to my was zjemy, bo po prostu jesteśmy od was lepsi”. Nawet ten kiks Ceballosa przy golu gości można na upartego zinterpretować jako chęć gry w piłkę w sytuacji, kiedy futbolówkę należy wywalić w krzaczory.
Po takich spotkaniach trzeba mimo to uniknąć zachłyśnięcia. Mecz o podobnym przebiegu był nam niezwykle potrzebny, ale wciąż nie może być traktowany jako miarodajny. Łatwiej odpiąć wrotki, kiedy rywal nie wykopuje fosy i nie stawia trzymetrowego ogrodzenia z drutem kolczastym. Nie jest przecież tajemnicą, że najtrudniej zawsze gra się z drużynami zostawiającymi mało przestrzeni. Wtorkowa potyczka była zaprzeczeniem takiego podejścia.
Pytanie brzmi też, na ile skuteczna okaże się długofalowo strategia obrana na starcie przez Álvaro Arbeloę. Widać gołym okiem, że zespół jest bardziej zjednoczony i odzyskuje pozytywne wibracje. Spartanin w kontakcie z piłkarzami i mediami stawia na zupełnie inny przekaz od swojego poprzednika. Momentami można odnieść wrażenie, że jest on aż nienaturalnie cukierkowy. Na razie przynosi to pożądany efekt, ale trudno przy tym nie zastanawiać się, czy takie nastawienie zgra się trwale również z samą wizją gry Arbeloi. By wysnuć jakieś miarodajne wnioski, potrzeba jednak – zgadliście – więcej czasu.
Dzisiejszy mecz z 3. w tabeli Villarrealem będzie w teorii z pewnością najtrudniejszym z dotychczasowych sprawdzianów dla Realu Madryt Álvaro Arbeloi i to nie tylko ze względu na ostatnią sytuację zespołu. Dość powiedzieć, że na dziewięć ostatnich okazji na stadionie Żółtej Łodzi Podwodnej udało nam się zwyciężyć tylko dwukrotnie. Z jednej strony zmierzymy się z rywalem, który najpewniej także będzie miał ochotę na grę w piłkę. Z drugiej natomiast udajemy się na bardzo trudny teren, gdzie trzeba udowodnić, że to, co ujrzeliśmy we wtorek, nie było wyłącznie mirażem.
Jakkolwiek patrzeć, ostatnie dni sprawiły, że wieczorem przed teleodbiorniki zasiądziemy z większym apetytem niż do serwowanej nam wcześniej mielonki. Dostaliśmy długo wyczekiwany impuls, który na nowo rozpala w nas zainteresowanie. Mamy nadzieję, że z tej iskry ponownie rozpali się ogień, a zamiast przyjaznej dla oka etykiety, będziemy znów zadowoleni przede wszystkim z procentowej zawartości Realu Madryt w Realu Madryt.
* * *
Mecz z Villarrealem rozpocznie się dzisiaj o godzinie 21:00, a w Polsce będzie można obejrzeć go na kanale CANAL+ Sport w serwisie CANAL+ Online.
Pobierz aplikację Superscore Polska i zanurz się w statystykach Królewskich. [współpraca]
Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.
Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!
Komentarze