Stwierdzenie, że piłka nożna należy do piłkarzy, a nie do trenerów, to coś, co w Realu Madryt zawsze rozumiano lepiej niż w jakimkolwiek innym klubie. Jedyny wyjątek, gdy ludzie przychodzili na Bernabéu skandować nazwisko trenera zamiast drużyny, wynikał z piłkarskiej słabości wobec wielkiego rywala. Przy braku tytułów do świętowania wielu kibiców zadowalało się oklaskiwaniem pomysłów Mourinho.
Xabi Alonso był piłkarzem, i to znakomitym, w Realu Madryt, więc doskonale wie, jak to działa. Po porażce i remisie w tym tygodniu ostrza krytyki skierowały się w niego z wyjątkową zaciekłością, i to mimo że jego zespół nadal prowadzi w tabeli i ma trzy punkty przewagi nad rywalem. Nietolerancja wobec wszystkiego, co nie jest zwycięstwem, rośnie w sposób niezdrowy wśród części madryckich kibiców, rozpieszczonych i przyzwyczajonych do epoki, która może się już nigdy nie powtórzyć. To wypaczona forma umierania od własnego sukcesu. Trzeba być ślepcem, by nie zrozumieć, że widok drużyny zdobywającej sześć Lig Mistrzów w dwanaście lat powinien być powodem do wiecznej wdzięczności za to, że przyszło nam żyć w czasach tego sportowego zjawiska. Podnoszenie Pucharu Europy zawsze będzie wyjątkiem, nie regułą.
Alonso jest trenerem metodycznym, dokładnie takim, jakiego szukał klub – twarda ręka przy dobrych relacjach. Podniósł wymagania, wprowadzając rutyny niewygodne dla szatni o niskiej intensywności i nakładając obowiązki defensywne na gwiazdy, które nie są przyzwyczajone do pressingu. Jego ambicją jest nadanie drużynie własnej tożsamości, opartej na rozgrywaniu meczu 30 metrów od bramki przeciwnika, a to jest możliwe tylko wtedy, gdy drużyna odzyskuje piłkę w sposób skoordynowany, zaczynając od napastników. W ostatnich meczach Mbappé, Vinícius i Bellingham wydawali się rezygnować ze swoich zadań. Real miał za sobą serię sześciu zwycięstw i stały wzrost formy, gdy nagle pojawiło się rozluźnienie.
Trener wie, że musi ponownie zaangażować gwiazdy, które są niechętne zmianom, bo odnosiły sukcesy w zupełnie innej filozofii, a to nigdy nie jest łatwe. Właśnie dlatego przydałoby się wsparcie ze strony klubu w konfliktach takich jak ten, który wywołał w Klasyku zaskakujący Vinícius. Bo o ile działania w kwestii odnowienia kontraktu Brazylijczyka mogą być oparte na pewnej strategii, to jeszcze ważniejsze jest, żeby piłkarze wiedzieli, że muszą szanować autorytet trenera. W przeciwnym razie, jak widzieliśmy w poprzednim sezonie, to prosta droga do katastrofy.
Komentarze (15)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się