Sprawa Negreiry to nie tylko Barça. To Hiszpańska Federacja Piłkarska. To Komitet Techniczny Arbitrów. To komitety dyscyplinarne. To cały system.
Podczas gdy Rosell, Bartomeu, Grau i spółka składają w sądzie zeznania, zaprzeczając oczywistości, są sędziowie, członkowie prezydiów i komitetów, którzy wciąż trwają na swoich stanowiskach. Prosta spuścizna tamtego bagna. I nikt nie zrobił kroku w bok.
Przypadek Huijsena jest podręcznikowy. Kuriozalna sankcja. Polityczna kara. Wyrzucony z boiska i – mimo że przyznano się do niesprawiedliwości – ukarany. Sam piłkarz powiedział to wprost: „Przyznają błąd, ale nadal jestem zawieszony” – napisał Huijsen w czwartkowej relacji na Instagramie. „Piękny obrazek dla hiszpańskiego futbolu”.
Mało? Klany wewnętrzne. Ten z Badajoz Paco Rubio. Ten Gallego Louzána. Sploty układów władzy, przysług i sieci klientelistycznych, które dławią hiszpański futbol. I wciąż mają się dobrze.
Komitet Dyscyplinarny? Karykatura. Z Maríą Josefą Garcíą Cirac na czele. Tą samą, która bez mrugnięcia okiem podpisała decyzję w sprawie Antony’ego (Betis–Getafe, 25. kolejka sezonu 2024/25). Wystarczy ją przeczytać, żeby się spiec ze wstydu:
„Po obejrzeniu materiału wideo widać, że zawodnik D. Antony Matheus dos Santos ani na moment nie przestaje patrzeć na piłkę […] i nie można wywieść z tego żadnej intencji kontaktu z piłkarzem Getafe”.
I konkluzja: czerwona kartka anulowana. Sprawa jasna: sędzia uznaje przewinienie, komitet dezawuuje go żenującym uzasadnieniem. A potem mówią, że nie rozstrzygają na nowo. To ma swoją nazwę i wszyscy wiemy, jaką…
Na scenie pojawia się też Jordi Aparisi, prawnik, który przygotował haniebne pismo, że Negreira „nic nie znaczył”. Owszem, znaczył. W grę wchodziły miliony. Miał wpływ na każdą obsadę sędziowską. Miał znaczenie w każdym milczeniu.
Tymczasem María Josefa, Aparisi, Louzán, Rubio i spółka wciąż siedzą na stołkach. Tak jak wielu sędziów z tamtych czasów. Jedni są współwinni czynem, inni zaniechaniem, jeszcze inni – bo weszli w tę klientelistyczną karuzelę.
A na domiar złego Javier Tebas znów zabiera głos. Prezes La Ligi zawsze wytyka palcem Londyn, ale nigdy własne podwórko. Mówi, że Premier League „wyprzedza nas pod względem zadłużenia i destrukcji kapitału”. Tyle że jeśli ktoś obciążył hiszpańskie kluby hipoteką na pięćdziesiąt lat, to nie Premier League. To on. Jeśli ktoś zamienił przyszłe przychody na natychmiastową płynność, to nie Anglia. To Hiszpania – pod jego podpisem.
Premier League dba o swoje kluby, wzmacnia je, czyni globalnymi gigantami. La Liga pod rządami Tebasa robi odwrotnie: dusi wszystkich, zamienia własne lokomotywy w cele ataków, traktuje Real Madryt jak wroga i chwali się równowagą, podczas gdy opróżnia składy z gwiazd. Efekt widzimy wszyscy: Premier League mnoży swoją wartość, La Liga się kurczy. Tam rosną, tutaj wegetują. Tam się buduje, tutaj się niszczy. A odpowiedzialny ma imię i nazwisko: Javier Tebas Medrano.
Hiszpański futbol potrzebuje radykalnej operacji i zaczęcia od zera, bo to nie incydent, tylko system. A ten system to narodowa hańba.
Hiszpański futbol nie znajdzie rozwiązania, dopóki nie pozbędziemy się wszystkich tych ludzi.
Komentarze (15)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się