Ten list, bardziej emocjonalny niż dziennikarski, jest skierowany do mojego podziwianego Viníciusa. Chłopaka, który przybył do Madrytu w wieku 18 lat i pierwszą rzeczą, którą musiał znieść, był ugryzienie w głowę przez zawodnika Atlético podczas derbowego spotkania rezerw. To było swojego rodzaju powitanie, by zrozumiał, że czeka go wyboista droga, nim spełni swoje marzenie o odniesieniu sukcesu w Realu Madryt. W swoich pierwszych latach musiał znosić kpiny i stać się obiektem memów, zwłaszcza pod wodzą Zidane’a, ponieważ jego szalone rajdy z piłką niemal nigdy nie kończyły się bramką. Jednak ja należałem do tych, którzy wierzyli w niego od pierwszego dnia, bo wydawało mi się fascynujące mieć piłkarza zdolnego do tego, by raz po raz wdzierać się w pole karne rywala, zostawiając przeciwników na ziemi dzięki swoim elektrycznym dryblingom…
Nasz Vini rozwijał się piłkarsko i osobiście, by ustatkować swoją pozycję po przyjściu Carlo Ancelottiego, ponieważ to trener z Reggiolo zdecydowanie w niego uwierzył, a jego miejsce w wyjściowej jedenastce zostało ugruntowane dzięki pięknym bramkom i akcjom, które pomogły Realowi zdobywać trofea i Ligę Mistrzów. Był kluczowy w zdobyciu La Decimocuarty i La Decimoquinty. Jednak od tego momentu Vini wpadł w oddaloną od spraw boiskowych spiralę, która mu nie służyła. Wrogowie, zarówno ci na murawie, jak i na trybunach, zauważyli, że łatwo go sprowokować i wielokrotnie doprowadzali go do szału. Ci najbardziej odrażający pokazali swój obrzydliwy rasizm, a Vini wziął to wszystko bardzo do siebie i zgubił uśmiech, który wcześniej miał, gdy piłka była przy jego stopach.
Dlatego moja rada jest taka, by przestał domagać się tylu pieniędzy i odzyskał w sobie tego szczęśliwego chłopaka, który przybył z Flamengo, mając zaledwie 18 lat.
Vini, posłuchaj mnie.
Komentarze (53)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się