To koniec. Mogiła. Upadek Realu Madryt Carlo Ancelottiego, który w ciągu trzech ostatnich lat dwukrotnie triumfował w Lidze Mistrzów. Po wczorajszym wieczorze zapewne w głowach wielu madridistas kłębią się takie myśli. Ja nie zamierzam jednak siać tak daleko idącego defetyzmu. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
Ale nikt z nas czasu nie cofnie i nie sprawi, że Królewscy dostaną jeszcze jedną szansę i tym razem zagrają lepiej na Emirates Stadium. Tym bardziej, że z niemałą dozą prawdopodobieństwa można przypuszczać, że w obecnej formie znów doznaliby bolesnej porażki. Starcia z rywalami z najwyższej półki obnażają w tym sezonie wszystkie słabości i problemy Realu, natomiast spotkania i zwycięstwa z niżej notowanymi przeciwnikami utrzymują złudne wrażenie, że przecież cały czas liczymy się w walce na wszystkich frontach.
Klęski z Milanem, Liverpoolem, Barceloną czy teraz z Arsenalem nie były wypadkami przy pracy. Los Blancos przegrali w bieżącej kampanii już 11-krotnie i przyzwyczaili nas do tego, że raz na jakiś czas muszą zawieść na całej linii. Kiedy kibic Realu Madryt zaczyna przywykać do takich wpadek, to znaczy, że z aktualnym mistrzem Hiszpanii i Europy dzieje się coś naprawdę niedobrego.
Carlo Ancelotti oczywiście nie zrugał swoich zawodników na konferencji prasowej. Nigdy tego nie robi. Ale tłumaczenie, że przez godzinę drużyna prezentowała się dobrze i nikt nie mógł się spodziewać, że Kanonierzy zdobędą dwie bramki z rzutów wolnych, jest spłycaniem obrazu całego meczu. Królewscy wyszli na boisko z zamiarem oddania Arsenalowi inicjatywy i czyhania na kontry. Z góry ustawili się w pozycji zespołu gorszego z czysto piłkarskiego punktu widzenia. Byli reaktywni, apatyczni i kompletnie nie mieli pomysłu na grę. Każda formacja była oddzielnym bytem, zamiast stanowić spójną i kompaktową jedność. W ataku pozycyjnym wyglądali żałośnie i seria kilku czy kilkunastu podań w poprzek za każdym razem kończyła się wycofaniem do Thibaut Courtois. Łatwo wpuszczali londyńczyków we własne pole karne, a nawet gdy udawało im się tego unikać, to dopuszczali się bezmyślnych fauli w newralgicznych sektorach, z których dwukrotnie skrzętnie skorzystał Declan Rice.
Mina włoskiego szkoleniowca, którą w doliczonym czasie wczorajszej konfrontacji uchwycił realizator transmisji, wyrażała więcej niż tysiąc słów. Carletto zdawał się prowadzić wewnętrzny dialog, zadając sobie pytanie, co poszło nie tak. No i jak to naprawić w rewanżu, rzecz jasna. Odpowiedź jest pozornie prosta. Jedną z absolutnie fundamentalnych kwestii jest dotarcie do piłkarzy i przypomnienie im, że gra w białej koszulce zobowiązuje do czegoś więcej, aniżeli zakotwiczenie na własnej połowie w nadziei na to, że rywal nic nie strzeli, a z przodu efekt przyniesie tak zwana taktyka „na udo”. Pytanie tylko, czy Ancelotti wciąż jest do tego zdolny. Bo skoro nie potrafił tego zrobić przez dziewięć miesięcy trwających rozgrywek, to z jakiej racji miałby znaleźć antidotum akurat w tym najbardziej krytycznym momencie?
Zaznaczam przy tym, że – mimo wszystko – niezmiennie wierzę. Wierzę w ten cud nad cuda, jakiego musieliby dokonać nasi ulubieńcy, żeby awansować do półfinału. Wierzę w magię Bernabéu. Wierzę w każdy z tych czynników, jakkolwiek jest to irracjonalne i pozbawione solidnych podstaw. Ktoś kiedyś powiedział, że madridismo to ciągła wiara. Nie po to jest się kibicem Realu Madryt, żeby się poddawać po pierwszym akcie ligomistrzowego dwumeczu. Nawet jeśli w tym pierwszym pojedynku dostało się sromotny łomot 0:3. Tym bardziej, że ta drużyna i ten trener zasłużyli na to, żeby być z nimi do samego końca. Naszego lub ich.
Komentarze (67)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się