Menu
blanca princesa / Szymon

Życie jak w Madrycie - pamiętnik cz. 2

Kolejna porcja przygód Polaków w Realu Madryt, specjalnie dla RM.pl

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Po dłuższej przerwie powracamy do cyklu, który niecały miesiąc temu rozpoczął się na łamach RealMadrid.pl. Jak już pisaliśmy wcześniej, nasze trzy madryckie asy, kiedy tylko znajdą dłuższą chwilę wolnego czasu, dzieliły będą się z Wami tym, co aktualnie u nich słychać. Ostatnim razem Szymon Matuszek wspominał m.in. o przygotowaniach do wyjazdu z Juvenilem A na turniej do Dallas. Dziś, niecały tydzień po powrocie, Simón – jak nazywają go Hiszpanie – dzieli się z Wami swoimi wrażeniami. Serdecznie zapraszamy!


Wyjazd (piątek, 30. marca). Hm.. Co to byłby za wyjazd, gdyby ktoś się nie spóźnił :) Oczywiście wysoka kara dla zawodnika na dzień dobry i wielki aplauz na lotnisku dla spóźnialskiego. Sam lot był ciężki i męczący. Najpierw siedem czy dziewięć godzin do Miami, później kolejny lot z Miami do Dallas. Po podróży byliśmy strasznie wyczerpani, a jeszcze czekała nas zmiana czasu, siedem godzin wstecz. To nas zupełnie dobiło. Potrzebowaliśmy dwóch dni, żeby dojść do siebie.

Pierwszy mecz, przeciw Solar SC, wygraliśmy 4:0. Wystąpiłem w pierwszej jedenastce, grałem ok. 65 minut. Zagraliśmy naprawdę rewelacyjnie, nie wiedziałem, że tak w ogóle potrafimy. Dodatkowo atmosfera po meczu również była super. Na stadion przyszło ok. 5 tysięcy ludzi. Pogoda też dopisała, nawet aż za bardzo. Było tak gorąco, że przeszkadzało to trochę w grze.

Drugi mecz, z Southampton, wygraliśmy 2:0. Gra już lekko słabsza, w tym meczu mieliśmy trochę szczęścia, ale to my byliśmy skuteczniejsi od rywala i to my zapewniliśmy już sobie byt w półfinałach. Ja zagrałem ostatnie 30 minut. Ogólnie było trzech środkowych pomocników i rozdzielano nas do gry tak, żeby nikogo nie przemęczyć.

Trzecie spotkanie w grupie, z drużyną z Kostaryki (Deportivo Saprissa), wygraliśmy 1:0. Rozegrałem pełnych 90 minut, ale był to nasz kolejny słabszy mecz. Ze spotkania na spotkanie byliśmy słabsi, nie wiem dlaczego.

W między czasie trenowaliśmy, zwiedzaliśmy miasto, raz byliśmy na zakupach w centrum handlowym. Miasto przepiękne, czyste strasznie. A jakie auta! Fury straszne: mustangi, lincolny, chewrolety. Hiszpanie głównie zachwycali się w pierwszych dniach tym, że na ulicach nie ma ani jednego papierka, co jest zupełnym przeciwieństwem Madrytu. Ale naprawdę tak było, strasznie czyste okolice. Mieliśmy też trening na obiekcie jednego z tamtejszych college’ów. Po treningu oprowadzili nas troszkę po szkole i naprawdę zrobiła na nas wielkie wrażenie. To był akurat college o kierunku sportowym, sale gimnastyczne, siłownie, ściany wspinaczkowe, stadion do rugby, baseny itd. Wszystko na najwyższym poziomie. A przed szkołą odkryty basen z wodospadem, gdzie w międzyczasie dziewczyny opalają się w bikini. Hm.. myślę, że żadna z polskich szkół nie posiada takich obiektów.

Następnie przyszedł czas na czwarty mecz, półfinałowe spotkanie z Sao Paulo FC. Pogoda strasznie się zmieniła, o kilkanaście stopni, jeśli nie o dwadzieścia kilka. Mecz był wieczorem, więc było strasznie zimno. Przegraliśmy 0:4. Choć to my dominowaliśmy na boisku w pierwszych minutach meczu, to oni strzelali nam gole. No i cóż, tak bywa w sporcie; sprowadzili nas na ziemię. Ja zagrałem 40 minut. W szatni furia, trener nie zostawił na nas suchej nitki. Strasznie się tym wszystkim przejął.

No i mecz o trzecie miejsce. Naszym rywalem ponownie była drużyna z Southampton (w grupie wygraliśmy z nimi 2:0). Znowu nie było zbyt ciepło; udało mi się rozegrać pełne 90 minut. Cały mecz to my dominowaliśmy na boisku, my prowadziliśmy grę. Niestety, jedna kontra po naszej starcie piłki w środku pola i faul przed polem karnym. Gol po strzale bezpośrednim z wolnego. Znowu kubeł zimnej wody. Ale cóż, dalej gramy swoje, akcja za akcją, no i znowu akcja przeciwników, jedna z nielicznych. Kolejny karny i gol - 2:0. „Chyba po marzeniach", pomyśleliśmy. Jednak po jednej z kolejnych naszych akcji piłka wybita została na 16. metr przez obrońców przeciwnika. I stoję tam ja :D Przyjmuję piłkę na klatkę piersiową, uderzam z woleja lewą nogą. I wpada! Powróciła nam nadzieja, jednak było już ok. 80. minuty. Nikt nie biegł do mnie aby mi pogratulować, tylko po piłkę do bramki (co mnie trochę zdziwiło) :)

Desperackie akcje Realu trwały do ostatnich sekund, ale cóż, bez rezultatu. Zabrakło nam już czasu. Mecz skończył się zatem wynikiem 2:1 dla Southampton, a my zajęliśmy ostatecznie czwarte miejsce. W szatni jeszcze nie widziałem tak wkurzonego trenera. Jednym słowem masakra i tyle.

Aha, no i jeszcze fani. Dałem chyba z 200 podpisów, Real jednak strasznie działa na ludzi. „Beckham młody", nieraz słyszałem w moją stronę takie teksty wypowiadane przez kibiców. I przyznam, że cieszyło mnie to :D Pełno zdjęć, jednym słowem Real...

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!