Ten mecz, jako przystawka, był całkiem niezły. Na cztery dni przed El Clásico oglądaliśmy klasyczny cud w Lidze Mistrzów. Od haniebnego wyniku 0:2 po pierwszej połowie, do zdobycia pięciu bramek w zaledwie 33 minuty przeciwko liderom tej ligowej supertabeli. Najpierw była gra bez wiary, bez pomysłu, bez dynamiki i bez pewności siebie, a później drużyna rozjechała finalistę poprzedniej edycji, nie pozostawiając mu żadnych złudzeń.
Najpierw była gra na stojąco i tylko patrzenie się na siebie w obronie, gdy padła pierwsza bramka w 31. minucie. Potem był pressing, dynamika i walka o każdą piłkę jakby była tą ostatnią. Tak było w 81. minucie. To nie ma logicznego wytłumaczenia, więc nie próbujcie tego zrozumieć. Cieszcie się tym tak, jak robi to publika na Santiago Bernabéu, przyzwyczajona do tej huśtawki emocji.
Swój udział w tym wszystkim miał Nuri Şahin, były madridista, który w trakcie swojego jednego sezonu rozegranego w Realu nie nauczył się niepisanej zasady europejskiego futbolu: jeśli grasz z Realem Madryt, nie możesz dać im nawet namiastki nadziei. Borussia, której styl był miły dla oka, miała wynik pod kontrolą, a wtedy trener wprowadził trzeciego stopera, jeszcze bardziej cofając swoją drużynę. To był wyrok śmierci. Jako pierwsi do ataku ruszyli Vinícius i Rüdiger, a następnie Lucas, który zawalił pierwszą połowę, a później zdobył bramkę na 3:2, oraz wszyscy pozostali. Przy remisie i 30 minutach do końca BVB obawiało się, że powtórzy się historia z finału na Wembley. Borussia gra, Real wygrywa. I to tyle, jeśli chodzi o zemstę.
Gra Los Blancos nadal jest katastrofą. To nie jest kwestia systemu, zawodników czy składu. Poza Bellinghamem i Valverde nikt nie stosuje pressingu i nie naciska na rywala zarówno z przodu, jak i w środku pola. Ci gracze nie funkcjonują jako zespół. Oczywiście, dopóki nie stracą pierwszego gola. Wtedy jest remontada i grane są te wszystkie pieśni na cześć zwycięzców. Klasyka gatunku.
Komentarze (3)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się