Pierwszy mecz ery post-Casemiro pozwala ze spokojem zapatrywać się w przyszłość. Niemrawy początek w żaden sposób nie przysłania tego, co działo się w drugiej połowie. Królewscy po przerwie zaserwowali prawdziwy pokaz siły i przewagi fizycznej. W zasadzie każdy odbiór piłki był początkiem zagrożenia pod bramką Celty. Real zaliczył sześć kontrataków, co przebija pod tym względem rekord z poprzedniego sezonu (pięć z meczu na Camp Nou).
Na poniższej grafice dobrze widać, jak z czasem powiększała się przepaść między obiema drużynami pod względem spodziewanych bramek. O ile do przerwy spotkanie było stosunkowo wyrównane, o tyle w drugiej części meczu Real miażdżył Celtę. Wynik mógł być jeszcze wyższy, gdyby nie zmarnowany w końcówce przez Edena Hazarda rzut karny.

Ekipa z Galicji w pewnym momencie nie miała już po prostu siły i nie była w stanie bronić się przed kolejnymi sunącymi kontrami. Najlepszy dowód stanowi gol na 4:1. Camvinga wyłuskał piłkę jeszcze we własnym polu karnym, tę przejmuje następnie Tchouaméni, który zdecydowanie uprzedza Frana Beltrána. Francuz już na połowie przeciwnika kieruje podanie do Viníciusa, a ten w ostatniej fazie akcji asystuje wpadającemu pod szesnastkę rywala niczym lokomotywa Valverde.
Jeśli starcie na Balaídos można uznać za egzamin dla Tchouaméniego, to należałoby mu wystawić wysoką ocenę. Nie tylko za akcję przy zamykającym wynik trafieniu. 22-latek zaliczył najwięcej odbiorów (9), przechwytów (3) i wybić (4). Pokazał też niebywałą siłę fizyczną. Był w zasadzie nie do pokonania w walce o stykowe piłki, a spotkanie zdawał się kończyć z takim samym zapasem sił, z jakim je zaczynał.
– Nie musisz czuć się zdominowany. Real nie potrzebuje posiadania, ponieważ za każdym razem, kiedy podchodzi bliżej, unicestwia cię – mówił po ostatnim gwizdku Aspas. Słowa te stanowią dość poważne ostrzeżenie dla innych. Królewscy są niczym tłuczek, który ubija przez 90 minut z taką samą energią.
Komentarze (58)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się