Menu

Część XV: Upadek ery Galácticos (2004 - 2006)

Foto: Część XV: Upadek ery Galácticos (2004 - 2006)
Ostatni mecz Zidane'a w roli piłkarz na Bernabéu (fot. Getty Images)

Na początku sezonu 2004/2005 Realowi przyszło się mierzyć z Wisłą Kraków w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Już dawno Królewscy nie musieli przechodzić przez tę fazę, by zagrać w Champions League. Polacy nie sprawili jednak większych problemów i dwukrotnie zostali pokonani. Najpierw na Reymonta Blancos wygrali 2:0 po golach Morientesa, a w Madrycie zwyciężyli 3:1. Liga Mistrzów stanęła otworem. Wydawało się, że Królewscy w tak mocnym składzie nie będą mieli problemów z grą na najwyższym poziomie, pomimo kryzysu z poprzedniego sezonu. Niestety, kryzys ten wciąż trwał. Co więcej, Camacho znów poddał się bardzo szybko i już we wrześniu, po porażkach z Espanyolem i Bayerem Leverkusen, podał się do dymisji – po rozegraniu zaledwie trzech kolejek w La Liga.

Zastąpił go jego dotychczasowy asystent, były bramkarz Realu - Mariano García Remón. Real wcale nie spisywał się lepiej, odnosił zwycięstwa w kiepskim stylu i wydawało się, że gorzej być nie może. Największe gwiazdy drużyny (Ronaldo, Figo, Raúl) nie mogły złapać formy, szatnia była podzielona, a kibice co i rusz wyrażali swoją dezaprobatę dla postawy zespołu. Z czasem Real zaczął się jednak piąć w górę tabeli, mimo że styl gry prezentowany przez podopiecznych „Kota z Odessy” (jak nazywany jest García Remón) pozostawiał wiele do życzenia. W końcu „doczłapali” się na pozycję wicelidera tabeli. Po paru pewniejszych zwycięstwach przyszło im zmierzyć się z odwiecznym rywalem z Camp Nou. Gran Derbi potoczyło się jednak fatalnie i Królewscy w beznadziejnym stylu dali popis kompromitacji. 3:0 to był najniższy wymiar kary, jaki mogliśmy otrzymać od grającego z polotem i finezją FC Barcelona. Real przez cały mecz nie oddał ani jednego celnego strzału na bramkę Valdésa. Wydawało się, że Remón szybko odejdzie z piastowanego stanowiska. Ku zaskoczeniu wszystkich w Hiszpanii, Florentino przedłużył z Kotem kontrakt do końca sezonu. W tym momencie już tylko cud mógł uratować Królewskim mistrzostwo.

Niestety końcówka roku także nie była wymarzona. Rok 2004 Real skończył porażką 0:1 z Sevillą na własnym stadionie. Znów dokonały się zmiany, tym razem na samej górze. Do klubu przyszedł Arrigo Sacchi, który w 1994 roku jako trener Włoch zdobył wicemistrzostwo świata. Miał on odpowiadać za transfery w klubie i odnowę kontraktów. Dziennik AS ujął to zgrabnie: „Będzie miał władzę Alexa Fergusona, ale z tym wyjątkiem, że nigdy nie usiądzie na ławce Królewskich”. W zespole wytworzyła się nieciekawa atmosfera, z klubu chcieli odejść Roberto Carlos i niechciany Fernando Morientes, a kupiony za grube pieniądze Woodgate co chwila łapał kontuzje i wciąż nie mógł zadebiutować w nowym zespole.

Taki stan rzeczy zastał zatrudniony na stanowisku trenera Vanderlei Luxemburgo. Styczeń i luty były pierwszymi miesiącami pracy brazylijskiego trenera. Zdążył w tym czasie odpaść z Pucharu Króla (pogromcą Królewskich był tym razem Real Valladolid) i rozpocząć dramatyczny pościg za Barceloną. W styczniu i lutym Real pod jego wodzą zanotował serię siedmiu zwycięstw z rzędu w lidze. Wprowadził też ciekawą technologiczną innowację – używał walkie talkie do komunikowania się z zawodnikami, którzy zakładali mini-słuchawki. W styczniowym okienku transferowym z klubem na dobre pożegnał się Fernando Morientes i odszedł do Liverpoolu. Z powodu sporych problemów w środku pola, do klubu za stosunkowo niewielkie pieniądze (3,5 miliona euro) sprowadzony został Thomas Gravesen.

Zmiany te pozwoliły złapać Galaktycznym drugi oddech i ruszyć do odrabiania strat. Fakt, że dystans punktowy między Realem a Barceloną zmniejszał się, nie mógł stanowić wymówki przy ewentualnym odpuszczeniu walki o La Décimę (dziesiąty Puchar Europy). W 1/8 finału edycji 2004/2005 Królewskim przyszło zmierzyć się z Juventusem . Nigdy nie był to rywal wygodny dla Realu Madryt. Starsi madridistas pamiętali porażkę w półfinałowym dwumeczu w 2003 roku, po którym to Stara Dama wyeliminowała ówczesnych obrońców trofeum. Wszyscy kibice Królewskich mieli ochotę wziąć rewanż na utytułowanym rywalu z Włoch. W pierwszym meczu, 22 lutego 2005, na Santiago Bernabéu, Real wygrał 1:0 po bramce Helguery i dośrodkowaniu Davida Beckhama. Madrytczycy długo bronili wyniku w rewanżu w Turynie 9 marca, jednak w 75. minucie David Trezeguet odrobił straty. Blancos całkowicie posypali się w dogrywce i gol Zalayety w 116. minucie wyeliminował ich z turnieju. Warto zaznaczyć w tym miejscu, że porażka ta zapoczątkowała fatalną serię aż sześciu lat z rzędu, w których Real Madryt (ówczesny zdobywca dziewięciu Pucharów Europy) nie był w stanie awansować nawet do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Przełom lutego i marca to także fatalne wyniki w lidze. Po fantastycznej passie 7 zwycięstw z rzędu Real popadł w kryzys i w następnych pięciu kolejkach zdobył zaledwie cztery punkty.

Wydarzenie, które miało miejsce w tym okresie, a które warto przytoczyć, to zakończenie kariery przez Fernando Hierro – legendarnego obrońcę Realu Madryt, zawodnika Królewskich w latach 1989–2003, zdobywcę w sumie 16 oficjalnych trofeów w barwach drużyny z Madrytu (w tym 5 razy mistrzostwa Hiszpanii i aż 3 razy Ligi Mistrzów). Warto pamiętać, że Hierro, jak na obrońcę, był niesamowicie bramkostrzelny – w 439 występach w Realu Madryt zdobył aż 102 gole.

Po odpadnięciu z Champions League Galaktycznym został już tylko pościg za Barceloną. Ponownie złapali wiatr w żagle i do końca rozgrywek nie przegrali już ani jednego meczu (8 zwycięstw i 2 remisy). Jedną z ofiar rozpędzonego Madrytu stała się także sama Duma Katalonii. El Clásico odbyło się 10 kwietnia i Real w pięknym stylu, po niesamowitym meczu, pokonał odwiecznego rywala 4:2. Bramki dla Królewskich strzelili Zidane, Ronaldo, Raúl i Owen, fundując Blaugranie iście galaktyczne lanie. Real po tym meczu tracił do Barcelony sześć punktów (kilka kolejek wcześniej – 11!) i nie zwalniał tempa. W ostatnich siedmiu spotkaniach stracił tylko cztery punkty (remisy z Atlético i Sevillą). Zabrakło niewiele, bo właśnie czterech punktów, jednak z mistrzostwa cieszyć się mogli piłkarze FC Barcelona.

Okazało się, że w dwa lata sternicy klubu z Katalonii stworzyli maszynkę do zdobywania trofeów. Przed sezonem przyszli między innymi Eto’o, Deco, Giuly, Belletti, Edmilson i Larrson. Pogrążony w chaosie Real Madryt nie był w stanie oprzeć się odwiecznemu rywalowi. Przyjście Luxemburgo uspokoiło trochę sytuację (w drugiej połowie sezonu to Real zdobył więcej punktów), jednak nie pozwoliło wznieść się na wyżyny poszczególnym zawodnikom.

Ostatecznie sezon 2004/2005 Real Madryt skończył bez żadnego trofeum na koncie. Kibice Królewskich już dwa lata nie widzieli kapitana ukochanej drużyny wznoszącego tryumfująco puchar. Drugie miejsce w lidze oraz 1/8 Ligi Mistrzów i Pucharu Króla to zdecydowanie za mało jak na najlepszy klub XX wieku. Do pozytywów na koniec sezonu należało zaliczyć wysoką formę Galácticos oraz decyzję Florentino Péreza o pozostawieniu Luxemburgo na ławce trenerskiej – dawało to nadzieję na stabilizację. Optymizmem napawały również doniesienia transferowe. Królewscy planowali zrezygnować z polityki Zidanes y Pavones i postawić na młodych, solidnych, pracujących na boisku piłkarzy. Najbardziej konkretne zapowiedzi dotyczyły trzech zawodników – Sergio Ramosa i Júlio Baptisty z Sevilli oraz Robinho z Santosu…

Zgodnie z zapowiedziami, po długich tygodniach spekulacji i negocjacji, Realowi udało się pozyskać trójkę młodych cracków – Júlio Baptistę i Sergio Ramosa z Sevilli oraz Robinho z Santosu. O ile w przypadku pierwszego z Brazylijczyków – zwanego popularnie Bestią – nie było większych problemów, o tyle saga z młodym hiszpańskim defensorem i brazylijskim napastnikiem ciągnęła się prawie do końca okienka transferowego. Ostatecznie jednak powyższa trójka oraz dwóch urugwajskich zawodników – obrońca Carlos Diogo i defensywny pomocnik Pablo García – okazali się wzmocnieniami Realu Madryt w tamtym okienku. Kluczowe wtedy okazały się jednak sprzedaże piłkarzy. Z klubu odeszli zawodnicy, którzy wcześniej byli wizytówką polityki Zidanes y Pavones – Luís Figo, Michael Owen, Juanfran, Portillo czy Borja. Do Interu za Figo podążyli także Santiago Solari i wiecznie niespełniony Walter Samuel.

Początek sezonu nie należał do udanych, chociaż Królewscy wygrali pierwszy oficjalny mecz w sezonie, pokonując na wyjeździe 28 sierpnia 2005 roku drużynę Cadiz. Szczególnie udany był debiut Robinho, który wchodząc z ławki zdobył bramkę i dał Realowi trzy punkty w tym spotkaniu. Później było już jednak tylko gorzej. Real grał przeciętnie zarówno w lidze, jak i w Lidze Mistrzów („pamiętne” 0:3 z Olympique Lyon w fazie grupowej), nie mogąc złapać stałej wysokiej formy. Po 11 kolejkach Madrytczycy zajmowali trzecie miejsce w tabeli za Osasuną i Barceloną. W następnej serii spotkań Królewscy podjąć mieli FC Barcelona. Miał być to mecz „na przełamanie”, od którego miała zacząć się wędrówka po kolejne trofea. Stało się inaczej. 19 listopada 2005 roku publiczność na Santiago Bernabéu wstała i zaczęła klaskać w uznaniu. Moment ten przeszedł do historii dlatego, że oklaskiwanym piłkarzem był nie kto inny jak Ronaldinho. Brazylijski geniusz zakończył bramką nieprawdopodobny rajd i ustalalił wynik spotkania na 3:0 dla Blaugrany. Był to czarny dzień dla wszystkich madridistas. Los Blancos zagrali źle, a Barcelona udowodniła, że to ona osiągnęła galaktyczny poziom, podczas gdy Real Madryt dalej pogrążony był w głębokim kryzysie.

Niedługo potem, piątego grudnia, Vanderlei Luxemburgo został zwolniony, a jego miejsce zajął Juan Ramón López Caro, który miał pełnić funkcję trenera do czasu znalezienia następcy Brazylijczyka. Jak się później okazało, Hiszpan pozostał na ławce trenerskiej Realu do końca sezonu, notując – jak na ówczesną sytuację klubu – względnie zadowalające wyniki. Z końcem roku 2005 Królewskich opuścił także Arrigo Sacchi.

W lidze Blancos znów musieli gonić Barcelonę, jednocześnie zdając sobie sprawę, że nie mogą odpuścić pozostałych rozgrywek. W Pucharze Króla podopieczni Lópeza Caro bez większych trudów pokonywali kolejnych rywali (Athletic Bilbao oraz Betis) i osiągnęli półfinał, w którym mieli zmierzyć się z Realem Saragossą. Wydawać się mogło, że jeśli nie w lidze, to chociaż w pucharze piłkarze Królewskich sprawią radość kibicom. Saragossa jednak bardzo brutalnie zweryfikowała te oczekiwania, 8 grudnia 2006 roku gromiąc Real Madryt 6:1 i odbierając najlepszemu klubowi XX wieku praktycznie wszelkie nadzieje na awans. Zespół z Santiago Bernabéu nie byłby jednak sobą, gdyby nie rozpoczął w tym momencie zakrojonej na szeroką skalę kampanii medialnej, mówiącej o podjęciu wyzwania odrobienia pięciu bramek straty. Stworzono atmosferę wielkiego zjednoczenia kibiców, trenera, zawodników i reszty pracowników klubu. Siła Realu Madryt miała wznieść piłkarzy na galaktyczny poziom i pomóc dokonać niemożliwego. Zabrakło niewiele. 14 lutego Real Madryt zagrał mecz magiczny, niesamowity, jeden z najlepszych tamtych lat. Po dziesięciu minutach spotkania wygrywał już 3:0 i wydawało się, że nic nie powstrzyma madryckiego ostrza wbijanego prosto w pierś klubu z Saragossy. Zawodnicy przeciwnika opamiętali się jednak i do końca spotkania stracili już tylko jedną bramkę. Ostateczny wynik – 4:0. Real odpadł, ale podjął heroiczny bój o zwycięstwo, wszyscy zawodnicy zagrali fantastycznie, a najlepiej strzelcy bramek; czterej Brazylijczycy – Cicinho, Robinho, Ronaldo i Roberto Carlos. Niestety wszystko to nie wystarczyło do awansu i w ten sposób Królewscy zakończyli udział w Copa del Rey. Aby ratować sezon należało gonić Barcelonę w lidze i walczyć do końca o dziesiąty Puchar Europy.

W 1/8 finału Ligi Mistrzów Real trafił na Arsenal. Po remontadzie z Saragossą nastroje były bojowe. Ponadto Kanonierzy nie spisywali się dobrze w ostatnich tygodniach, a na Bernabéu przyjechali osłabieni – bez Clichy'ego, Ashley'a Cole'a, Campbella i Laurena. Niestety jeśli byli kibice Realu, którzy mieli złe przeczucia przed tym meczem, mieli rację. Real zagrał fatalnie, bez pomysłu, polotu czy wręcz zaangażowania. Po bramce Henry’ego 21 marca przegrał 0:1 na własnym stadionie. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że w rewanżu Królewscy zaprezentują się lepiej i odrobią straty.

Niedługo potem, bo 27 lutego, do dymisji podał się Florentino Pérez. Był to ogromny szok dla wszystkich madridistas, włącznie z trenerem i piłkarzami. Prezes argumentował w swoim rezygnacyjnym przemówieniu, że odejściem chce dać odpowiedni impuls klubowi, który pogrążony był ostatnio w kryzysie. Tymczasowo funkcję prezesa objął Fernando Martín Álvarez.

Tym samym Pérez zakończył sześcioletni etap Realu Madryt, wobec którego kibice i działacze mieli mieszane uczucia. Z jednej strony klub w pierwszych trzech latach jego prezesury dwukrotnie zdobywał Mistrzostwo Hiszpanii i Superpuchar Hiszpanii, a także dołożył do klubowej gabloty z europejskimi pucharami także dziewiąte zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Hiszpan stworzył drużynę rozpoznawalną na całym globie, wyciągnął klub z ogromnego zadłużenia i wprowadził w XXI wiek, robiąc z niego najbardziej dochodową drużynę piłkarską na świecie. Nazwiska jak Figo, Zidane, Beckham, czy Owen na zawsze pozostaną w pamięci i sercach wszystkich madridistas, a mecze takie jak finał Ligi Mistrzów z Leverkusen w 2002 roku będą na zawsze napawały ich dumą. Z drugiej strony w 2004 roku popełniono wiele błędów, w nieelegancki sposób rozstano się z takimi zawodnikami jak Claude Makélélé czy Fernando Hierro, a także z trenerem – Vicente del Bosque. W ten sposób pozwolono na odrodzenie się Barcelony i odebranie prymatu Realowi Madryt na najbliższe lata.

Niedługo po dymisji prezesa Real Madryt odpadł z Ligi Mistrzów w sezonie 05/06. Na Highbury Królewscy zagrali już lepiej niż u siebie. Nie starczyło to jednak na pokonanie Arsenalu na jego stadionie i 08 marca Real rozegrał swój ostatni mecz w tej edycji Pucharu Europy, przedłużając niemoc w kontekście awansu do ćwierćfinału.

Po tym wydarzeniu należało pogodzić się z faktem, że Real Madryt w sezonie 05/06 nie zdobędzie żadnego trofeum. W lidze pozostawało jeszcze co prawda dwanaście kolejek do końca, jednak Barcelona miała dziesięć punktów przewagi. Jedyne, co mogli zrobić piłkarze, to zostawić dobre wrażenie po jednym z najgorszych sezonów w ostatnich latach. Real miał jeszcze okazję wbić na koniec kampanii małą szpilę odwiecznemu rywalowi z Barcelony. 1 kwietnia obie drużyny spotkały się na Camp Nou. Mecz zakończył się remisem 1:1 i należało uznać, że było to spotkanie bez historii.

Niedługo potem Barcelona zdobyła osiemnaste mistrzostwo Hiszpanii, dokładając jeszcze kibicom drugi Puchar Europy, pokonując w finale… Arsenal 2:1. Wszyscy zgodni byli, że była to w tamtym momencie najlepsza drużyna na świecie.

Przed końcem sezonu Real Madryt czekało jeszcze jedno przykre pożegnanie. 25 kwietnia zakończenie kariery ogłosił Zinédine Zidane. Najlepszy piłkarz swoich czasów stwierdził, że mundial w Niemczech będzie idealnym zwieńczeniem kariery i po nim zawiesi buty na kołku. Zdecydowanie był to jeden z najwybitniejszych piłkarzy Realu Madryt w historii, jeden z największych piłkarzy w ogóle – Bóg Futbolu. Jego akcje przyprawiały kibiców na całym świecie o dreszcze, a madridismo nigdy nie zapomni bramki z finału Ligi Mistrzów z Leverkusen, gdy perfekcyjnie wykończył dośrodkowanie Roberto Carlosa, dając Galaktycznym zwycięską bramkę. Długo jeszcze film z tego wydarzenia, z utworem We Are the Champions zespołu Queen granym w tle uświetniał pomieszczenie z dziewięcioma Pucharami Europy na Santiago Bernabéu. Ostatni mecz na tym stadionie Zizou zagrał z Villarrealem. Spotkanie zakończyło się wynikiem 3:3, a genialny Francuz strzelił w nim bramkę.

Sezon 05/06 okazał się klęską Realu Madryt na wszystkich frontach. Ponadto z klubu odeszli trener, prezes, dyrektor sportowy i jeden z najbardziej decydujących piłkarzy. Jasne było, że w nowym sezonie będzie to zupełnie inna drużyna, a także zupełnie inny klub. Priorytetem w najbliższych miesiącach było wybranie nowego prezesa, który przedstawi plan odbudowy sportowej klubu. Do wyścigu o tę funkcję zgłosiło się kilku kandydatów…

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!