Menu

Żegnaj, presi!

Foto: Żegnaj, presi!
Clarence Seedorf i Fernando Sanz podnoszący byłego prezesa po zdobyciu siódmego Pucharu Europy. (fot. Getty Images)

Pokolenie urodzone w latach osiemdziesiątych pamięta upadającą bramkę na Santiago Bernabéu, która przewalona przez ultrasów runęła na płytę boiska, gdy za chwilę trzeba było grać półfinał z Borussią. Pamięta szaleńczą radość Pedji Mijatovicia, który z wyciągniętym palcem biegał po amsterdamskiej murawie i cieszył się z gola dającego La Séptimę po ponad trzydziestu latach czekania. Pamięta gorzkie chwile rok później i bramki Szewczenki, które w Kijowie wyrzucały Królewskich za burtę. Pamięta quasi wolej McManamana i rajd Raúla, który pieczętował La Octavę. Pamięta Real Madryt, który rozpalał wyobraźnię i pozwalał się w nim zauroczyć. Pamięta Real Madryt Lorenzo Sanza.

Lorenzo Sanza był nietuzinkową postacią. Z cygarem w ustach i z głęboko osadzonymi oczami swoją aparycją przypomniał włoskiego mafioso, ale wzbudzał przy tym ogromną sympatię. Biznesu nie uczono go w szkołach, uczyła go ulica. Zaczynał jako chłopiec na fryzjerskie posyłki, ale jego bystrość pozwalała mu kroczyć coraz wyżej. Mówiono, że jego biurem był bagażnik samochodu, tam był w stanie zawrzeć umowy, które przyniosły mu ogromne korzyści. Pracowity i niezwykle intuicyjny człowiek odnalazł swoje miejsce w wielkiej pasji, jaką był dla niego Real Madryt. Przez dekadę był jednym z dyrektorów, a w 1995 wspiął się na sam szczyt królewskiej drabinki i przez pięć lat stał za sterami klubu. Prezesura Sanza była taka, jaki był i on sam. Pełna kolorytu, pełna barwnych historii i pełna pięknych wzlotów oraz bolesnych upadków.

Dwa Puchary Europy i transfery Mijatovicia, Šukera, Seedorfa, Roberto Carlosa czy Panucciego. Regularne baty na hiszpańskich boiskach i zmienianie trenerów co kilka miesięcy. Koniec lat dziewięćdziesiątych to okres, który madridismo do dziś może wspominać z uśmiechem na ustach. W klubie nigdy nie działo się tak wiele, jak wydarzyło się w tamtych czasach, które można opisywać w kilkutomowych powieściach. Ale to czasy, które odżywiły w kibicach nadzieje, że Real Madryt znów może być największy. To czasy, w których Lorenzo Sanz i jego ludzie położyli podwaliny pod drużyny, które w kolejnych latach święciły liczne triumfy. Czasy Redondo, Hierro czy Raúla i prezesa, który momentami potrafił zaskoczyć nawet samego siebie.

Wczoraj Lorenzo Sanz przegrał nierówną walkę z zarazą, która w tym roku opanowała cały świat, ale do końca swoich dni zachowywał się jak mistrz. Jak mistrz, który odzyskał Puchar Europy dla Realu Madryt. Jak mistrz, który do samego końca nie przestał pokazywać, czym są walory Królewskich, które tak często wydają się być tylko pustymi słowami, lecz nie w jego przypadku. Przez osiem dni pobytu w domu walczył z gorączką i nie chciał zajmować miejsca w szpitalach, gdyż wiedział, że potrzebują go też inni. Nie chciał przeszkadzać lekarzom, aż zaczęło brakować mu tchu. Niewydolność oddechowa połączona z niewydolnością nerek, nadciśnieniem i koronawirusem sprawiła, że po kilku dniach spędzonych na oddziale intensywnej terapii odszedł w wieku 76 lat. Odszedł prezes, który dał wielu z nas ten Real Madryt. Ten, w którym mogliśmy się zakochać. Odszedł wielki człowiek, który na zawsze pozostanie w sercach madridistas.

Żegnaj, presi!

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!