Menu

Rozliczenie roczne Zidane'a

Foto: Rozliczenie roczne Zidane'a
Fot. Getty Images

16 marca 2019 roku, czyli dokładnie rok temu, Real Madryt wygrał 2:0 z Celtą Vigo. Gole strzelali Isco i Gareth Bale. Spotkanie to w wykonaniu Królewskich było ani dobre, ani złe. Miało ono w sobie wszystko, by w normalnych okolicznościach nazwać je klasycznym meczem bez historii. Okoliczności normalne jednak nie były. Mowa bowiem o pierwszej potyczce Realu Madryt po powrocie Zinédine'a Zidane'a.

Trudno nie ulec wrażeniu, że na tamtym etapie sezonu powrót Francuza był jedynym lub co najwyżej jednym z naprawdę niewielu ruchów, które mógł wykonać zarząd. Tylko ktoś wjeżdżający na białym koniu w lśniącej zbroi był w stanie jakkolwiek powstrzymać panujący w białej części Madrytu marazm. Któż inny niż Zidane, który napisał tak piękny rozdział w historii światowego futbolu, mógł pozwolić nam spojrzeć w przyszłość z optymizmem w sytuacji, gdy było już po herbacie?

Sentymenty i sympatie bardzo często – nie tylko w futbolu, lecz ogólnie w życiu – niemal zawsze stanowią olbrzymią przeszkodę w wydaniu rzetelnego osądu czy wyciągnięcia słusznych wniosków. Dlatego też tak trudno jest jednoznacznie w jasny sposób odpowiedzieć, jak należy postrzegać ten rok pracy Zizou. Tak czy owak, liczę, że zwłaszcza w momencie obecnego przestoju, nikt podjęcia się próby wykonania tego karkołomnego zadania nie będzie miał mi za złe. Za wszystkich jednak mówić nie mogę, więc powiem jedynie – starając się zachować jak największy obiektywizm – jak wygląda to z mojej perspektywy.

***

Punkt wyjścia do jakichkolwiek podsumowań i rozważań powinno stanowić jedno podstawowe pytanie, które powinniśmy sobie zadać, dystansując się chwilowo od naszej sympatii czy też antypatii względem Francuza. Czego my tak właściwie spodziewaliśmy się po powrocie Francuza? Jeśli ktoś faktycznie oczekiwał, że Zidane w kilka sekund wysprząta wszystko na błysk, a Real będzie każdego golił jak ostatniego frajera, to bez cienia wątpliwości Zizou powinien zostać pogoniony precz jeszcze przed końcem ubiegłego sezonu. Dla osób patrzących nieco szerzej sprawa zapewne już tak czarno-biała jednak nie jest.

Głównym zadaniem każdego trenera jest niewątpliwie podejmowanie decyzji, całą resztę w większości – oczywiście w porozumieniu z tobą – zrobią twoi asystenci. Szkoleniowiec może mieć węższe lub szersze pole manewru, jednak zazwyczaj działania podejmuje w określonych ramach. Ale nie Zidane. Niejeden próbował już rozszyfrować choćby namiastkę tego, co siedzi w jego głowie. Bezskutecznie. Takiego kombinatorstwa, jakie uprawia Francuz, nie uprawia obecnie chyba nikt. Jak nietrudno się domyślić, efekty tego bywają najróżniejsze. Czasami pukasz się w głowę, byś koniec końców mógł dowiedzieć się, że o piłce wiesz w sumie niewiele. Czasami zaś pukasz się w głowę i po ostatnim gwizdku najchętniej byś Zidane'a rozszarpał. Zazwyczaj te jakże skrajne stany następują w niewielkim przedziale czasowym.

Zidane wszedł w dość ryzykowną gierkę, nawet pomimo tego, że najpierw miał jeszcze parę miesięcy gry o nic, gdy mógł dokładnie przyjrzeć się każdemu piłkarzowi z osobna i ocenić jego przydatność do drużyny. Były wybitny pomocnik decyzje genialne regularnie przeplata z takimi, gdzie człowiek po długich tygodniach cały czas zastanawia się, co autor miał na myśli. Kiedy zaś wydaje się, że coś funkcjonuje już bez zarzutu… zaraz to zmienia.

Najlepszą z najmniej oczywistych decyzji było tak odważne postawienie na Fede Valverde. Temat ten nie pozostawia absolutnie żadnego miejsca na polemikę. Przed sezonem zapewne większość z nas zastanawiała się, jakim cudem tak łatwo odpalono Daniego Ceballosa czy Marcosa Llorente oraz dlaczego klub w zasadzie nawet nie brał pod uwagę powrotu Mateo Kovačicia. Zagadka rozwiązana została bardzo szybko za sprawą Urugwajczyka, którego początkowo można było postrzegać jako jedno z dziwactw Zidane'a.

Czas pokazał jednak, że trener w tym przypadku miał rację. Fede szybko stał się jedną z rewelacji sezonu. Poza tym, że dla niego mecze mogłyby trwać nie 90, a 900 minut 21-latek ma niezaprzeczalną jakość czysto piłkarską. Potrzeba było tylko kogoś, kto jest w stanie obudzić w nim pełnię potencjału. Tym kimś okazał się Zidane. Można się oczywiście zastanawiać, jak wszystko potoczyłoby się, gdyby ostatecznie do Realu trafił Paul Pogba. Byłaby to już jednak zabawa w analizy alternatywnej rzeczywistości, która zapewne nie wniosłaby tutaj nic konkretnego.

O ile odkrycie Valverde trzeba zapisać szkoleniowcowi na ogromny plus, o tyle nadal zastanawiamy się, co takiego Zidane odkrył w Lucasie Vázquezie. Galisyjczyk pozostaje jednym z najbardziej zaufanych ludzi szkoleniowca, choć jego gra w tym sezonie najczęściej woła o pomstę do nieba. Skrzydłowemu nie można co prawda zarzucić braku ambicji, ale piłkarsko do drużyny nie wnosi zupełnie nic. Swego czasu sprawdzał się na pewno jako gracz szarpiący w końcówkach, ale pierwszy skład to zdecydowanie za duże buty. Istnieje też zawsze możliwość, że to my jesteśmy głupkami, a Zidane wie, co robi. Gołym okiem w każdym razie nie za bardzo da się to dostrzec.

Kością niezgody bardzo długo pozostawało również podejście do Luki Jovicia. Zidane'owi tradycyjnie zarzucano bezgraniczną miłość względem Karima Benzemy, przez którą Serb pozostawał permanentnie przyspawany do ławki. Zarzucanie niesprawiedliwości trenerowi okazało się mimo wszystko chyba bezpodstawne. Luka z czasem swoje szanse zaczął otrzymywać, ale nie zrobił niemal nic, by wciąż debatowano o tym, czy powinien grać częściej. Dziś nie za bardzo dziwi, że Jović ma już problemy z łapaniem się do meczowej kadry. Wydaje się, że tu chodzi o coś więcej niż zwykły brak zaufania ze strony szkoleniowca.

Przed sezonem Zidane publicznie stwierdził również, że w obecnym sezonie zakończona zostanie dyskusja dotycząca obsady bramki. Tak też się stało. Debaty nie ma i wyszło to wszystkim zdecydowanie na dobre. Trener nie musi stale się zastanawiać, jak zadowolić dwóch światowej klasy golkiperów, a zarówno Courtois, jak i Keylor odczuwają o wiele większy komfort psychiczny. Posiadanie w kadrze dwóch tak dobrych bramkarzy z jednej strony było luksusem, jednak na dłuższą metę sytuacja musiała być męcząca dla wszystkich stron. Courtois i Areola w roli jego zmiennika to chyba najlepsze rozwiązanie. W razie niedyspozycji Thibaut między słupkami wciąż możemy liczyć bowiem na kogoś o sprawdzonych umiejętnościach.

Również w aspekcie decyzji czysto „meczowych” raz po raz mogliśmy czuć się niczym na rollercoasterze. Niejednokrotnie wyglądało to tak, jakby Zidane nie tolerował stanów pośrednich. Albo trafiał w środek tarczy, albo nie trafiał w nią w ogóle. Najbardziej błyskotliwą z decyzji w ostatnim czasie było wystawienie w Klasyku Marcelo. Prawdopodobnie nie ma osoby, która nie była tym zaskoczona. Niewykluczone, że sam Brazylijczyk nie spodziewał się występu w wyjściowym składzie. Marcelo przez większość sezonu grał bowiem tak, że jak równy z równym rywalizować mógłby co najwyżej z Adamem Marciniakiem. I nie jest powiedziane, że rywalizację tę by wygrał. W Klasyku spisał się jednak wybornie, a jego czysty wślizg przy wychodzącym sam na sam Messim na długo zapadnie w naszą pamięć.

Zidane potrafił też perfekcyjnie zareagować w derbach Madrytu na początku lutego. O ile zmiana Isco na Lucasa nie sprawiała jeszcze, by trzeba było się łapać za głowy, o tyle wejście Viníciusa za Kroosa wydawało się jak najbardziej ryzykowne. Jak się skończyło, wszyscy wiemy. Błysk młodego atakującego okazał się kluczowy przy jedynej bramce w meczu. Nawet jeśli Francuz pomylił się z zestawieniem wyjściowego składu, to jednak udowodnił, że umie dokonać właściwej analizy w trakcie spotkania.

Inną kwestią jest to, że nie do końca wiadomo, o co Zidane'owi chodzi z tym coraz częstszym rezygnowaniem z Kroosa. Niemiec najpierw przesiedział na ławce całą potyczkę z Manchesterem City, przed tygodniem zaś zszedł z boiska, kiedy Real musiał gonić wynik z Betisem. Tak samo trudno zrozumieć, co Zidane chciał osiągnąć, odstawiając Valverde w starciach z Levante i Betisem. Jeśli chodziło o zwyczajną rotację, to jednak chyba można było wdrażać je w życie w nieco lepszym momencie niż w meczach, w których stawką było pozostanie na pozycji lidera. Co prawda nie można powiedzieć, że Królewscy z Fede w składzie w Walencji i Sewilli odnieśliby zwycięstwa, ale z drugiej strony nikogo nie trzeba przekonywać, jak kluczową postacią stał się dla zespołu Urugwajczyk…

W styczniu poważnym testem dla Realu było poradzenie sobie w Superpucharze bez Karima Benzemy. Jasne wydawało się, że Zidane wreszcie będzie musiał postawić na Lukę Jovicia. I tutaj zaskoczenia nie było. Serb swoją szansę rzeczywiście otrzymał. Zidane, jakby spodziewając się, że napastnik może nie podołać, postanowił jednak zmienić ustawienie na 4-5-1. W efekcie wszystko potoczyło się najprawdopodobniej tak, jak zakładał trener. Jović zawiódł, a środek pola złożony z pięciu graczy w największej mierze przyczynił się do zdobycia trofeum. Dlaczego Zidane nie próbował tego ustawienia tak chętnie później? Złośliwi powiedzą, że funkcjonowało ono zbyt dobrze. Albo po prostu nie pasowało pod Benzemę.

Były jeszcze takie przypadki, jak wpuszczenie Mariano na ostatnie dwie minuty Klasyku, ale tutaj prędzej trzeba by mówić o zwyczajnym szczęściu. Jeśli ktoś się z tym nie zgadza, może sobie dopisać to do listy genialnych pomysłów Zizou, nie ma problemu.

Dyskutować za bardzo nie można z tym, że Zidane'owi – przynajmniej w lidze – bardzo dobrze idzie w bezpośrednich konfrontacjach z czołówką. W meczach z drużynami zajmującymi obecnie pierwsze sześć pozycji w tabeli Zizou jak dotąd nie przegrał ani razu. Z Barceloną zwycięstwo i remis, z Sevillą dwa zwycięstwa, z Realem Sociedad zwycięstwo, z Getafe zwycięstwo, z Atlético zwycięstwo i remis. Łącznie 20 punktów na 24 możliwe, 12 goli strzelonych, tylko 2 stracone. Pod tym względem naprawdę trudno jest się o cokolwiek przyczepić.

Czepiać można się za to tego, jak bardzo męczymy się z zespołami z dołu czy drużynami klasy średniej. Potyczki z Mallorcą, Celtą, Levante czy Betisem podpadają wręcz pod zjawiska paranormalne. Paleta impotencji została w nich zaprezentowana we wszystkich odcieniach. Z wyżej wymienionymi rywalami zaliczyliśmy kolejno: mecz bez choćby jednej składnej akcji, prowadzenie stracone w końcówce, spotkanie, które powinniśmy skończyć jeszcze przed przerwą, lecz które przegraliśmy i absolutną dominację rywala przechodzącego przez kryzys głębokości Rowu Mariańskiego. To jedynie najbardziej jaskrawe przykłady. Punkty traciliśmy bowiem także z Valladolidem, Villarrealem, Athletikiem, jeszcze raz z Betisem oraz Valencią.

W mistrzowskim sezonie 2016/17 mecze z niżej notowanymi rywalami bardzo często załatwiała nam najzwyczajniej w świecie szeroka kadra lub/i Cristiano Ronaldo. Zidane bardzo umiejętnie potrafił korzystać ze wszystkich piłkarzy w zespole, co umożliwiło mu skuteczną walkę na dwóch frontach. Dziś trener także stosunkowo często decyduje się na rotacje, jednak efekty nie są już tak oszałamiające. Naturalne rodzi się w tym momencie pytanie, czy to kwestia nietrafionych decyzji trenera czy też może po prostu słabszej kadry. Odpowiedź niestety, jak zwykle, nie może być jednoznaczna.

Kwestia nietrafionych decyzji została już w największej mierze omówiona wyżej. Zostaje więc do poruszenia temat jakości kadry, którą dysponuje Zizou. A jest ona chyba po prostu słabsza niż w mistrzowskim sezonie. Od momentu ostatniego ligowego tytułu z klubu odeszli tacy gracze jak chociażby Cristiano Ronaldo, Morata, Danilo, Pepe czy Kovačić. Odejść i wrócić o dwie klasy gorszym piłkarzem zdążył także James. Pozbyliśmy się więc głównej armaty oraz piłkarzy, którzy z ławki byli w stanie wnieść sporą jakość. Nawet Danilo można bowiem postrzegać jako gracza o klasę lepszego od Odriozoli.

Minionego lata Królewscy na transfery wydali ponad 300 milionów euro, by koniec końców okazało się, że flagowy nabytek prawie cały sezon straci przez kontuzje, a z pozostałych nowych zawodników w zasadzie tylko jeden jest w stanie rywalizować na równych zasadach o pierwszy skład – Ferland Mendy. Przykład Jovicia wspomniany został już wyżej, Rodrygo miał swoje pięć minut, ale na tę chwilę to wciąż jedynie materiał na fantastycznego piłkarza, Militão natomiast nie ma na razie poważniejszych argumentów, by nawiązać walkę z Ramosem i Varane'em.

Nie jest oczywiście tak, że Zidane nie ma z czego rzeźbić, takie stwierdzenie byłoby mimo wszystko sporą przesadą. Na pewno jednak nie może liczyć na aż taki luksus jak przed trzema laty. Biorąc pod uwagę to, że mający robić różnicę Eden Hazard najpierw musiał zrzucać kilogramy, a potem się leczyć, Zizou dysponuje trzonem zespołu niezwykle zbliżonym do tego, co jego poprzednicy.

Chcąc nie chcąc pozostało więc rzeźbienie w tym, co się ma. Jest w kadrze kilku zawodników, którzy po powrocie Zidane'a zaliczyli jakościowy skok. Do tego grona na pewno trzeba by zaliczyć Modricia, Kroosa, Casemiro czy Courtois. Po kilku miesiącach spędzonych w karcerze udało się także – miejmy nadzieję na dobre – odzyskać Isco. Problem polega jednak na tym, że na poziomie drużyny wszystko wygląda dość podobnie do tego, co oglądaliśmy za Julena i Solariego. Nie udało się Zidane'owi odbudować Bale'a, choć tutaj odbudować nie pozwolił się bardziej sam Walijczyk. Nie udało się też znaleźć pomysłu na Jamesa. Z Kolumbijczykiem Zidane nigdy jednak nie miał za bardzo po drodze. 

W efekcie, jeśli chodzi o styl gry, widujemy co najwyżej przebłyski. W większości meczów Real ogląda się bez większej przyjemności, a problemy jest w stanie stworzyć nam dosłownie każdy. I właśnie to jest największym kamyczkiem do ogródka Zidane'a i jego podopiecznych. Metoda tysiąca wrzutek – zwłaszcza Carvajala do Cristiano, którego nie ma z nami od półtora roku – ma pełne prawo doprowadzać do szewskiej pasji. Jeden powie, że w obecnej sytuacji wychodzą trenerskie braki Francuza, kto inny zaś stwierdzi, że z tej bandy sytych kotów, którym towarzyszą gracze nieprzystający poziomem do Realu Madryt, nie da się wycisnąć więcej. Gdzie leży prawda? Cóż, najwygodniej zawsze jest powiedzieć, że pośrodku.

Czy ktoś jednak będzie pamiętał o stylu, jeśli ostatecznie dane nam będzie sięgnąć po mistrzowski tytuł lub – mniej prawdopodobne – Ligę Mistrzów? Real Zidane'a w okresie prosperity również przecież prezentował piękny styl od wielkiego dzwonu…

***

Ktoś kiedyś w komentarzach pod artykułem o Luce Zidanie napisał: „Jak można być bramkarzem, kiedy twój stary do Zidane?”. Przyznam szczerze, że pytanie to, kiedy tylko sobie o nim przypominam, śmieszy mnie do dziś. Czasami jednak przerabiam je sobie na nieco inne: Jak można zostać zwolnionym, kiedy jesteś Zidane'em?

Trudno wyobrazić sobie Florentino zwołującego konferencję prasową, podczas której ogłasza zwolnienie z listy płac człowieka, w którym od zawsze był tak bezgranicznie zakochany. Tym bardziej że mowa o kimś, kto do tej pory za każdym razem sam wybierał moment, w którym trzeba odejść. Jeśli jednak ten sezon zakończymy (o ile rzecz jasna zostanie on dokończony) z pustymi rękami, powiem tylko, że cieszę się, iż to nie ja będę musiał podejmować decyzję…

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Zgadzam się.