Pierwszy raz usłyszeliśmy o nim wiosną 2018 roku, gdy miał być już o krok od transferu do Barçy, a Sport i Mundo Deportivo co drugi dzień rzucały go na okładkę. „Kwestia godzin”, „Kwestia dni”, „Kwestia godzin”, „Kwestia dni”… „Rodrygo piłkarzem Realu”. I cyk. Tak oto Juni Calafat znowu przechytrzył wszystkich i za worek milionów euro pozyskaliśmy kolejną perełkę z Brazylii, o której nie wiedzieliśmy prawie niczego. W zasadzie jedyne, co przychodziło wówczas do głowy, to dlaczego ten dzieciak ma w swoim nazwisku literówkę i literę „Y”, a nie „I”, jak każdy inny Rodrigo w Hiszpanii?
Dopiero później okazało się, że Rodrygo to Rodrygo, bo jego mama uznała, że tak… będzie fajniej. No i fajnie (jego siostra to Julya). Wcześniej przyszła jednak pora na oglądanie kompilacji, czytanie wywiadów z co drugim piłkarzem Santosu, który wychwalał nastolatka pod niebiosa, zwierzenia rodziny, wyznawanie miłości klubowi i tak dalej. Byliśmy na to gotowi, bo niemal identyczną historię przerabialiśmy dopiero co z Viníciusem. Ale z Brazylii napływały przekonywające stwierdzenia: Vinícius? Jaki Vinícius? Rodrygo jest lepszy, dziesięć razy lepszy, sto razy lepszy, nowy Pelé, Robinho, nowy Neymar. No to pozostało niecierpliwie czekać, bo paru już takich było.
W końcu ostatniego lata dzisiejszy solenizant wylądował w Madrycie. Najpierw miała być pretemporada, potem spokój, Castilla, kilka treningów z Ramosem i spółką, może jakieś ogony w Pucharze Króla. Ale jak to w Realu bywa, piłkarze zaczęli padać jak muchy, lekarze nie mogli się nudzić, a Rodrygo szybko doczekał się oficjalnego debiutu… i w meczu z Osasuną potrzebował raptem minuty, aby cudownie przyjąć piłkę i zapakować ją do siatki. Czyli nowy Neymar jednak tu jest, mogli pomyśleć co niektórzy.
Potem nadeszły kolejne szanse, kolejne gole i przede wszystkim pamiętny hattrick z Galatasarayem, o którym napisano już chyba wszystko. Każda z gazet znalazła od razu dziesiątki anegdot i historyjek wyjętych z życia młodego Brazylijczyka, które dziś uchodzą już za wiedzę powszechną. Nie mogło być też inaczej i w Hiszpanii oczekiwania wobec Rodrygo szybko wywindowały w okolice czterdziestego ósmego piętra, a tekst o „nowym Neymarze” nie brzmiał już tak groteskowo.
Na boisku wychowanek Santosu sprawiał jednak wrażenie dziecka o mentalności starego wygi, który na futbolu zjadł już zęby i żadna presja nie robi na nim większego wrażenia. Nie celebrował bramek jak opętany szaleniec, nie dawał ponieść się emocjom, ale z czasem niestety nieco przygasł i od początku grudnia nie strzelił już żadnego gola. I właśnie teraz potrzeba mu spokoju, a nie kolejnych ankiet, czy zdobędzie kiedyś Złotą Piłkę. Dziś kończy zaledwie dziewiętnaście lat, więc w naszym kraju dopiero szedłby na studia lub był jeszcze maturzystą. I tego mu życzmy, spokojnego rozwoju, chłodnej głowy, ale czasem też brazylijskiego szaleństwa na murawie, a kolejne gole i dobra gra wrócą do niego same.
Wszystkiego najlepszego, Rodrygo!
Feliz aniversário, Rodrygo!
Komentarze (3)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się