Menu
/ Airwolf

Fiesta de goles! Real - MLS 5:0!

Stany Zjednoczone Ameryki. Ponad 9 milionów km², blisko 296 milionów...

Stany Zjednoczone Ameryki. Ponad 9 milionów km², blisko 296 milionów obywateli. Najpotężniejsza i najnowocześniejsza gospodarka świata, najpotężniejsze siły zbrojne świata, a na polu sportowym – najlepsza liga koszykarka i hokejowa, nie mówiąc już o baseballu i futbolu amerykańskim. I dopiero w bardzo czarnym cieniu tych czterech dyscyplin siedzi sobie piłka nożna, czyli – jak zwykli mawiać Jankesi – soccer.

Nie można jednak zarzucić amerykańskiej piłce, iż siedzi w cieniu po cichu. Po raz pierwszy Amerykanie wystąpili na Mistrzostwach Świata w… 1930 roku! Mało tego, wygrywając dwa razy po 3:0 (z Paragwajem i Belgią) awansowali do półfinału. Tam jednak, 26 lipca na Estadio Centenario, ulegli Argentynie aż 1:6.

W 1950 roku, podczas brazylijskich finałów, piłkarze z ojczyzny barów McDonald’s, nazywani jedyną obok Eskimosów nacją nie umiejącą grać w piłkę, pokonali potomków pierwszych w ogóle piłkarzy w historii – reprezentację Anglii. Zwyciężyli co prawda tylko 1:0 (gola zdobył w 38. minucie Joe Gaetjens), ale to starczyło, by w wyspiarskich gazetach pojawiły się nekrologi obwieszczające śmierć angielskiego futbolu. Ćwierć wieku później, w 1975 roku, całym piłkarskim światem wstrząsnęła inna wiadomość – piłkarzem nowojorskiego Cosmosu został sam Król… nie, nie Elvis, ale Edson Arantes do Nascimento, czyli Pelé!

Za jego przykładem na druga stronę Atlantyku udali się tacy legndarni futboliści, jak Franz Beckenbauer, Gerd Müller, Johan Cruyff, Johan Neeskens, Eusebio, Carlos Alberto, George Best, czy najwybitniejszy być może polski piłkarz – Kazimierz Deyna, który za oceanem zakończył nie tylko sportową karierę, ale też – w tragicznych okolicznościach – życie. Zarabiając godziwe pieniądze (sam Pelé twierdzi, że grając trzy lata w Cosmosie zarobił więcej, niż przez całą wcześniejszą karierę), zwiększali zainteresowanie młodych Amerykanów (czy też Stanozjednoczników, przy której to wersji upierają się ci, dla których Amerykanie to jedynie Native Americans, czyli Indianie) soccerem, tak kibicowskie, jak i „praktyczne”, czyli chęć zrobienia sportowej kariery w tej właśnie dyscyplinie. Robili to na tyle skutecznie, że w 1990, po 40-letniej przerwie piłkarska reprezentacja USA znów zagrała w Mistrzostwach Świata. Mowa tu oczywiście o reprezentacji mężczyzn, bo kobiecy soccer to zupełnie inna bajka.

Wracając do głównego wątku – w Italii w 1990 roku Stany Zjednoczone przegrały wszystkie trzy mecze, ale już cztery lata później, goszcząc najlepszych piłkarzy globu u siebie, zaprezentowali się jak najbardziej poprawnie. Remisując ze Szwajcarią, wygrywając z Kolumbią i przegrywając z Rumunią, zajęli trzecie miejsce w grupie i awansowali do 1/8 finału (w ówczesnym systemie, gdy grup było sześć, a nie osiem, było to możliwe). Tam, grając na Stanford Stadium, ulegli późniejszym mistrzom, Brazylii, zaledwie 0:1 po golu Bebeto.

Te rozgrywane na amerykańskiej ziemi Mistrzostwa na dobre rozpędziły wzrost popularności piłki nożnej w USA. Tamtejsza liga – Major League Soccer – z której najlepszymi piłkarzami Real dziś grał, stawała się coraz lepiej zorganizowana, piłkarze coraz lepiej szkoleni przez coraz bardziej doświadczonych trenerów i… oczywiście słynnych kolegów zza oceanu, bo skoro sprowadzanie europejskich gwiazd przynosiło takie skutki, po co z tego rezygnować?

Dystans, jaki pozostał Stanom Zjednoczonym do nadrobienia uwidoczniony został jednak podczas Coupe du Monde w 1998 roku. Trzy przegrane mecze, w tym przepełnione politycznymi podtekstami spotkanie z Iranem, były bolesnym, ale zarazem otrzeźwiającym ciosem dla pełnych wiary we własne siły Amerykanów. Z kadry zabranej do Francji przez ówczesnego selekcjonera, Steve’a Sampsona, na dzisiejszy mecz powołany został jeden zawodnik – Frankie Hejduk.

Jak na francuską klęskę (bo tak ambitni Amerykanie musieli odebrać potrójną porażkę) zareagowali szefowie United States Soccer Federation? Na miejsce Sampsona zatrudnili Bruce’a Arenę, który reprezentację z kraju Gwiaździstego Sztandaru (Star Spangled Banner) prowadzi do dziś. Z perspektywy czasu widać, że decyzja ta była ze wszech miar słuszna – przez 6 lat swojej kadencji selekcjonerskiej Arena poprowadził Jankesów w 82 meczach, z których Amerykanie wygrali 44 i zremisowali 16. Bilansu takiego wstydzić się nie trzeba, zwłaszcza, że po drodze przyszedł triumf w Złotym Pucharze CONCACAF i wyśmienity występ na Mistrzostwach Świata w 2002 roku – wygrana z Portugalią i remis z koreańskimi gospodarzami wystarczył, by, mimo porażki z Polską w trzecim meczu, wyjść z grupy z drugiego miejsca. W 1/8 finału gole Briana McBride’a i Landona Donovana (który wystąpił w dzisiejszym meczu) dały US-Teamowi triumf nad Meksykiem i awans do ćwierćfinału, gdzie wynikiem 0:1 ulegli Niemcom. Obecnie zaś, ze stratą jednego punktu do liderującego Meksyku, zajmują drugie miejsce w grupie eliminacyjnej do Mistrzostw Świata.

Jak do sukcesów drużyny narodowej dopasowała się liga? Nieźle. Wciąż sprowadzano między Atlantyk a Pacyfik piłkarzy, którzy robili kariery w Europie: w 2000 roku do Chicago Fire, gdzie gwiazdą pierwszej wielkości był Piotr Nowak, przeszedł Christo Stoiczkow, a w lutym tego roku – były Mistrz Świata, Francuz Youri Djorkaeff, którego również mogliśmy oglądać w spotkaniu z Królewskimi. Mając na wyciągnięcie ręki takie legendy piłki nożnej, młodzi amerykańscy adepci soccera tym chętniej korzystają z wyśmienitej i wciąż ulepszanej bazy treningowej, do tego z coraz lepszym skutkiem. Dość powiedzieć, że podopiecznym polskiego trenera, Piotra Nowaka, w DC United jest – powszechnie zwany Genialnym Dzieckiem – Freddy Adu. Można żałować, że to Jaime Moreno, a nie Adu, został (wraz z Nickiem Rimando) wybrany do meczu z Realem Madryt jako przedstawiciel klubu ze stolicy. Byłaby to wyśmienita okazja do obejrzenia Genialnego Dziecka w akcji przeciwko naprawdę wielkiej drużynie.

Stało się jednak, jak się stało, w drużynie Steve’a Nicola nie znalazł się Freddy Adu, za to pojawiło się wielu innych słynnych piłkarzy – Frankie Hejduk, mający za sobą dwa turnieje finałowe Mistrzostw Świata i Landon Donovan, znany z występów w Bayerze Leverkusen i zdobywca dwóch goli w finałach MŚ z 2002 roku. Drużynom typu „All Stars” z oczywistych powodów zwykło brakować zgrania i zrozumienia między partnerami z drużyny, ale często też potrafią to nadrobić wysokimi umiejętnościami i ambicją. Właśnie ona, a także chęć udowodnienia na Starym Kontynencie, że soccerzyści to już nie są chłopcy do bicia dla europejskich kolegów po fachu, miała być główną bronią MLS-Teamu w walce z Królewskimi o korzystny wynik. I przyznać trzeba, było ich na ten wynik stać...Ale może zacznijmy od początku.

Mecz rozpoczął się od wyrównanej gry obu zespołów, choć trzeba przyznać, że piłkarze MLS Stars braki techniczne starali się nadrabiać walecznością, czego efektem było kilka ostrych fauli. Obyło się bez kartek, a być może jeden lub dwa kartoniki koloru żółtego ostudziłyby nieco zapał przyjezdnych. Cóż, tak się nie stało i przez dobry kwadrans mogliśmy oglądać bardzo zaciętą grą z wieloma przewinieniami z obu stron. Do pewnego momentu piłkarze czynili to dość inteligentnie, tj. faulowali z dala od własnego pola karnego. Ta sztuka nie udała się Josephowi, który w 21. minucie spotkania sfaulował przed polem karnym Júlio Baptistę. Do piłki ustawionej na 20 metrze podszedł Beckham i w swoim stylu pokonał bramkarza precyzyjnym uderzeniem – 1:0. Tu trzeba zaznaczyć, że nie tak precyzyjnym, aby nie był do obrony. Reisa można tłumaczyć faktem, że był on zasłonięty przez zawodników stojących w murze, którzy nie zdołali zablokować strzału Anglika.

Rozochoceni zdobyciem gola gracze Realu zaatakowali jeszcze zdecydowaniej. Częste dośrodkowanie nie znalazły jednak drogi do celu, niestety brakowało precyzji. W 39. minucie sprawy w swoje ręce, a w zasadzie nogi, wziął Ronaldo. Brazylijczyk przedryblował kilku rywali i celnym strzałem pokonał Reisa! Jak się okazało później, nie po raz ostatni w tym spotkaniu.

Dwubramkowe prowadzenie nieco uśpiło piłkarzy Realu, przez co doszło do kilku groźnych akcji ze strony rywala. Po jednej z nich, w samej końcówce pierwszej połowy, świetnie głową uderzył Conrad, ale wyborną interwencją popisał się Diego López. Jego vis a vis czyli Matt Reis także nie pozostawał dłużny i tylko jego skuteczne interwencje zapobiegły utracie kolejnych goli przez zespół MLS. Dobra postawa obu bramkarzy sprawiła, że do końca drugiej połowy nie oglądaliśmy już żadnych bramek.

Trener Luxemburgo widząc, że z minuty na minutę gra jego podopiecznych jest coraz lepsza, nie zdecydował się na przeprowadzenie zmian. To przyniosło efekty, bowiem od samego początku drugiej odsłony Królewscy ruszyli do ataku, raz po raz szturmując bramkę przyjezdnych. Piłka jednak do bramki wpaść nie chciała, a to głównie dzięki dobrej postawie Matta Reisa. Tu należy ponownie wspomnieć o Diego Lópezie, który, podobnie jak w pierwszej połowie, był bardzo pewnym punktem drużyny i w przeciwieństwie do bramkarza gości, nie wpuścił ani jednej bramki.

Reis ponownie musiał wyjąć futbolówkę z siatki w 73. minucie gry. Niemal kopię sytuacji z pierwszej połowy wykonał Ronaldo, który swoimi dryblingami wkręcił w ziemię obrońców MLS Stars i bardzo pewnym strzałem podwyższył prowadzenie na 3:0. Tuż po zdobyciu tej bramki, zespół Królewskich zaczął dosyć niefrasobliwie poczynać sobie w defensywie, co mogło skończyć się bramką dla przeciwników. Tak się jednak nie stało, a kolejne gole padły, tyle że dla Realu. W 80. minucie wprowadzony pięć minut wcześniej Guti strzelił czwartą bramkę dla Blancos, czym doprowadził wszystkich fanów na Bernabéu do ekstazy. Hiszpan otrzymał dokładne podanie w pole karne i prawą nogą uderzył w kierunku dalszego słupka.

Po golu Gutiego Real niemal całkowicie oddał inicjatywę rywalom, Ci jednak nie potrafili znaleźć sposobu na pokonanie naszego bramkarza. Mimo kilku strzałów, żaden z nich nie znalazł drogi do bramki i frustracja piłkarzy gości z takiego obrotu spraw była coraz bardziej widoczna. Rywale zupełnie opadli z sił i nie kwapili się do zbytnich ataków, tymczasem trener Luxemburgo przeprowadził parę zmian, wśród nich tę, na którą czekali wszyscy – w 86. minucie spotkania na placu gry zameldował się Jonathan Woodgate! Dla Anglika był to debiut w barwach Realu Madryt i jego pojawienie się, choć krótkie, należy odnotować jako jeden z wielu plusów tego meczu. W 90. minucie kropkę nad „i” postawił Raúl. Kapitan Blancos otrzymał świetne podanie w tempo od Javiera Portillo i z dość ostrego kąta skierował piłkę do siatki ustalając wynik spotkania na 5:0. Chwilę potem sędzia zakończył ten mecz.

Co dobrego można powiedzieć o tym meczu? Wygraliśmy, to na pewno. Byliśmy drużyną lepszą, mieliśmy cały czas przewagę i nie daliśmy przeciwnikowi nawet chwili wytchnienia. Cieszyć się też możemy z debiutu Jonny'ego Woddgate'a. Nie miał czasu, by cokolwiek pokazać, ale… przynajmniej pokazał siebie samego na murawie. Pierwszy „mecz” Anglika w barwach Realu to na pewno jeden z największych pozytywów tego spotkania. Kolejnymi są z pewnością świetna gra Ronaldo i Davida Beckhama. Także Diego López i Guti potwierdzili, że w trudnych chwilach będzie można na nich liczyć.

Co złego można powiedzieć? Oj, sporo. Można zarzucić naszym piłkarzom fatalną wręcz skuteczność (Matt Reis, golkiper Amerykanów, był bezwzględnie najlepszym ich zawodnikiem) i zdusić ich radość przypomnieniem im, że grali z drużyną złożoną "na szybkiego", która odbyła ledwie jeden, do tego rozluźniający trening. Mimo dobrej gry, momentami były zbyt duże zastoje, na co w meczach o punkty już nie można sobie pozwolić. Do wspomnianej już anty-skuteczności dodać można niecelność zagrań, szczególnie dośrodkowań. Wprawdzie z minuty na minutę było coraz lepiej, ale jest to jeden z elementów, nad którym podopieczni Luxemburgo powinni skupić się na najbliższych treningach.

A co z poziomem MLS? Amerykanie planują, iż ich reprezentacja zdobędzie Mistrzostwo Świata w 2010 roku. Znając ich konsekwencję, ambicję, możliwości finansowe, jest to możliwe. Ale reprezentacja to reprezentacja. MLS to inna para kaloszy, na szczęście, lub niestety.

Składy obu drużyn:

Real Madryt: Diego López; Salgado (Diogo 85´), Helguera (Woodgate 86´) , Pavón (Mejía 87´), Roberto Carlos (Raúl Bravo 87´); Gravesen (Pablo García 68´), Zidane (Guti 63´), Beckham, Baptista (Owen 80´); Raúl, Ronaldo (Portillo 87´).

MLS All Stars: Reis (Rimando 88´); Hejduk, Mastroeni (Sequeira 74´), Conrad, Burciaga (Clark 86´); Joseph, O´Brien, Mapp (Cunningham 45´), Dempsey (Kreiss 69´); Donovan (Djorkaeff 61´), Moreno (Guevara 24´).

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!