Kolejny kraj, kolejne miasto, kolejny rywal. Tournee 2005 minęło półmetek. Na szczęście jest już bliżej niż dalej końca tej mordęgi. Na konferencjach prasowych, spotkaniach z kibicami, sponsorami wszyscy tryskają optymizmem, zachwalają miejscowych, wręcz nazywają kolejne kraje (USA, Chiny, Japonia) swoimi drugimi domami. Ale trzeba być naprawdę naiwnym do kwadratu, żeby w to wszystko wierzyć. Oglądając dzisiejsze spotkanie z Tokio Verdy można było odnieść wrażenie, że piłkarze przeżywają najgorsze chwile w życiu. Starają się tylko ci, którzy muszą, czyli młodzi minigalacticos (Juanfran, De la Red, itd.) oraz czasami Luis Figo, który jakby wciąż nie wiedział co ze sobą zrobić. Reszta wychodzi na boisko tylko po to żeby jak najszybciej z niego zejść. Zizou pojawił się, potruchtał troszkę przed miejscowymi kibicami i w 33 minucie został zmieniony przez Gutiego. Nawet jeśli było to spowodowane kontuzją jestem pewny, że podobnie będzie w środę - Francuz wejdzie na boisko, kopnie parę razy piłke i zejdzie. Na szczęście! Zidane to zbyt wielki skarb, nawet u schyłku kariery, żeby marnować jego siły na tak nędzne pokazówki.
W obliczu tego wszystkiego wynik to sprawa drugorzędna. Wygramy 5:0 - super! Przegramy 0:3? - Jeszcze lepiej! Popularność Realu wzrośnie, bo wszyscy będą mówić o tym jak to najwięksi piłkarze na globie przegrali z Japończykami.
Mimo wszystko był to mecz Realu Madryt, więc musimy odnotować: W pierwszej połowie wiele się nie działo, ale inaczej też być nie mogło. Padły dwie bramki dla gospodarzy. Strzelcami Kobayashi i Washington. Oba gole po ładnych podaniach za plecy obrońców. W drugiej połowie obraz meczu wiele się nie zmienił. Wizerunek Królewskich poprawili (dlaczego? o tym w pierwszym akapicie) trochę De la Red, Soldado i Figo. Najlepsza okazja do zdobycia honorowej bramki była właśnie po akcji Portugalczyka i młodego snajpera Realu B. Niestety Soldado, po pięknej akcji Luisa Figo nie potrafił skierować z bliskiej odległości strzałem z woleja piłki do bramki. Futbolówka poszybowała wysoko nad bramką. Wcześniej jeszcze gospodarze zdobyli trzecią bramkę. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego piękną główką Yamada doprowadził do eksplozji radości w stolicy Japonii. W ostatnich minutach przeszła jeszcze gwałtowna ulewa nad stadionem i arbiter spotkania gwizdnął po raz ostatni. Chciałoby się powiedzieć - o 90 minut za późno...
Klęska w Tokio
Sromotną klęskę ponieśli piłkarze Realu w meczu z Tokio Verdy. Wynik 0:3 mówi sam za siebie
REKLAMA
Komentarze (129)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się