Menu
Kristobal / MARCA

Piłka w hitlerowskiej rzeźni

Reportaż <i>Marki</i> z okazji rocznicy wyzwolenia obozu

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Ten tekst nie jest bezpośrednio związany z Realem Madryt. Uznaliśmy jednak, że szczególnie w tym okresie, gdy zbliża się 73. rocznica wyzwolenia niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, są pewne rzeczy, o których po prostu trzeba napisać, zwłaszcza że jest to tematyka bardzo nam – Polakom – bliska. Ten temat jest trudny i bardzo przygnębiający, ale w poniższym reportażu można doszukać się też czegoś w rodzaju uśmiechu. Pokazuje on przecież, że piłka nożna niesie radość, nieważne gdzie i kiedy. To samo miało zresztą miejsce podczas rozejmu bożonarodzeniowego, kiedy to znajdujący się na froncie alianci i Niemcy rozegrali towarzyski mecz. Futbol jest siłą, która potrafi pocieszać w najtrudniejszych momentach. Takich, których większość z nas sobie nawet nie wyobraża. Uprzedzamy jednak, że część tego tekstu może być uznawana za drastyczną.

Spójrzcie na ilustrację. Przypatrzcie się dobrze. To jest właśnie Auschwitz i ludzie, którzy umrą. Jeszcze kilka minut i wszyscy znajdą się w komorach gazowych. Czarny dym to idące do nieba osoby, którym zgotowano piekło na ziemi. Później opadną na ramiona ludzi ubranych w pasiaste uniformy, którzy starają się oderwać od mrocznej rzeczywistości, kopiąc piłkę. Teraz już nie patrzcie, ponieważ tu nie ma nic, co dałoby się racjonalnie wytłumaczyć. Jest to absolutnie abstrakcyjna scena, a jednak się wydarzyła. Boisko, piłka i całe mnóstwo zła. Przed wami relacja świadków, którzy przeżyli ten koszmar, uczestnicząc również w tych niewyobrażalnych meczach. Całość przygotował i opracował José Pérez, dziennikarz Marki.

***

Komendant obozu w Auschwitz narzeka na ból nóg. Zimno mu. Rudolph Höss jest uwięziony w Norymberdze, przed tym, jak zostaną przedstawione mu zarzuty. Zabójstwo ponad miliona osób. Przesłuchuje go Leon Goldensohn, psychiatra wojskowy ze Stanów Zjednoczonych. Jest 11 kwietnia 1946 roku. Białe ściany celi, zlokalizowanej w budynku C, wysłuchują rozmowy obydwu.
– Czy myśli pan czasem o tych egzekucjach i o rozkazach palenia ciał, które pan wydawał? Czy poruszają pana te wspomnienia? – pyta psychiatra.
– Nie, nie myślę o tym – odpowiedź Niemca jest krótka, ale znacząca.
– Czy ma pan koszmary? – dopytuje Goldensohn, nie wierząc w aż tak ogromne znieczulenie człowieka.
– Nigdy.

„Nie mieliśmy sił na życie, które tam prowadziliśmy, więc futbol był czymś sporadycznym i spontanicznym”
2 listopada 2017 roku Yehuda Bacon, jeden z ocalałych z Holokaustu, otrzymuje telefon. Zgadza się udzielić wywiadu madryckiej gazecie. Wiezień o numerze 168 194 trafił do Auschwitz 16 grudnia 1943 roku, w wieku zaledwie 14 lat. Teraz ma 88 i żyje w Jerozolimie. Nazistowskie piekło zabrało mu ojca, matkę i siostrę. Jest sam.

Panie Bacon, był pan więźniem w Auschwitz, prawda?
Tak. Nie można w żaden sposób opisać tak okropnego miejsca. Tam natychmiast zabijano ludzi.

Czy to prawda, że w obozie rozgrywano mecze piłki nożnej?
Tak.

Pan był jednym z grających?
Owszem. Jako dzieci czasem mogliśmy sobie pograć. Mieliśmy od 12 do 16 lat. Mieszkaliśmy w Zigeunerlager [specjalnie wydzielona część obozu, w której przebywali najczęściej Romowie – dop. red.]. Życie tam było straszne, prawdziwe piekło.

Jak i kiedy się odbywały te mecze?
Grywaliśmy sporadycznie, tylko w niedziele i to nie każdą. To był pewnego rodzaju wyjątek.

Skąd mieliście piłkę? Wyobrażam sobie, że w takim miejscu trudno ją znaleźć.
Dał nam doktor Klein, jeden z członków SS. Przychodził do nas i często przyłączał się do gry. To właśnie on nam pomógł ze znalezieniem piłki.

Jak to możliwe, że w takich okolicznościach w ogóle były rozgrywane mecze?
To nie było coś zorganizowanego i zaplanowanego. Raczej spontaniczna improwizacja, bez konkretnych dni czy godzin. Nie mieliśmy sił na życie, które tam prowadziliśmy, więc futbol był naprawdę wyjątkiem.

Pojawienie się piłki nożnej w miejscu przeznaczonym do mordowania i tortur jest czymś niezwykłym.
W rzeczy samej. Nie ma to absolutnie sensu. Dlatego nie chcę, by mówiono, że w Auschwitz tylko grało się w piłkę. To bzdura. Tam zabijano ludzi. Oczywiście paradoksem jest fakt, że w takim miejscu ludzie odnajdywali w sobie siłę i chęci na grę w piłkę. To dziwnie brzmi i jest z pewnością trudne do zrozumienia, ale tak było.



„Kapo był prawdziwym sadystą. Ze strachu dawaliśmy mu zdobyć wszystkie bramki”
Do obozu we wrześniu i grudniu 1943 trafiło 10 000 więźniów, w dwóch transportach. Rozegrali tam mecz, dając kapo [więzień funkcyjny w obozach koncentracyjnych – dop. red.] zdobyć wszystkie bramki, bojąc się jego okrucieństwa. Następnego dnia zginęło 5000 z nich. Tych Żydów, pochodzących z Republiki Czeskiej, osadzono w „rodzinnym obozie” w Birkenau, kolejnym elementem propagandy nazistowskiej. Tam umiejscowionych więźniów nie zabijano od razu. Wręcz przeciwnie, żyli całkiem długo, pozwalano im nawet wysyłać listy do rodzin. To wszystko, aby kontrole Międzynarodowego Czerwonego Krzyża przekonały się, że są to jedynie obozy pracy, w których absolutnie nie łamie się praw człowieka. Był tam również Arno Böhm, człowiek okrutny, którego pasją był futbol.

„Kiedy ja dotarłem do Auschwitz, był tam szef kapo, prawdziwy weteran obozu koncentracyjnego. Niezwykle okrutny. Miał numer 8 i w obozie był niemal od początku, a pochodził z Niemiec. Zadecydowano, że zrekrutują go do SS”, opowiada Tzur.

„Arno Böhm zorganizował mecz pożegnalny, pomiędzy transportem z września i transportem z grudnia. Sam grał z tymi z września. Siedmiu na siedmiu, a wszędzie był śnieg. To była farsa, bo cały czas trzeba było mu podawać, a on strzelał. Warenhaupt, bramkarz, pozwalał, by piłka prześlizgiwała mu się między nogami. Transport wrześniowy oczywiście wygrał, a Böhm powiedział przegranym, że idą do obozu pracy. Oczywiście to było kłamstwo. Zabrali ich na miejsce kaźni. Z drużyny wygranych Böhm wybrał tych, którzy będą pełnili obowiązki kapo w miejsce tych, którzy zginęli”, napisał zmarły w 2014 roku Yaakow Tzur.

To jedynie początek. Niech nikt nie zapomina, że wszyscy ci ocalali to marginalne wyjątki. Indeks śmiertelności wynosił w Auschwitz powyżej 90%. Niemiecki obóz był położony około trzy kilometry od Oświęcimia i był epicentrum „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, jak nazwali to niemieccy naziści. „Po pierwsze było to miejsce bardzo dobrze zlokalizowane, było tam wiele środków transportu. Ponadto był to w miarę płaski teren i dało się cały obóz szybko zakamuflować. Przeniesiono mieszkańców z prawie 30 000 akrów, a wstęp mieli tam tylko członkowie SS i cywile, którzy zapewniali im produkty niezbędne do życia. Obóz Birkenau był położony w odległości około dwóch kilometrów”, odpowiada Rudolph Höss na pytanie, dlaczego Hitler wybrał właśnie to miejsce.

Właśnie tam, w miejscu ukrytym przed wzrokiem świata, dokonało się największe ludobójstwo w historii. Grano jednak również w piłkę, co według relacji świadków, było jednym ze sposobów na przeżycie. Niektórym „piłkarzom” zwiększano racje żywnościowe. Wspomnienia Yaakowa nawiązują do lat 1943-1945, które spędził w obozie jako więzień, ale rozgrywanie spotkań zaczęło się dużo wcześniej. Budowa boiska z materiałów pozostałych po budynkach polskiego wojska rozpoczęła się w 1940 roku.

Polscy ocaleni z Auschwitz
„Przeżyłem nie tylko dzięki dobremu nadzorcy, ale także dzięki temu, że miałem szczęście uprawiać sport przed trafieniem do obozu. Grałem na pozycji bramkarza. Odnosiłem sporo sukcesów i kiedy stawałem w bramce, to obstawiano wysoko zwycięstwo Polaków. W sobotę zawsze organizowaliśmy mecz, ale tylko my, Polacy. Jednak te, które cieszyły się większą popularnością, to te niedzielne. Była tam nawet orkiestra obozowa. Aby wspomóc swoją drużynę, Niemcy przywozili najlepszych zawodników z Dachau. Mecze były czymś bardzo lubianym wśród więźniów. Czasem się przedłużały i trwały nawet dwie i pół godziny. Jako reprezentant polskiej drużyny, wszyscy mnie znali i lubili”, opowiadał zmarły w 2003 roku Bronisław Cynkar, więzień 183.

To były jednak inne czasy. Wtedy jeszcze w Auschwitz nie rozpoczęło się ludobójstwo na tak ogromną skalę. Do tego wybudowano dodatkowo obóz Birkenau w 1941. Tam również, pomiędzy cmentarzem a komorami gazowymi, pojawiło się boisko. „Zaczęliśmy je budować na początku wiosny, za barakami. Położenie było idealne. Tuż obok cygańskiego obozu, ogrodzone również drutem kolczastym i torami, gdzie cały czas jeździły pociągi. Dalej były baraki kobiet, a po prawej krematoria. Obok był jeszcze las, przez który przechodziło się do komór gazowych”, wspominał Tadeusz Borowski w „Ludziach, którzy szli”. Autor zbioru obozowych opowiadań zmarł w wieku 29 lat, popełniając samobójstwo. Miało ono być spowodowane depresją, zaistniałą na skutek zawodu komunizmem, wcześniej przez niego propagowanego.



Bardzo podobne są wspomnienia Wacława Długoborskiego, zachowane w muzeum Auschwitz. „Boisko zajmowało cały teren pomiędzy torami a krematorium III. Nie wiem dokładnie, kto zainicjował budowę, ale był to pomysł więźniów. Pracujący w szpitalu zajęli się planowaniem tego. Najpierw tylko oni grali, ale po jakimś czasie więźniowie zaczęli też grać przeciwko Romom. Wszyscy byli tym bardzo rozemocjonowani i zagrzewali do gry swoich ulubieńców”, wspominał były więzień.

„Pomiędzy jednym a drugim wznowieniami od bramki, zamordowano około 3 000 osób”
Tadeusz Borowski wspominał również o wydarzeniach, które możecie zobaczyć też na pierwszej ilustracji. Podczas gdy jedni grają w piłkę, drudzy idą na śmierć. „Któregoś dnia grałem jako bramkarz. Jak co niedzielę, personel szpitala i pacjenci zebrali się, aby obejrzeć mecz. Jako bramkarz, miałem za sobą rampę kolejową. Piłka wyszła za boisko, więc po nią pobiegłem. Kiedy byłem obok torów, rzuciłem okiem na rampę. Dopiero co przyjechał jeden pociąg. Ludzie wychodzili i byli kierowani w stronę lasu. Cała ta procesja powoli szła, wychodząc z wagonów towarowych. Wróciłem z piłką, a kiedy ta ponownie wyszła poza boisko, znów spojrzałem na rampę. Uderzył mnie ten widok. Była całkowicie pusta. Nie został tam absolutnie nikt. Pociąg już odjechał. Pomiędzy jednym a drugim wznowieniami od bramki, zamordowano około 3 000 osób”.

Krematoria pracowały 24 godziny na dobę, przez cały rok. Nieludzkie. Rudolph Höss z szokującym chłodem wspominał to, jak wysyłał na śmierć tysiące osób. „Przez mały otwór było widać, że ci, którzy znajdowali się bliżej miejsca rozpylania Cyklonu B, umierali od razu. Po około dziesięciu minutach już nikt się nie ruszał. Później ciała trafiały na taśmę, która prowadziła do krematoriów”. Kiedy Niemcy już praktycznie przegrali wojnę, krematoria pracowały dzień i noc. Znacznie przyspieszono eksterminację. „Krematoria I i II mogły dziennie pomieścić 2000 ciał, ale nie można było tej liczby przekroczyć, aby nie ryzykować awarią. Dlatego dowódcy zarządzili o liczbie 1500, chociaż nie wiem, jak faktycznie było”, wyznawał Höss. Szokujące słowa.

Tymczasem piłka dalej mogła dawać życie. Józef Tabaczyński, który trafił do obozu w 1943, opowiadał, że „zazdrość, która towarzyszyła oglądaniu meczów, nie była spowodowana chęcią gry, tylko większymi racjami żywnościowymi, które otrzymywali zawodnicy. Kiedy zawołał mnie Paweł Stolecki, który zajmował się polską drużyną i powiedział mi, że zagram z Niemcami, byłem wyczerpany. Zgodziłem się jednak i byłem bardzo podekscytowany. Ledwo dawałem radę, ale udało mi się strzelić gola, który okazał się jedynym i zwycięskim. Ludzie oszaleli z powodu wygranej. Awansowałem i przydzielono mnie do kuchni, dzięki czemu zacząłem myśleć, że może kiedyś wyjdę z obozu”.

Mecze piłki nożnej w obozie Auschwitz cieszyły się bardzo dużym zainteresowaniem, nie tylko więźniów, ale również oficerów SS. Dla znużonych koniecznością siedzenia w obozie Niemców futbol był idealną rozrywką. Czasem nawet grali z więźniami. Miklos Nyiszli, więzień o numerze A-8450, wracał którejś nocy do baraku i coś przyciągnęło jego uwagę. „Szedłem żwirową ścieżką i zobaczyłem zebranie Sonderkommando [żydowscy więźniowie, którzy musieli pracować przy transporcie ciał – dop. red.]. Krematorium I nie działało. Z kolei pozostałe nadal były otoczone dymem. Było za wcześnie na kolację. Jeden Sonderkommando wziął piłkę, a ja zobaczyłem dwie drużyny ustawione na boisku. Sonderkommando przeciwko SS. Zaczęli grać i śmiechy wypełniły boisko. Widzowie byli podekscytowani i zaczęli wspierać swoją drużynę, jakby to był najzwyklejszy mecz w małym miasteczku. Nie chciałem brać w tym udziału i szybko wróciłem do pokoju, gdzie wziąłem dwie tabletki nasenne”, pisze Rumun w książce „Byłem asystentem doktora Mengele”.

Romski trener
Walter Winti, jeden z niemieckich Romów, kolejnej prześladowanej przez hitlerowców rasy, trafił do Auschwitz w czerwcu 1943 roku. Pewnego dnia członek SS, niejaki Hartmann, wybrał go trenerem jednej z drużyn. „Któregoś razu przyszedł jeden z nowych SS i spytał w baraku, kto gra w piłkę nożną. Zgłosiłem się ja, moi siostrzeńcy i jeszcze kilku chłopaków ze wschodu Niemiec, którzy wtedy grali w ważnych klubach. Hartmann wybrał mnie na trenera. Kazał wybrać 11 czy 12 chłopców i miałem ich trenować. Graliśmy na boisku obok baraków, gdzie jednak później wybudowano szpital”, wspomina.

Winterowi brakowało jednak bocznego obrońcy, ale jako że futbol zapewniał dodatkowe racje i możliwość przeżycia kolejnego dnia, zgłosiło się wielu chętnych. „Wiedziałem, że potrzebuję bocznego obrońcy. Któregoś razu pewien niski chłopak, Żyd, powiedział, że on może grać. Poszedł z nami trenować i był bardzo dobry”. Pierwszy mecz został rozegrany w Auschwitz. Kilku Polaków grało w miejscowej drużynie, a przeciwko nim stanęli Niemcy. Na widownię przyszło tak wielu oficerów SS, że praktycznie nikt nie pilnował obozu. Wyłączyli także ogrodzenie pod napięciem, by wszyscy mogli zobaczyć spotkanie. „Mecz się zaczął i od razu rzuciliśmy się do ataku. Strzeliliśmy gola już w 10. minucie i pomyślałem «o rany, teraz wpakowaliśmy się w niezłe bagno». Wtedy nasi SS, ci z Birkenau, zaczęli strzelać do góry, jakby kule były fajerwerkami. W drugiej połowie znowu strzeliliśmy i znów zaczęło się piekło strzałów. «Mój Boże, czy my to przeżyjemy?» SS z różnych obozów zaczęli się kłócić, byli naprawdę blisko bójki. Ostatecznie pod koniec meczu straciliśmy bramkę i wygraliśmy 2:1. Dopiero to sprawiło, że wszyscy się uspokoili”, pisze Winter.

Początek kaźni
Taka sytuacja nie mogła jednak trwać wiecznie. „Nagle szybko pojawił się pewien człowiek. Niemal jak anioł śmierci”, opowiada Joseph Kleinmann, który był jednym ze świadków podczas procesu Adolfa Eichmanna, głównego odpowiedzialnego za „ostateczne rozwiązanie”. „To był doktor Mengele. Przyjechał na rowerze, z szeroko otwartymi ustami i coś krzyczał. Wszedł na boisko i spokojnie podniósł ręce, aby wszyscy mogli go zobaczyć. Zawołał jednego z chłopców, z łódzkiego getta i powiedział mu, że będzie go uczył. Kazał przynieść kartkę, ołówek i liczydło”.

Było około trzeciej po południu i wszyscy myśleli, że zebrano ich, aby zbierali ziemniaki. Jednak człowiek, który się pojawił, to Josef Mengele, jeden z lekarzy i naukowców obozowych. To on wybierał ludzi do komór gazowych i krematoriów. Robił jednak jeszcze więcej. Przeprowadzał mroczne eksperymenty medyczne, badania nad genetyką. Kat przebrany za medyka.



„Mengele wściekł się – kontynuuje swoją historię Kleinmann – ponieważ, jego zdaniem, jeden z chłopców nie okazał mu szacunku. Zabił więc go. Następnie każdy miał stanąć obok belki i jeśli był niższy, również tracił życie. Na swoją kolej czekało później ponad 2000 chłopców wysłanych na śmierć. Nie musiał nam mówić, co robi. Było jasne, że kto nie będzie wzrostu belki, umrze. Każdy starał się wyciągnąć jak najbardziej, jeszcze jeden centymetr, jeszcze pół, byle tylko dosięgnąć. Widziałem płaczących chłopców, którzy na pewno nie mogliby dosięgnąć belki.”, wyznaje Kleinmann, który cudem uniknął śmierci. Nie był wystarczająco wysoki, ale wykorzystując zamieszanie, przemknął niezauważony do grupy wyższych chłopców, którzy byli już sprawdzeni.

Tak zaczęło się ludobójstwo w Auschwitz. Niższych ustawiono po jednej stronie placu, wyższych po drugiej. Jednych poprowadzono do komór gazowych, drudzy wrócili do baraków. W następnych miesiącach w obozie zginęło wiele setek tysięcy istnień. W sumie w samym Auschwitz zostało zamordowanych około 1 250 000 osób, w tym około milion Żydów i prawie 80 tysięcy Polaków. Teraz, gdy zbliża się rocznica wyzwolenia obozu, warto pamiętać o tych, którzy w tak tragicznych okolicznościach stracili życie.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!