Menu
Paczi / RealMadryt.pl

RealMadryt.pl w Madrycie: Zakończyć to na Cibeles

Nasze wrażenia po meczu z City

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

We wtorek i w środę niczego nie chciałem bardziej niż madryckiego finału Ligi Mistrzów. Sezon zbliża się do końca, a ja chciałem poczuć, że żyję w stolicy Hiszpanii, która przez jeden dzień będzie stolicą piłkarskiej Europy. Dlatego we wtorkowy wieczór ściskałem kciuki za Atlético, chociaż jeszcze w trakcie pierwszej połowy wydawało się, że Bayern zmiażdży zespół z Calderón. Gdybym był fanem Los Colchoneros pewnie wyszedłbym z baru już przy karnym Müllera. Ale inni zachowali spokój, mieli przecież w bramce Oblaka. Natomiast przy karnym Torresa na pewno skończyłbym z zawałem.

Jeszcze przed tym spotkaniem swoją konferencję prasową przed meczem z Realem miało City. Chociaż właściwie można powiedzieć, że miał ją Pellegrini, bo do Gaëla Clichy’ego padły może dwa pytania. Pellegrini mówił między innymi, że zawsze jest dobrze wrócić na Bernabéu, bo ma z tym miejscem wiele dobrych wspomnień. Być może on ma, ale kibice Realu Madryt raczej nie. Z jego kadencji w pamięci zostały mi przede wszystkim odpadnięcie w 1/8 Ligi Mistrzów z Lyonem czy podmadrycki Alcorcón, który Jerzemu Dudkowi trafił cztery gole w Pucharze Króla.

Tymczasem stadion na dzień przed meczem był już prawie gotowy na widowisko. Granatowe naklejki z napisem Road to Milaninformowały każdego, o co toczy się gra. Logo piłki z czarnych gwiazdek przypominało czasy sprzed piętnastu lat, gdy mecze Ligi Mistrzów były jedynymi spotkaniami Realu, które mogło się oglądać w telewizji. Gdy wrzesień oznaczał początek szkoły, ale jakoś dało się to przeżyć, bo razem z jesienią przychodził do nas hymn Champions League. Tym razem mecz o finał najbardziej prestiżowych europejskich rozgrywek miałem oglądać z trybun Santiago Bernabéu, a nie z pokoju oblepionego plakatami Królewskich.




W środę w Madrycie było gorąco i nie chodzi mi tylko o piłkarską atmosferę. Był to jak dotąd najcieplejszy dzień w roku, temperatura zbliżała się do 30 stopni. Na ponad dwie godziny przed meczem pod Bernabéu gromadzili się nie tylko ci, którzy mieli wejściówkę na spotkanie. Przychodził każdy, kto chciał przywitać podjeżdżających pod stadion piłkarzy. – Wyjeżdżają z Valdebebas, jeszcze trochę im to zajmie – mówił siebie kibic obok mnie, który oglądał na tablecie klubową telewizję. Inni czekanie umilali sobie przyśpiewkami. Za południową trybuną, tradycyjnie, Ultras Sur, do którego przyłączali się przypadkowi fani. Kilkadziesiąt metrów dalej inni już ustawiali się na zakręcie w oczekiwaniu na autobus. Tysiące ludzi, którzy nie wyobrażają sobie innego scenariusza niż madrycki finał w Mediolanie.

Jeszcze przed meczem Bernabéu pokazało Pellegriniemu, co o nim myśli. Chilijczyk został wygwizdany prawie tak głośno, jak swego czasu Danilo. Ci kibice, wiele razy bardzo krytykowani za swoje podejście do piłkarzy, już na meczu z Wolfsburgiem pokazali, że potrafią przyjezdnej drużynie stworzyć piekło. Teraz dostawało się City. Grada Fans RMCF z południowej trybuny wielokrotnie podrywała cały stadion do dopingu. Tym najzagorzalszym fanom znów udało się wnieść na stadion setki gwizdków, których używali, gdy tylko City było przy piłce. A za nimi gwizdało całe Bernabéu.

Ale u kibiców można było wyczuć niepokój i napięcie. Real wygrywał tylko jedną bramką, każdy gol przeciwnika dawałby mu awans. – No dobra, teraz w drugiej dokładamy im trzy i do końca już na spokojnie – słyszałem głos jednego z kibiców za mną, który sam chyba nie wierzył w swoje słowa i wypowiadał je tylko po to, żeby się uspokoić. Oczywiście więcej bramek nie było, a napięcie rosło. Różne były sposoby na znalezienie jego ujścia. Pierwszym był wspomniany doping, ale w takich sytuacjach nie trudno o wahania nastrojów i głośne wspieranie Realu szybko przeistaczało się w: - Cristiano, nie wkurwiaj mnie! – i za Ronaldo można tu podmienić każdego piłkarza oprócz Navasa. Kibice nie mogli znieść, że Real Madryt wygrywa tylko 1:0 z tak słabym przeciwnikiem.




Ostatecznie jednak udało się Królewskim dowieźć to prowadzenie do końca. Stadion eksplodował. Zwykle na trybunach pojawiają się puste miejsca już na kilka minut przed ostatnim gwizdkiem, Hiszpanie wychodzą, żeby uniknąć kolejek w metrze. W środę jeszcze dobry kwadrans po ostatnim gwizdku nie wyszedł nikt. Fani dziękowali piłkarzom, piłkarze fanom. A gdy już zawodnicy znikli w szatni, a stewardzi zaczęli poganiać opieszałych kibiców, którzy jeszcze chociaż chwilę chcieliby zostać na Bernabéu, impreza przeniosła się pod stadion. Ludzie po prostu stali na ulicach i śpiewali. Miasto zareagowało i obstawiło policją Cibeles, żeby uniknąć ewentualnego świętowania do rana. Miejmy nadzieję, że to tylko przełożenie fiesty o trzy tygodnie.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!