Menu
Paczi / RealMadryt.pl

RealMadryt.pl w Madrycie: Bernabéu może być piekłem

Oglądaliśmy <i>remontadę</i> z trybuny prasowej

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Estadio Santiago Bernabéu to wysoki stadion. Wie to każdy, kto choć raz w życiu widział na żywo mecz Realu Madryt na jego własnym obiekcie. Albo chociaż miał okazję zwiedzać stadion. Oglądanie meczu z najwyżej trybuny dla kogoś z lękiem wysokości byłoby niewielką przyjemnością. Nie wiem, ile dokładnie pięter, sektorów czy rzędów krzesełek ma stadion, ale we wtorek było to bez znaczenia. We wtorek Bernabéu miało mieć kręgi. Ostatnim, dziewiątym piekielnym kręgiem miała być murawa, na której zranieni Królewscy chcieli zemścić się na Wolfsburgu. Piłkarze już od kilku dni prosili kibiców o pomoc w zorganizowaniu piekła dla przyjezdnych. Sam nie wierzyłem w to, że Bernabéu, znane z wygwizdywania własnych zawodników, będzie nagle w stanie ponieść drużynę do remontady. Myliłem się.

Kotłowało się już dzień przed spotkaniem, ale za sprawą dziennikarzy. W poniedziałek sala konferencyjna ośrodka treningowego w Valdebebas była wypchana. Nigdy jeszcze, nawet przed Klasykami czy derbami Madrytu, nie widziałem tam tylu reporterów. Edu Aguirre z Chiringuito robił typową sondę wśród dziennikarzy, których pytał, czy Realowi uda się odrobić straty. Poprosił o wypowiedź nawet mnie, bo myślał, że jestem Niemcem. Niemców na sali nie brakowało, ale rzadko który znał hiszpański, więc Polak, od biedy, też mógł być. Na konferencji, oprócz trenera, pojawił się Luka Modrić, który obiecywał remontadę, jednak prosił też o wsparcie kibiców i cierpliwość. Zatłoczone sala prasowa i balkon dla mediów, z którego ledwo mogłem dojrzeć trenujących piłkarzy, były tylko przedsmakiem wtorkowego piekła.

Pogoda w dzień meczu w ogóle nie zapowiadała infernalnych wrażeń. W Madrycie lało od samego rana i obawiałem się, że deszcz może przeszkodzić chłopakom Zidane’a w odrobieniu strat. Ale także, że zniechęci kibiców do dopingu i zamieni mecz o życie w Lidze Mistrzów w kolejny piknik, tyle że oglądany w śmiesznych przeciwdeszczowych pelerynach. Nic z tych rzeczy. Gdy wchodziłem do metra, musiałem uciekać przed deszczem. Gdy wychodziłem (a od stadionu dzieli mnie tylko kilka minut) Bernabéu było już rozświetlone promieniami zachodzącego słońca. Dymiło się od rac, którymi fani przywitali przed chwilą autobus z zawodnikami Realu. Co ciekawe, pierwszy przedstadionowy krąg piekła stworzyli w większości ci, którzy na stadion wstępu nie mają – Ultras Sur. Ultrasi zostali później dłużej i na jednej z ulic pod południową trybuną odpalali race i intonowali przyśpiewki.

Gdybym był piłkarzem Wolfsburga, chciałbym jak najprędzej uciec z Bernabéu. Stadion rozkręcał się szybko, wystarczyła pierwsza dobra akcja Realu i zrobiło się naprawdę głośno. Nigdy jeszcze nie widziałem, żeby wszyscy kibice na tym stadionie machali szalikami i krzyczeli, wspierając Real. Z kolei każdy kontakt z piłką piłkarzy przyjezdnych spotykał się z potężnymi gwizdami, które skutecznie zagłuszały kilkutysięczną grupę kibiców z Niemiec. Dosyć szybko napięcia nie wytrzymał Draxler, który z całej siły kopnął piłkę w trybuny, co jeszcze nasiliło gwizdy. Po drugiej bramce Cristiano stadion oszalał. Fani z Grada RMCF zaintonowali „Całe Bernabéu skacze!” i ponad 70 tysięcy osób złapało się za ramiona i zaczęło skakać. Widok na tym stadionie niespotykany.

Deszcz pojawił się później nad Bernabéu, ale w ogóle nie ostudził nastrojów kibiców. Każdy krąg dodawał coś od siebie i stadion nadal niósł Real Madryt ku remontadzie. Murawa była mokra, ale nie przeszkadzało to Królewskim w grze. Wszystko było dokładnie zaplanowane, a każdy z zawodników ten plan w stu procentach realizował. Zmoczona trawa pomogła jedynie Cristiano w celebracji trzeciej bramki, gdy ślizgał się na kolanach w kierunku rogu boiska. Trybuny nie skończyły dopingu nawet po ostatnim gwizdku węgierskiego arbitra. Fani z południowej trybuny śpiewali nadal, gdy piłkarze od dawna byli w szatni, a pracownicy demontowali już bramki. Królewscy nie mogli zostawić tego bez odpowiedzi i wyszli z szatni jeszcze raz, już nie w korkach, ale w klapkach, i dziękowali za wsparcie po raz kolejny.

Piłkarze Wolfsburga odwiedzili we wtorek piekło. Wiedzieli już wcześniej, na co się piszą. Mimo to zabrakło im przewodnika i nie byli w stanie przeciwstawić się sile Bernabéu. Byli zagubieni, rzadko kiedy potrafili wyprowadzić dobrą akcję. A w dziewiątym kręgu czekał na nich prawdziwy Lucyfer, bestia najgorsza z możliwych – Cristiano Ronaldo.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!