Menu
Zuza. / Leszczu

RealMadryt.pl w Monachium: Audi Cup z bliska

Kolejna relacja ze stolicy Bawarii

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Dojeżdżaliśmy do Monachium, patrząc raz na zegarek, raz na wyłaniające się zza horyzontu Allianz. Minuty mijały nieubłaganie, ale na szczęście kolejne kilometry także pokonywaliśmy dość sprawnie. Im bliżej stadionu, tym więcej oznaczeń i kierunkowskazów na kolejne parkingi. Chwila zawahania na zamkniętej drodze, pomoc stewardów i wreszcie o 18:10 zaparkowaliśmy na miejscu wyznaczonym dla kibiców. Szybkie odświeżenie, ekspresowe przebranie w koszulki meczowe (Modrić, Bale, James) i bieg w stronę wejścia na stadion. Od zobaczenia Realu na własne oczy dzieliła nas jeszcze tylko kontrola na bramkach. Na szczęście nikt z nas nie miał przy sobie maczet (chociaż startowaliśmy z Krakowa), więc nie straciliśmy wiele czasu. Zdążyliśmy nawet po wbiegnięciu na najwyższy poziom stadionu zobaczyć na telebimach akcję Jesego.


Wszystkie ważniejsze momenty spotkania, w tym obie bramki, oglądaliśmy już spokojnie z wykupionych miejsc. Stadion w zdecydowanej większości opanowali kibice Bayernu, którzy przyszli na mecze całymi rodzinami. Nie można powiedzieć, żeby Niemcy byli specjalnie zaangażowanym kibicowsko narodem. Jakieś pojedyncze brawa, chwilowe krzyki, ale nic wyjątkowego. Gorące owacje porwały trybuny właściwie tylko kilka razy – gdy na telebimach pokazano podjeżdżający autokar Bayernu; gdy Xabi Alonso, Arjen Robben i Arturo Vidal pojawili się w okolicach ławek rezerwowych; gdy Luka Modrić po zepsutej akcji w fantastyczny sposób odegrał się na rywalu i gdy Gareth Bale schodził na zmianę. To ostatnie powinno szczególnie dać do myślenia fanom Królewskich, bo trudno nam przypomnieć sobie taki wyraz sympatii dla Walijczyka z meczów w Madrycie.

Przebiegu spotkania nie będziemy przytaczać, bo nie ma to najmniejszego sensu. Możemy tylko podzielić się kilkoma spostrzeżeniami, które przyszły nam do głowy podczas oglądania go z wysokości trybun. O tym, że Tottenham chyba nie wyszedł na boisko, nie trzeba wspominać. Z kwestii dotyczących bezpośrednio Realu: trudno nie zauważyć, że piłkarze Rafy Beniteza bez względu na to czy są przy piłce, czy próbują ją odebrać, utrzymują ustawienie 4–4–2. Nikt nie gwarantuje, że nie ulegnie to zmianie, gdy BBC wróci do optymalnej formy, ale na tę chwilę taktyka z dwójką z przodu jest podstawowym założeniem Królewskich. Mieliśmy również okazję zobaczyć w akcji Borję Mayorala i Marco Asensio, którzy po wejściu na boisko wcale nie prezentowali się gorzej niż pozostała część drużyny. Ogólnie rzecz ujmując, mecz nie był porywający, ale po czternastogodzinnej podróży i niepewności do ostatniej chwili i tak nam się podobał.


Po zakończeniu starcia Realu z Tottenhamem nastała niemal czterdziestominutowa przerwa. Byliśmy już nawet gotowi poświęcić po 5 euro na hotdoga i piwo, odstaliśmy swoje w ogromnej kolejce, gdy… przemiła pani poinformowała nas, że płatności można dokonać tylko za pomocą karty Arena Card. Jak się można domyślić, nikt z nas jej nie posiada, dlatego musieliśmy obejść się smakiem i z zazdrością patrzyć na Niemców popijających zimne browary ze smakiem podjadających kiełbasy. Gdy wróciliśmy na trybuny, rozpoczynała się już ceremonia otwarcia. Na płytę boiska wniesiono flagi z herbami czterech grających w turnieju klubów, włączono muzykę i zaczęło się krótkie przedstawienie ruchowo-dźwiękowe. Najlepszym momentem ceremonii na pewno została chwila, w której spidercam – krążący ponad murawą – porwał ze sobą flagę Milanu. Do końca spektaklu biedny chorąży wymachiwał pustym kijem.


Gdy piłkarze Bayernu pokazali się na boisku, trybuny zawrzały. Jasno było widać, że kibiców i klub łączy wyjątkowe uczucie. Fani do spółki ze spikerem głośno wykrzykiwali nazwiska wszystkich zawodników (łącznie z Lewandowskim – nawet nieźle im to wyszło), a na koniec wdali się z prowadzącym w krótki dialog zakończony wymianą uprzejmości: „Danke” – „Bitte”. Dzięki temu wszystkie przedmeczowe rytuały zostały odprawione i można było zaczynać. Bayern chyba chciał wynagrodzić swoim kibicom przegraną z Wolfsburgiem w finale Superpucharu Niemiec, bo nie wyglądał jak w typowym spotkaniu towarzyskim. Piłkarze dobrze się ustawiali, walczyli o każdą piłkę i starali się o to, żeby fani nie usnęli z nudów. Niewiele więcej możemy już dodać w tej relacji, wczorajsze mecze narobiły nam apetytu na finał, którego już nie możemy się doczekać. Chociaż oglądanie Królewskich na żywo to jedno z tych przeżyć, których nie da się opisać słowami, pozostajemy w przeświadczeniu, że i tak kochamy inaczej.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!