Menu
/ RealMadryt.pl

Bananowy Madryt: Śmierć bezczynności

Zapraszamy do lektury!

Sezon ogórkowy zaczął się w najlepsze. Jest to w moim przypadku zauważalne aż do tego stopnia, że po niemal dziesięciu miesiącach pobytu w Madrycie w końcu postanowiłem zrobić Tour Bernabéu. Nie mam zamiaru się nikomu aż nadto narażać, więc ograniczę się tylko do stwierdzenia, że za 19 jednostek twardej europejskiej waluty liczyłem na coś więcej.

* * *

Niektóre zespoły grały wczoraj jeszcze o Ligę Mistrzów, jednak po co było to oglądać, skoro mierzyły się ze sobą dwie najbardziej nielubiane przeze mnie drużyny i ponadto niemożliwym było, by obie doznały bolesnej klęski? Lepiej się porządnie wyspać, by w stanie pełnej rześkości i otwartości umysłu móc napisać kolejny odcinek Bananowego Madrytu.

* * *

„Nie marnuj czasu przed komputerem, kiedy za oknem taka ładna pogoda”. Tę starą śpiewkę zna pewnie każdy z was. Problem zaczyna się, gdy od półtora miesiąca niebo jest bezchmurne, zaś na dworze (wersja dla czytelników z Krakowa: na polu) jest ponad 30 stopni. Upały w Madrycie (co nie oznacza, że w całej Hiszpanii) są dość osobliwe. Porównałbym je do... przebywania w mikrofali (nie pytajcie czy kiedyś próbowałem się do jakiejś zmieścić). Nagrzewasz się, ale nie parujesz. W Polsce mam znacznie większą satysfakcję z pieszych wędrówek w pełnym słońcu, ponieważ jestem chociaż w stanie się spocić. W Madrycie nie. Zapomniałbym jeszcze o jednej nurtującej mnie kwestii! Dlaczego Hiszpanie w taki gorąc mimo wszystko praktycznie nigdy nie decydują się na założenie krótkich spodni?

* * *

Mnie akurat do wychodzenia z domu w ładną pogodę nie trzeba przymuszać. Po prostu nie lubię bezczynności. Bardzo. Nie chodzi o to, że jestem studio czy pracoholikiem. Jeśli piszę albo chodzę na zajęcia, podchodzę do tego tak, jak do koszenia trawnika podchodził Forest Gump – dla przyjemności, nie z przymusu. Zajęć jednak już od ponad dwóch tygodni nie mam (choć oczywiście prezentacja Beniteza musiała mi się pokryć z egzaminem), zaś sezon jak dobrze wiemy już się skończył. Na szczęście z pomocą przyszła w tym momencie moja rodzina w postaci brata i bratowej, która postanowiła mnie odwiedzić i na własnej skórze doświadczyć pustelniczo-ascetycznego żywota, który wiodę w stolicy Hiszpanii. Idealna okazja, żeby w końcu się najeść zobaczyć wszystkie możliwe atrakcje turystyczne, które pierwotnie i tak zostawiłem sobie na czerwiec. Tak na pożegnanie.

* * *

W ten oto sposób ostatecznie udało mi się wylądować, między innymi, w chyba najsłynniejszym hiszpańskim muzeum, czyli Prado. Po raz pierwszy przydała mi się tutaj legitymacja studencka. 14 euro zaoszczędzone. Moja ignorancja względem sztuki okazała się dalej posunięta niż pierwotnie przypuszczałem. Na sto sal wypełnionych dziełami sztuki udało mi się rozpoznać jedynie jeden obraz – Las Meninas Diego de Velazqueza. Wynik mierny ze wskazaniem na haniebny i absolutnie kompromitujący. Szczególnie dla iberysty, który jednak powinien mieć choć powierzchowne pojęcie o sztuce kraju, którego kultury uczy się od lat. Nie oznacza to mimo wszystko, że nie znalazło się żadne dzieło, które by mnie nie urzekło.
Las Meninas – gdybym nie poznał nawet tego obrazu, mogliby mnie wyrzucić ze studiów


Bardziej mnie urzekło jednak dzieło przedstawiające bitwę kotów

* * *

W czwartek natomiast udałem, a raczej udaliśmy się do Toledo. Co prawda byłem tam już w listopadzie (pozdrawiam ekipę, która wówczas wybrała się tam ze mną, nawet mimo tego, że niektórzy jej członkowie kibicują Lechii Gdańsk), jednak późną wiosną, jak można się domyślić, jest tam nieco ciekawiej. Praktycznie całe miasto przyzdobione, gobeliny zwisające z niemal wszystkich okien, z których mieszkańcy tłumnie obserwują procesję. No właśnie, o co tu chodzi? Orkiestra wojskowa, księża, masa ludzi na ulicach, jednym słowem szeroko zakrojony pochód.

– Nie śmiej się ze mnie, he?! – mówi do mnie pracownik fizyczny z problemami ściągający ultradługim kijem sznurki rozwieszone między wąskimi uliczkami.

– No ale to śmieszne przecież jest. A tak w ogóle, co dzisiaj za święto?

– Boże Ciało.

Banan - Ignorancja 0:2. Remontada es posible.

Zawsze ten sam problem z ruchomymi świętami


Całe życie pod górę. Chociaż wiatr w oczy nie wieje


Corpus Christi

* * *

Jednym z miejsc, które raczej pozostają niezauważone w Madrycie, jest na pewno punkt widokowy na Moncoi. A szkoda. Być może jest to spowodowane tym, że otwarty jest on tylko od bodaj kwietnia do września, jednak z pewnością warto się na niego wybrać. Cena: 3 euro, nie ma tragedii. Widok natomiast jest przedni, choć jedynym miejscem, którego nie widać z wieży jest... Santiago Bernabéu. Calderón też nie idzie zauważyć, ale kogo by to obchodziło?
Starajcie się koncentrować na widoku, nie na mojej sylwetce, po prostu nie umiałem jej wyciąć

* * *

O ile ja w ostatnim czasie mogę sobie pozwolić na lenistwo, a raczej uprawianie aktywnych form wypoczynku, o tyle zarządcy Atlético i Realu Madryt ani myślą próżnować. 31 maja na Vicente Calderón odbył się koncert ACDC, natomiast pod Santiago Bernabéu postanowiono otworzyć... obwoźne wesołe miasteczko (patrz: zdjęcie tytułowe). Jak widać wielomilionowe transfery są owocem nie tylko sprzedaży koszulek oraz wejściówek na mecze i Tour Bernabéu. Przybysze z Andów na pewno muszą być teraz wielce niezadowoleni. Nie mogą się przecież przechadzać po parkingu przebrani za postaci z kreskówek przywdziane w królewskie barwy i brać „napiwków” od robiących sobie z nimi zdjęcia turystów.

* * *

Choć pod Bernabéu atmosfera jest iście wakacyjno-rozrywkowa, na obiekcie Królewskich zostanie rozegrany jeszcze jeden mecz. Chodzi o Corazón Classic Match, w którym 14 czerwca zmierzą się legendy Realu z legendami Liverpoolu. Co prawda gra nie toczy się o punkty, jednak zobaczenie na żywo Zidane'a czy Roberto Carlosa płacąc między 5 i 15 euro, to naprawdę świetna okazja. Myślałem, że zobaczenie Zidane'a w akcji pozostanie marzeniem z tych niemożliwych do spełnienia, ale wszystko wskazuje na to, że mimo wszystko nie. Z iwentu tego możecie się oczywiście spodziewać osobnej relacji.

Dzisiejszy tekst może i stanowi zlepek luźnych przemyśleń, jednak takie też nieraz są potrzebne. W końcu kilka razy podkreślałem już, że cykl ten publikuję również z egoistycznych pobudek. Nie chcę, żeby z pobytu w Madrycie cokolwiek mi umknęło. A jeśli wam jednocześnie spodoba się mój „pamiętnik”? Cóż, będę niezmiernie szczęśliwy.

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!