Menu
Banan / RealMadryt.pl

Bananowy Madryt: Romantyczny duch remontady

Zapraszamy do lektury!

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Futbol jest piękny. I okrutny. Zakończyła się właśnie iście romantyczna pogoń za marzeniami. Marzeniami, które tak naprawdę były bardzo trudne do zrealizowania. Gdyby nie przestrzelony karny, gdyby nie poprzeczki i słupki, gdyby nie mecz życia Diego Alvesa. Gdyby, gdyby, gdyby… To był idealny mecz, by zastanawiać się, „co by było gdyby”. Jednego dnia Cristiano zapewnia nam trofeum, innego nie trafia z jedenastu metrów w kluczowym momencie. Jeśli spojrzeć na to z perspektywy szerszej niż wyłącznie kibica Królewskich, naprawdę trudno nie dojść do wniosku, że piłka nożna pisze niesamowite historie.

Lepiej było ligowy tytuł przegrać tak, jak przegraliśmy go wczoraj – w duchu remontady. Lepiej było pożegnać się z mistrzowskimi aspiracjami po heroicznej walce, gdy po potyczce piłkarze zamiast być wygwizdywani, są przez publikę nagradzani owacją. Lepiej było dać się w sobotę ponieść tej magicznej aurze ostatecznie nieudanego, lecz wciąż pięknego pościgu niż podle sępić potknięcia Barcelony na Calderón. Przegrywamy z honorem, bez toczenia piany z ust. Bez czekania na to aż wróg wyświadczy nam przysługę.

Po pierwszej połowie miałem już jasny pomysł na tę relację – piszę, że było bardzo ciepło na dworze, że za słupki i poprzeczki nie przyznaje się 0,5 punktu oraz że karny to jeszcze nie gol. Z czasem jednak zaczęło do mnie docierać, że to, co właśnie dzieje się przed moimi oczami przekształca się z demonstracji frajerstwa w coś o znacznie większym wydźwięku. Nad Bernabéu zaczął się unosić duch remontady. Piłkarze, którzy nie muszą prosić kibiców o wsparcie dwa razy, szaleńcze ataki Los Blancos, bezkompromisowa pogoń za odzyskaniem nadziei... Nawet na trybunie prasowej dziennikarze przestali bawić się w zachowywanie kamiennych twarzy i jasno dawali po sobie poznać, po której stronie barykady stoją. Jeden się drze, że karny dla Valencii, drugi że wcale nie, jeszcze inny łapie się za głowę po kolejnej paradzie Diego Alvesa. Romantyczna wiara w powodzenie lub wręcz wiara w cud do ostatniej chwili to coś typowego dla madridismo. Choć nie zawsze się udaje, powinniśmy być z tego dumni. To coś naszego, czego nikt inny nie potrafił w sobie wykształcić aż w takim stopniu.
.

Koniec snu o mistrzostwie

Nie wiedziałem, że w trochę ponad dwie godziny mój nastrój może ulec takiej zmianie. Na stadion wchodziłem z szerokim uśmiechem wywołanym obecnością rozkrzyczanej grupy fanów przybyłej z Iscolandii Arroyo de la Miel, czyli miejscowości, w której na świat przyszedł Isco. Po meczu z pewnością mogli być ze swojego lokalnego bohatera dumni. Po odbiorze plakietki jak zwykle przejrzałem z nudów broszurkę z historią spotkań, zastanawiając się, ilu zawodników gości tym razem nie poznałbym podczas wspólnej podróży metrem. Przeklinałem także los, bo w Grada Blanca dali plakat Ramosa (nie powieszę). Już po zameldowaniu się na moim stałym stanowisku kompletnie rozleniwiony chwilę się poopalałem i sprawdziłem co piszczy w sieci.

Witamy w Iscolandii

Sto dwadzieścia ileś minut później mój sposób myślenia był już kompletnie inny. Nieskrępowany błogostan zastąpiły wzniosłe, patetyczne wręcz interpretacje słodko-kwaśnego niczym azjatycka kuchnia pojedynku. Kiedy Jan Laguna Clos Gómez po raz ostatni dmuchnął w gwizdek i jasnym stało się, że tytuł mistrza Hiszpanii wędruje do stolicy, ale Katalonii, zawodnicy nie położyli się zrozpaczeni na murawie. Podziękowali fanom, zaś ci pokazali, że wcale nie chcą zwrotu pieniędzy za spektakl. Gorąca owacja, którą nagrodzono piłkarzy była czymś, co naprawdę dogłębnie mnie poruszyło. Jak pisałem we wstępie, wolę podziwiać takie obrazki niż przeklinać sytuację, w której jesteśmy zdani na łaskę naszych wrogów. Cieszę się, że właśnie takie będzie jedno z moich najpiękniejszych wspomnień związanych z końcówką pobytu w Madrycie.

Starcie z Valencią to w mojej hierarchii jedno z najlepszych spotkań jakie widziałem na żywo. Jest ono jedną z tych potyczek, które były w stanie obudzić we mnie głębsze uczucia. Pod tym względem większe piętno odcisnęły na mnie jedynie wygrane na Bernabéu bitwy z Barceloną i Atlético. Nie chcę, żebyście uważali mnie za szaleńca. Wiem doskonale, że właśnie przegraliśmy walkę o mistrzostwo. Będąc jednak tutaj na miejscu, oglądając każdy mecz z wysokości trybun siłą rzeczy zaczynasz patrzeć na pewne rzeczy z szerszej perspektywy. No chyba że to po prostu moja filozoficzna natura. Nie wykluczam takiej opcji. Chcecie chłodnej piłkarskiej analizy? Dobrze wiecie, że w tym cyklu prawie nigdy jej nie znajdziecie. .

Zaklinanie rzeczywistości tabletem

Czas na konferencje trenerów. Poruszenie nieco większe niż zwykle. Pojawiła się nawet dziennikarka As-a, Carmen Colino, znana głównie z tego, że na jej ślubie obecny był Iker Casillas i że, jak by to ująć, trudno jej nie zauważyć. Oczywiście w rozmowach z innymi żurnalistami dzielnie broniła kapitana Królewskich. Zanim na sali konferencyjnej zawitał szkoleniowiec gości padło jeszcze kilka odważnych słów, jak chociażby te o „świetnych zawodach Illarry” (przyznam – nie było tragedii, ale od razu świetne?). W końcu Nuno Duch Święty Espírito Santo postanowił przerwać sesję ploteczek. To, co najbardziej zwróciło moją uwagę, to fakt, że były bramkarz reprezentacji Portugalii świetnie mówi po hiszpańsku. Uwierzcie mi, gdybyście mieli uprawnienia do uczenia w szkole, także nabawilibyście się przypadłości zwracania uwagi na językowe błędy. Szacunek. Hiszpan nigdy nie nauczyłby się w takim stopniu portugalskiego. Podobieństwo obu języków bardzo często sprawia, że wpadasz w lingwistyczne pułapki. Nuno nie wpadał. Wyważony, składnie mówiący i inteligentny gość. Klasa.

Carletto natomiast wyglądał inaczej niż zwykle. Było widać, że jest smutny. Nie było luźnego wkroczenia na salę konferencyjną z podgwizdywaniem pod nosem. Miał zmartwioną twarz, wyszedł do dziennikarzy, bo musiał. Zadawanie mu pytania o to, czy wierzy, że nadchodzące dwie kolejki mogą być jeszcze istotne było według mnie ciosem poniżej pasa.

Kiedy wyszedłem z konferencji, w strefie mieszanej z mediami rozmawiali już Dani Carvajal i Paco Alcácer. Za chwilę dołączył do nich także Nicolás Otamendi. „Szkoda, że nie posłali Diego Alvesa. Niech się skurczybyk tłumaczy”, pomyślałem. Za chwilę zza kurtyny wyszedł... Diego Alves. Było to o tyle ciekawe, że do dziennikarzy wysyła się praktycznie zawsze jedynie po dwóch zawodników każdej z drużyn. Przy bardzo nielicznych okazjach wychodzi ich trzech. Cóż, Brazylijczyk widocznie czuł potrzebę spicia śmietanki po absolutnie fantastycznym występie. Nie dziwię się, że z twarzy nie schodził mu uśmiech. To jednak wszystko nieistotne, bowiem w końcu wydarzyło się to, na co czekałem cały sezon. Wyszedł on. ON. Isco. Osiem miesięcy kazali mi czekać. Real właśnie przegrał mistrza, ale chwilowo przestało mnie to obchodzić. Zwyciężył egoizm. Nie mogłem odpuścić wspólnej fotki. Mając na względzie okoliczności, nikogo innego bym o nią nie poprosił. Jego musiałem. Tak czy inaczej, trzymałem się złotej zasady – nie bądź pierwszą osobą, która prosi o zdjęcie. To tak na własne usprawiedliwienie.

Całkowicie zapomniałem o Łysym


Tyle. Nie mam już nic więcej do dodania. Przy dobrych wiatrach możecie spodziewać się sprawozdania z rewanżu z Juventusem, przy słabszych – czegoś w zamian. Tak czy siak, na dziś to wszystko. Jesteśmy w kontakcie. Jeśli bylibyście strasznie spragnieni mojej osoby, zapraszam na mojego Twittera.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!