Menu
Banan / RealMadryt.pl

Bananowy Madryt: „Madrycie, gdybyś grał w niebie, umarłbym, by cię zobaczyć”

Zapraszamy do lektury!

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Redakcyjne wyjazdy RealMadryt.pl na mecze z Atlético do wczoraj były dla nas pechowe. Czy to Klatus i Leszczu czy też Mateo, zawsze oklep, w najlepszym wypadku remis. Sam również przed środowym starciem zaliczyłem serię trzech meczów z Rojiblancos, w których nawet nie udało nam się strzelić gola. „Jak dziś nie wyjdzie, będę tu wracał, aż im nie dokopiemy”, powtarzałem sobie w myślach. Cóż, dokopaliśmy, ale i tak będę wracał. Taki jestem słowny.

Tytuł dzisiejszej relacji wymyśliłem jeszcze przed pierwszym gwizdkiem arbitra. No dobrze, „wymyśliłem” to może za dużo powiedziane. Zdanie to podpatrzyłem na jednym z plakatów, którym fani Królewskich witali podjeżdżających pod stadion zawodników. Po zaciętej dyskusji z samym sobą stwierdziłem, że nawet jeśli ostatecznie odpadniemy, nagłówek pozostanie identyczny – w podzięce za całokształt tego, co dał mi w życiu ten klub i, jak się okazało kilka godzin później, co miał dać mi również wczorajszej nocy. Nie ukrywam, ostatni raz relację tak rozemocjonowany pisałem po październikowym Klasyku. Ale po kolei.
Plakat, który zainspirował mnie w kwestii tytułu relacji

Obrazki, które można było zobaczyć w okolicach stadionu przed przyjazdem piłkarzy są naprawdę rzadkością. Szczerze, przed żadnym z dwóch Klasyków, na których byłem, nie dało się odczuć aż takich wyrazów wsparcia w kierunku drużyny. Derby Madrytu, jak już kiedyś wspominałem, to wciąż produkt o wiele bardziej lokalny niż starcia z Barceloną. Oczekiwanie na otwarcie ulicy Padre Damián, przy której mieści się punkt akredytacyjny, jeszcze nigdy nie było tak przyjemne. Coś nawet pokrzyczałem w tłumie, bo wiedziałem, że później, już w trakcie spotkania, nie będzie to w dobrym guście. Nie sądziłem, że zjadacze słonecznika i kanapek z szynką mają w sobie taki kibicowski potencjał. Widocznie robienie ze stadionu teatru to raczej kwestia codziennego lenistwa. Południowcy.
Tak z innej beczki. Zadanie dla spostrzegawczych: Znajdź Lukę Modricia
Trudno było złapać oddech

W czasie spotkania praktycznie od pierwszej minuty przeklinałem życie. Stres, niesamowity stres. To nie był piknik jakich wiele. Kanapki z kateringu prawdopodobnie z nerwów zwróciłbym tuż po spożyciu i to wcale nie dlatego, że były przeterminowane (po meczu zjadłem je ze smakiem, mam świadków). Nie wiem, czy takie przeżywanie wydarzeń, na których obrót nie masz najmniejszego wpływu jest czymś normalnym, ale oglądanie tego typu potyczek z wysokości trybun, to coś, co przy większej częstotliwości naprawdę mogłoby w końcu pomóc mi w osiągnięciu upragnionej siwizny.

Nie pomagał również fakt, że na trybunie dziennikarskiej musiałem udawać bezstronnego widza. Na festyniarskich meczach z, przykładowo, Granadą czy Eibarem nie mam potrzeby darcia gęby, ogólnie rzadko kiedy takową chęć odczuwam. Niemniej niemożność wyzywania sędziego w starciach takich jak wczorajsze jest już czymś , co sprawia, że czuję się jakbym był pozbawiony prawej ręki. To jeszcze pozostałości z chodzenia na polską ligę. W drugiej połowie miałem już jednak dosyć zabawy w Pana Incognito. Wciąż może nie rzucałem w stronę sędziego mięsem (żeby nie było, uważam, że sędziował dobrze!), ale nie kryłem rozczarowania po kolejnych zmarnowanych okazjach. Po golu hamulce puściły na dobre. Na szczęście siedzący obok mnie dziennikarz imieniem Guillermo sam doszedł do wniosku, że czas wyjść z szafy i przybić piątkę. Nie mam problemów ze stwierdzeniem, że bardziej niż jakimkolwiek dziennikarzem jestem zwyczajnym kibicem.

Trybuny żyły. Aż nie chciało się wierzyć, że to ten sam obiekt, na którym w czasie spotkań zazwyczaj organizuje się odpusty. Bernabéu chciało w końcu pokazać, że Madryt jest biały. I pokazało. Atmosfera była fantastyczna. Zdecydowanie najgorętsze kibicowsko starcie na jakim byłem. Na Barcelonie także się działo, ale to wyglądało trochę mimo wszystko jak próba do bierzmowania – dużo ludzi i ogólna chęć tego, żeby wyszło jak najlepiej, ale jeśli w drodze do ołtarza niosąc dary się potkniesz, tak naprawdę jeszcze nic strasznego się nie stanie. Wczoraj natomiast w powietrzu można było wyczuć od razu, że marginesu błędu nie ma. Jedna bramka w plecy i do zobaczenia za rok. Trzeba wspierać swoich z całych sił i nie ma że boli. Słonecznik otworzymy jak przyjedzie Almería.
Prosty pomysł, ale i tak imponujący w realizacji

Skoro już byłem na meczu, przydałoby się podzielić jakimiś wnioskami. No więc dobrze.

1) Czy bez Modricia, za to z Ramosem w środku pola miało prawo się nie udać? Miało prawo.
2) Czy czekając z trzema zmianami do 90. minuty miało prawo się nie udać? Miało prawo.
3) Czy bez Benzemy i Bale'a, za to z Chicharito w podstawowym składzie miało prawo się nie udać? Miało prawo.
4) Czy się udało? Tak, udało się.

Dlaczego się udało? Bo w futbolu nie ma nic lepszego niż to, gdy do bajecznych umiejętności czysto piłkarskich dochodzi jeszcze jeżdżenie na dupie. Mówcie, co chcecie, ale lepszego wytłumaczenia ostatecznego sukcesu nie jestem w stanie znaleźć. No, dobrze, dołożę jeszcze wyświechtane powiedzenie o tym, że szczęście sprzyja lepszym. Carlo „spokój i równowaga” Ancelotti zagrał pokerowo i się opłaciło. Jeśli ktoś powie teraz, że Włoch nie ma jaj... nic mu nie zrobię. Zwyczajnie się z nim nie zgodzę i tyle.

Osobny akapit należy się Chicharito. Gdyby ktoś miesiąc temu powiedział mi, że Meksykanin da Realowi półfinał, odesłałbym delikwenta do specjalisty. Zresztą pewnie nie tylko ja. Na naszych oczach napisała się piękna historia. Historia w której już dziś wiadomo, że facet, który długimi miesiącami był uważany za zaginionego niczym Messi w niektórych Klasykach, będzie odchodził ze stolicy Hiszpanii w glorii chwały. Widząc Javiera klęczącego na środku boiska przed pierwszym gwizdkiem arbitra w każdym z nielicznych starć, w których dostawał szansę od początku, proszącego Boga o to, by w końcu się udało, naprawdę trudno było mu nie kibicować. Mimo tego, że długimi miesiącami był widmem, cieniem piłkarza, pogrążonym w marazmie biednym Groszkiem, dziś triumfuje w najlepszym możliwym stylu. Serduszko mi się cieszyło, gdy widziałem, jak na twarzy wypożyczonego z Manchesteru United napastnika po raz kolejny zawitał niewymuszony uśmiech. Wiem, że w przypadku piłkarzy wciąż mówimy o milionerach, którym prawdopodobnie nigdy nie dorównam jakością życia, ale, uwierzcie, z tego co miałem okazję zaobserwować na przestrzeni ostatnich miesięcy, to naprawdę normalni ludzie. Często zresztą nie mogę oprzeć się wrażeniu, że czym dalej jakiś zawodnik zajdzie, tym równieszym gościem się wydaje.
Ciesz się Groszku, zasłużyłeś

Ostatni gwizdek. Czas ochłonąć. Jako że nie miałem wstępu na konferencję i do strefy mieszanej, nie było pośpiechu. Szybko zerknąłem, co piszą media o dopiero zakończonej potyczce (szczególnie o czerwonej kartce Ardy), wrzuciłem pierwsze przemyślenia na Twitterze, spokojnie zacząłem się pakować, aż w końcu na murawę po raz kolejny wybiegli piłkarze, by podziękować publice za wspaniały doping. Kibice Atlético tradycyjnie zostali jeszcze przetrzymani na stadionie w oczekiwaniu na pozwolenie od policji na opuszczenie obiektu. I dobrze. Niech siedzą i patrzą przez godzinę na murawę, na której ich pupile okazali się gorsi od nas. Za karę za to, że wyzywali mnie pod Calderón. No mercy. W lutym głośno prosiliście o godnego rywala na derby stolicy Hiszpanii? Proszę bardzo.

Koniec tych złośliwości. Leżącym pozwólmy leżeć dalej. Po opuszczeniu stadionu udałem się jeszcze na spotkanie z obecnymi w Madrycie członkami stowarzyszenia Águila Blanca, gdzie w miłym towarzystwie i bardzo przyjemnej atmosferze można było jeszcze raz, tym razem na spokojnie, przeanalizować ten szalony wieczór na Santiago Bernabéu. Nie mogło zabraknąć pamiątkowego zdjęcia.
Pozdrawiam, wiadomo

Na dziś to wszystko. Trochę się rozpisałem, ale uważam, że naprawdę było o czym. Niemniej sądzę, że słowa i tak nie są w stanie w pełni oddać tego, co wczoraj przeżyłem. Tak czy inaczej, starałem się wam to przekazać w jak najlepszy sposób. Do następnego!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!